psycholog

Życie to relacja, czyli o przyjaźni między rodzicami a dziećmi

Rozmowa z psycholożką Anitą Janeczek-Romanowską

Życie to relacja, czyli o przyjaźni między rodzicami a dziećmi
Fotosy z filmu "Mała mama"

The Washington Post nazwał ten film „małym cudem”. Dziś premierę ma Mała mama” – wyjątkowe dzieło o niezwykłym spotkaniu i podróży w głąb do świata dwóch dziewczynek. To okazja do zadania wielu pytań o istotę relacji pomiędzy rodzicami i dziećmi, co czynię we wspierającej rozmowie zainspirowanej tą opowieścią.  

Za sprawą filmu przenosimy się do świata beztroski, kiedy nasze dni wypełniał śmiech, wiatr rozwiewał nam włosy, a wszystko miało smak nieodkrytej jeszcze przygody. Tam poznajemy 8-letnią Nelly i jesteśmy świadkami jej spotkania ze swoją małą mamą. Dajemy się ponieść nieokiełznanej dziecięcej wyobraźni. Na własnej skórze odczuwamy siłę relacji, która łączy rodziców i dzieci, prowokując nas do rodzicielskich przemyśleń. 

Opowieść o przyjaźni dziewczynek ma charakter terapeutyczny – nie tylko konfrontuje nas z emocjami głównych bohaterek, ale zmusza nas do tego, aby odnaleźć je w sobie i podjąć próbę ich oswojenia. Pod wpływem filmu przyglądamy się istocie przyjaźni pomiędzy rodzicami a dziećmi, sposobom kształtowania tej relacji oraz przeszkodom, które uniemożliwiają nam powrót do czasów, kiedy świat oswajaliśmy sercem. O puencie płynącej z historii Nelly i jej mamy Marion, że życie to relacja, rozmawiam z psycholożką Anitą Janeczek-Romanowską.

„Mała mama” opisywana jest jako film, który przenosi nas do czasu naszego dzieciństwa. Miała pani okazję zobaczyć go przedpremierowo. Czy pod jego wpływem odbyła pani tę podróż?

Byłam zachwycona tą częścią filmu, która przeniosła mnie w moje dzieciństwo! Podróż umożliwiły mi pokazane na ekranie szaleństwa, beztroska, czas w naturze i przyjaźń, która o nic nie pyta, a jednocześnie pozwala całkowicie wyzwolić się z napięcia. Z zainteresowaniem przyglądałam się, jak rodzi się relacja pomiędzy główną bohaterką a jej mamą-rówieśniczką. Ich przyjaźń wzbudziła mój zachwyt. Ile te dziewczynki dają sobie wzjamenie! Ile jest w ich relacji beztroski! Spędzania ze sobą czasu tak po prostu, bez żadnych dodatkowych wartstw. Jednocześnie czułam głęboki smutek związany z tym, jak czasem dzieci są potwornie samotne w świecie dorosłych. To dotyka obydwu dziewczynek, choć każdej z innego powodu.  

Nasza, dorosłych, relacja z dziećmi obarczona jest rolami społecznymi, licznymi nakazami, zakazami i powinnościami. Czy to one sprawiają, że boimy się tej bliskości, czystości relacji z dzieckiem, którą dzieci mają między sobą? 

Z rodzicielstwem związany jest cały aspekt kulturowo-społeczny. Rola rodzica wiąże się z wieloma oczekiwaniami. Mamy poczucie, że będąc w niej powinniśmy być odpowiedzialni i dojrzali. Dodatkowo coraz częściej chcemy być świadomi, nieustannie szukamy odpowiedzi i pogłębiamy swoją wiedzę. I wpadamy w pułapkę, bo im więcej tej wiedzy mamy, tym bardziej się boimy, że jakimś zachowaniem zepsujemy naszą relację z dzieckiem. Jednym ze strachów jest parentyfikacja. Boimy się też, że wydarzy się coś nieodwracalnego. Nieustanne bycie w roli rodzica jest trudne. To pierwszy powód utrudniający budowanie szczerej i pełnej bliskości relacji z dzieckiem. 

Jaki jest drugi powód tej sytuacji? 

Bardzo często zapominamy o tym, że wszyscy wzięliśmy się z jakiejś historii. Odwołam się do filmu, bo w nim dobrze widać, jak mama, która jest dorosła i jest przy swojej żałobie z powodu straty własnej mamy, była dziewczynką, która doświadczyła mamy mniej dostępnej, nieobecnej, trzymającej ją na dystans i lubiącej spędzać czas przede wszystkim ze sobą. Jako dorosła, choć daje córce trochę więcej ciepła, powiela podobne zachowania. Historia, która za nami stoi, dotyczy nie tylko nas, ale także naszych rodziców i będzie dotyczyć naszych dzieci.

Porozmawiajmy o tym, co najbardziej obciąża nas jako rodziców. 

Kiedy stajemy się rodzicami, bardzo często zapominamy o tym, że nosimy pewien bagaż, do którego zapakowali coś i nasi rodzice, i inni dorośli i różnorodne doświadczenia z dzieciństwa. Mamy wobec siebie bardzo duże oczekiwania, a często zapominamy o niesionym przez nas plecaku. 

Przypominam sobie dyskusję, która odbyła się w kinie Muranów po seansie. Dużo w niej było zarzutów wobec matek, że bywają zimne, nieczułe i nieobecne. Pomyślałam wtedy, że istnieje bardzo duża potrzeba mówienia o wybaczeniu. Każda matka wzięła się skądś. Każda niesie swoją historią. Każda była dziewczynką, której dorośli coś dali i czegoś nie dali, bo gdy sami byli dziećmi inni dorośli odpowiadali lub nie na ich potrzeby.   

To łagodząca perspektywa. 

Ale też wyzwanie. Danie dziecku pewnych rzeczy, których sami nie mieliśmy będąc dziećmi, jest trudne, bo oznacza dawanie nieznanego. To także konfrontacja z faktem, że nasze dziecko coś dostaje, a nam w dzieciństwie tego zabrakło. Czasami musimy zmierzyć się z tym, że nasze dziecko ma uwagę i obecność, których my nie mieliśmy. Przykładową sytuacją może być pierwsza miesiączka. Mama, która towarzyszy córce i jest dla niej wsparciem, wspomina, że w tym doświadczeniu nikogo przy niej nie było. A być może czuła się zagubiona, nie wiedziała co się dzieje, co ma zrobić. Czasu nie da się jednak cofnąć, a żal i strata mogą dotykać naprawdę głęboko.

Mam wrażenie, że film pokazuje, że jeśli odrzucimy wszystkie społeczne schematy, zdejmiemy z ramion wspomniany plecak, na chwilę o nim zapomnimy, to jesteśmy w stanie zatopić się w czystej radości związanej z byciem z naszym dzieckiem.  

Ta czysta radość jest bardzo ważną częścią naszej relacji, kiedy dzieci są malutkie. Naturalnie staje się wtedy naszym udziałem, pozwala nawiązać kontakt z naszym wewnętrznym dzieckiem. Kiedy jesteśmy razem na spacerze, zatrzymujemy się, bo dziecko zaczyna skakać w kałuży. Razem z nim oglądamy napotkanego robaczka albo gonimy motylka. Naszym udziałem stają się pierwsze zachwyty, przypominamy sobie, ile radości sprawia wejście bosymi stopami na trawę. Jeśli jesteśmy w dobrym stanie psychicznym, potrafimy czerpać radość z relacji, dzieje się to naturalnie.  

Im dzieci są starsze, tym jednak trudniej tego doświadczać? 

Im dzieci są starsze, tym trudniej oddać się temu, co film pokazuje jako największą moc przyjaźni – beztrosce. Wymyślamy niesamowite edukacyjne zabawy, wyprawy do Disneylandu, zapominając o sile prostych rzeczy – wspólnym wyjściu do parku, aby zachwycać się śpiewem ptaków i kwitnącymi teraz wokół drzewami. Zachęcam rodziców, którzy przychodzą do mnie, aby pytali dzieci przed snem, co im się w danym dniu najbardziej podobało. I wtedy często słyszę, że choć stawaliśmy na rzęsach, aby wypełnić dzień atrakcjami, dziecko najbardziej ceni chwilę trzymania się za ręce albo rozmowę. 

Pamiętam moją wyprawę do Rzymu z rodziną. Byłam szczęśliwa, że udało mi się pokazać córce miasto. Wieczorem powiedziała mi, że najbardziej pamięta moment, kiedy upaćkałam się lodami (śmiech). To jest właśnie esencja. Poprzez takie proste chwile dzieci dają nam łączność z tym, co najbardziej napełnia. Przypominają o tym, żeby przestać gonić za wrażeniami. Dzieci są życiem. Przecież nie ważne, że jest zimno i z basenu nie wychodzi się z mokrą głową. Dzieci żyją. Tu i teraz. Pokazują nam to, co jest ważne, a same pobierają inną ważną lekcję.  

Co czerpią nasze dzieci z takich doświadczeń?  

Lekcję bycia ważnym. Jako rodzice dużo robimy, żeby dawać dzieciom poczucie, że są ważne. Jest tu jednak pewna pułapka. Nieustannie czytamy o tym i edukujemy w temacie. W efekcie powstaje obserwowane przeze mnie zjawisko jednokierunkowego ładowania komunikatu “jesteś dla mnie ważny”. Czasem brakuje przepływu, powiedzenia: “ty jesteś ważny, bo mi się chce spędzać z tobą czas i ten czas jest fajny”. To bardzo dalekie od poświęcania się, aby dać dziecku to poczucie. Tę różnicę można opisać na prostym przykładzie. To nie jest komunikat – “chodź, przeczytam ci książkę, bo tak się powinno”, ale “chodź, poczytamy razem, bo przyjemnie jest razem być”.  

Przyjaźń pomiędzy rodzicem a dzieckiem może bez wątpienia przynieść wiele dobrego obydwu stronom, a czy jest coś, na coś przed czym powinniśmy tę relację chronić?  

Warto jest zadać sobie pytanie o cele. Czemu to służy? Jeśli wnosi w życie obydwu stron opisany wcześniej wkład, to wspaniale. Jeśli jednak dzieje się tak, że dziecko staje się na przykład powiernikiem żalu na naszego partnera czy szefa, jest dla nas “wygadywaczem”, to znak, że mylimy siłę prostej relacji z mniej lub bardziej świadomym wykorzystywaniem dziecka do zaspokajania swoich potrzeb.  

Po jakie strategie sięgają dzieci, aby zbudować z nami relację opartą na przyjaźni?  

Przede wszystkim zapraszają nas bardzo prostymi, powiedziałabym fizycznymi, sposobami. Kontaktem wzrokowym, dotykiem, uśmiechem. Bardzo często je widzimy, a jednocześnie nie doceniamy ich mocy. Te podstawowe sposoby nawiązywania kontaktu z nami bywają jednak nieskuteczne, bo my często jesteśmy zmęczeni albo mamy kulturową nadbudówkę, która wywołuje w nas automatyczne myślenie, że skoro dziecko się do nas uśmiecha, to na pewno czegoś od nas chce. Doszukujemy się drugiego dna w najprostszym geście. Dlatego zachęcam rodziców do tego, aby sprawdzili, co stanie się, gdy mijając się w drzwiach, po prostu uśmiechną się do swojego dziecka.

Co się dzieje, gdy te sposoby zawodzą? 

Druga strategia przyjmowana przez dzieci to zaproszenie nas do świata energii i zabawy, który jest dla nich najbardziej karmiący. W pewnym wieku dzieci przyjdą do nas i powiedzą wprost – “chodź, pogadamy o ekologii”, ale młodsze będą chciały wyjść z nami na rower lub powygłupiać się na kanapie. Będą zapraszać nas do robienia rzeczy, które wymagają energii. 

Dzieci często świadomie sięgają po strategie ożywiania rodziców na dostępne im sposoby, kiedy konfrontują się ze zmęczonymi, wycofanymi i wypalonymi dorosłymi. Korzystają z różnych form pobudzania – od zabawy po bardzo intensywne przeżywanie emocji. I tu mamy trzecią strategię. W bliskiej relacji kontakt nie opiera się wyłącznie na przyjemności. Dzieci mają poczucie, że mogą na nas polegać, dlatego to “zaproszenie” polega na kierowaniu do nas silnych i trudnych emocji. Wiedzą, że ich z nimi nie zostawimy, nie porzucimy ich, nie zerwiemy kontaktu, jak może to uczynić koleżanka z ławki lub kolega z piaskownicy. Dzieci liczą na to, że będziemy z nimi w relacji od początku do końca.

W nas szukają poczucia bezpieczeństwa.

Nawet jeśli dzieci dążą do zbudowania z nami relacji opartej na przyjaźni i wzajemności, to w wielu sytuacjach potrzebują naszej dorosłej sprawczości. Kiedy nadchodzi kryzys, w nas szukają odpowiedzi na dręczące je pytania. Czy będzie wojna? Co dalej z koronawirusem? Dzieci potrzebują, aby ten dorosły, z którym przed chwilą się ganiały, bawiły, puszczały bąki, był tym, który powie – “ja czuwam nad twoim bezpieczeństwem, ty nie musisz”.  

Zastanawiam się nad tym, jak dzieci nas postrzegają. Czy są nas ciekawe. Na przykład tego, jacy my byliśmy w ich wieku? 

Budowanie tożsamości i potrzeba dowiedzenia się więcej o sobie, zaczyna się już u 4-latków i tak naprawdę towarzyszy nam przez całe życie. Cały czas zbieramy informacje o tym, kim jesteśmy. Dzieci chcą wiedzieć, jacy byli, gdy byli młodsi, a także, jacy byli w dzieciństwie ich rodzice. Możemy dać dzieciom odpowiedź na pytanie, skąd się wzięły. A także, jaka jest ich i nasza historia. Budowanie tożsamości jest bardzo ważnym czynnikiem chroniącym poczucie własnej wartości u dzieci. Jako rodzice jesteśmy nastawieni na dawanie akceptacji, czy wyzwań skrojonych na miarę. Rzadziej skupiamy się na tym, że nasze dzieci są i mają korzenie, że nie wzięły się znikąd. A ta perspektywa pozwala zyskać poczucie przynależności. 

Jak to pielęgnować? 

Kiedy nie mamy pomysłu, jak zająć dziecko, warto sięgnąć po stare albumy, które staną się początkiem opowieści o naszym dzieciństwie, o grach, które lubiliśmy, zabawach, które wtedy były modne. Dzieci są nas po prostu ciekawe, tak samo jak ciekawe są każdego innego człowieka, kiedy go poznają. I to jest taka cudowna okazja do tego, żeby pokazać im siebie w zupełnie innej odsłonie. Odrzucić na chwilę tę dorosłą fasadę bycia prawnikiem, psychologiem, nauczycielem i pokazać, jak doszliśmy do tego, kim teraz jesteśmy. Pokazywanie naszych korzeni pomaga rozwijać empatię i uczy dzieci wybaczania. Pozwala spojrzeć szerzej. Na przykład babcia przestaje być osobą, która się o wszystko boi, bo okazuje się, że była niezwykle odważnym dzieckiem. Nie chodzi o to, abyśmy usprawiedliwiali członków naszych rodzin, ale o poznawanie ciągłości naszych losów. Dzieci to chłoną.  

Warto przybliżać dziecku nasze doświadczenia?

Warto, także w chwilach kryzysu. Szczerze opowiedzieć o tym, jak nam samym było trudno na przykład nauczyć się jeździć na rowerze. Jak rozumiemy to, jakie emocje wywołuje pierwszy wyjazd na obóz. To daje niesamowite poczucie wspólnoty. Dzieci czują, że nie są jedyne w swoich przeżyciach, nie są same na świecie.

Jak dzieci radzą sobie z niedostępnością swoich rodziców? 

Oczekiwania dzieci dotyczące naszej dostępności zmieniają się z biegiem czasu. Niemowlę nie poczeka, ze starszym dzieckiem jest już inaczej. Ważne jest to, że nie jesteśmy w stanie cały czas być w gotowości do bycia w relacji. Różne są powody niedostępności rodziców. Czasem prozaiczne, jak ważny projekt w pracy czy chwilowe gorsze samopoczucie. Wtedy całokształt naszej relacji z dzieckiem wypełnia to niedomaganie. Co więcej bywa ważną lekcją dla dzieci o tym, że każdy może mieć czasem gorsze dni, że to ludzkie czasem nie móc i być słabym. 

Niedostępność rodzica może nie być jednak tylko chwilą słabości.  

Jest taka część naszej niedostępności, która może się wiązać z problemami natury psychicznej, na przykład z depresją. Wtedy niezbędne jest zauważenie tej sytuacji przez kogoś z zewnątrz, kogoś dorosłego. Często ten stan zauważają jednak dzieci, które intensyfikują swoje trudne zachowania, żeby rodzica skonfrontować z koniecznością zajęcia się sobą. Dość często dziecięce trudności przyprowadzają rodzinę na terapię. A w jej toku okazuje się, że rodzic zmaga się z depresją. Tylko nie widzi tego, bo na przykład ogromna złość ją skutecznie maskuje. Taki rodzaj emocjonalnej niedostępności wymaga profesjonalnego wsparcia i zaopiekowania.  

Czy są inne rodzaje rodzicielskiej niedostępności? 

Czasem nie umiemy być w relacji. Nie nauczono nas tego i nie widzimy w tym wartości. Zewsząd słyszymy, że warto się bawić z dzieckiem, ale nie wiemy, jak się za to zabrać. Możemy po prostu mieć pusty repertuar, bo z nami nikt się nie bawił i brakuje nam punktów odniesienia. W takiej sytuacji zachęcam do przypomnienia sobie, co lubiliśmy robić jako dzieci. Do odświeżenia swojego dzieciństwa i szukania wspólnych przestrzeni z dziećmi. Takich, które pozwolą dostrzec wartość bycia razem, bo także nam coś dadzą. Nie wyobrażamy sobie zabawy figurkami, ale może uwielbiamy wycieczki rowerowe? 

A co w przypadku, gdy niedostępność jest wywołana przez coś nagłego i ekstremalnego, jak utrata kogoś bliskiego?  

W sytuacji, która jest taka ekstremalna i ostateczna, bardzo pomaga znalezienie przestrzeni na brak oczekiwań, że ten temat da się psychologicznie zabezpieczyć. Trzeba to po prostu przeżyć. Dać sobie czas na wszystko, na doświadczenie chaosu, który będzie się wydarzał. Na to, że nasze dziecko może wtedy gorzej spać, gorzej jeść, po prostu gorzej funkcjonować. I to jest zupełnie ok, bo jesteśmy w momencie straty.   

Strata, odchodzenie i żałoba, choć trochę się to zmienia, to nadal tematy tabu. Kiedy dzieci bawią się w umieranie, wywołuje to u nas gęsią skórkę. Ostatnie lata, w których zderzyliśmy się z pandemią i ostatnie miesiące, które przyniosły nam wojnę, dobitnie pokazały, jak trudno skonfrontować się z lękiem przed śmiercią. 

Jak w takim razie zmierzyć się ze stratą?  

Temat strat i towarzyszenia w nim dzieciom bywa wyzwaniem już kiedy są one bardzo małe. Choć to może wydać się zaskakujące, zaczyna się od tego, że dzieci nie chcą pozbyć się zabawki albo mają bałagan w pokoju, który wynika z nadmiaru rzeczy. Wielu rodziców gromadzone przez dzieci papierki kamyki albo kijki wyrzuca w tajemnicy przed nimi. Albo chowa zabawki do piwnicy na przeczekanie. W niektórych rodzinach, kiedy umiera chomik, natychmiast kupuje się identycznego. Kiedy psują się rolki, od razu pojawia się temat zbierania na kolejne. Trudno jest nam się zatrzymać przy tym, że coś tracimy, że coś odchodzi, znika.  

W okolicach piątych urodzin przychodzi takie moment w rozwoju, kiedy dzieci zaczynają rozumieć nieodwracalność śmierci. Wtedy pojawia się lęk o rodziców. W efekcie dzieci gromadzą bardzo wiele rzeczy, a my wpadamy w pułapkę nieruszania tego, aby nie spowodować awantury. Efekt? Trudne emocje związane ze stratą przerażają nas i za wszelką cenę staramy się ich unikać. Nie potrafimy ich zaopiekować i dążymy do tego, aby uniknąć straty za wszelką cenę. Tymczasem lęk, jak każda emocja, wymaga przyjęcia, przyjrzenia się jej i zaopiekowania. Nie wystarczy kupić zapasu papieru toaletowego, aby nic nas nie zaskoczyło. 

Życie to bez wątpienia pasmo strat, ale możemy spojrzeć na to nieco inaczej i powiedzieć, że życie to relacje. To za czym tęsknimy to nie zepsute rolki, na których nie da się już jeździć, ale ten ktoś, z kim na nich jeździliśmy. To dla nas przypomnienie, wybrzmiewające szczególnie mocno w świecie przesiąkniętym ideą self care i całym spektrum sposobów na dbanie o siebie, że bardzo trudno jest o siebie dbać, kiedy nie mamy relacji. One są nam niezbędne. 

*

Anita Janeczek-Romanowska – psycholożka dziecięca, w trakcie Szkoły Psychoterapii Dzieci i Młodzieży przy Laboratorium Psychoedukacji. Autorka strony o psychologii dziecka być bliżej, współzałożycielka Ośrodka Bliskie Miejsce w Warszawie, współautorka książki „Jak zapewnić swojemu dziecku najlepszy start”.

Dodaj komentarz