Tulenie Julii

Rozmowa z Moniką Sierpińską

Przystań, azyl, schronienie. Czym jest matecznik poza jego pierwotnym znaczeniem – ostoją w lesie dla zwierząt? Krąg kobiet. Bo bycie wysłuchaną w grupie i poczucie, że inne mamy „też tak mają” bywa najlepszym lekarstwem na wszelkie dołki wpisane w macierzyństwo.

Tylko spróbuj, tak nazywa się inicjatywa Moniki, która organizuje warsztaty i weekendy wyjazdowe dla kobiet. Być może nauka wspinaczki czy makijażu nie jest pierwszą rzeczą, o której myślisz, budząc się po raz piąty tej nocy u boku roczniaka. A może właśnie jest? Być może myśl, że oto pójdziesz (sama i dla siebie!) na kawę z kilkoma znajomymi, roztacza nad głową chmurę gradową z deszczem wyrzutów sumienia. Czy to etyczne, czy powinnam, czy nie marnuję czasu? Nikt nie jest samotną wyspą, spotkania kobiet, dzielenie się doświadczeniem, ale też odważenie się na naukę zupełnie nowych umiejętności (niezwiązanych z macierzyństwem) jest czystą formą wsparcia siebie samej. Dzisiejsze spotkanie z serii #tulenie w Tula zrealizowałyśmy jeszcze przed okresem #stayhome. Spotkałyśmy się w pięknej przestrzeni Miłość na Śniegockiej z trójką mam: Moniką, Kasią i Leną, które poznały się na warsztatach. Monika, to jak jest z Tylko spróbuj – tylko czy aż?

*

Wyobrażam sobie sytuację: dziecko na rękach, zakotwiczenie w domu. Czas dla siebie to majacząca fatamorgana. I ktoś ci mówi: „tylko spróbuj”. Zastanawiam się, czy bariera przed wyjściem z domu, przed relaksem tylko dla siebie, tkwi w głowie czy w logistyce przy małym dziecku?

Już od samego początku chcę zaznaczyć, że bycie matką wiele mnie nauczyło. Przede wszystkim pokory. Kiedyś patrząc na matki, miałam wrażenie, że ograniczenia są tylko w głowie, że przecież to tylko od matki zależy, czy jest zadbana, czy dba o balans w życiu. Że to tylko jej decyzja o tym, że się nie realizuje, a przecież „szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko”. Aż w końcu sama stałam się matką – dziecka dużo płaczącego, nieśpiącego, „cały czas na rączkach”. I rzeczywiście szczególnie na tym początkowym etapie często po prostu czuje się, że się nie chce. I to jest jak najbardziej okej. A ja ze swoją inicjatywą nie mówię dziewczynom: „musisz, miej pasję, zainteresuj się czymś”. Ja mówię „tylko spróbuj”. I oferuję im cudowne przeżycia zamknięte w małej pigułce – kilka godzin, jeden weekend. Ale dodam, że te pigułki uzależniają. Bo szybko okazuje się, że ten czas wolny, zainteresowania, pochłonięcie czymś, zapomnienie, to jest ten balans, którego nam było trzeba. Nabiera się mocy do bycia matką, partnerką, pracownikiem. Serio. Ja dzięki oddaniu się jakiejś pasji czuję, jakbym zdobywała magiczną moc. 

Skąd ten pomysł i przekucie go w czyn? Bo na co dzień mieszkasz w dalekiej Norwegii…

Przeprowadzka do Norwegii przyszła później, po założeniu Tylko spróbuj, i cały czas jest to dla mnie kolejny murek do przeskoczenia. Wyobraźcie sobie jeździć do pracy z Norwegii, nie wspominając o wydawaniu polskich zarobków w norweskich sklepach (śmiech). Ale w sumie może to być też motywacją, że jakoś się da – być matką, prowadzić własny biznes, a do tego kursować między dwoma krajami. Ale może za przykład mnie nie stawiajcie – czasem myślę, że poziom szaleństwa już przekroczył skalę!

Nam się to podoba!

Pomysł na moje Tylko spróbuj to oczywiście potrzeba serca! Jestem typową bohaterką poniedziałkowych felietonów – rzuciła korporację, a teraz żyje pasją. Ba! Do tego rozdaje pasję po ludziach. W zasadzie lubiłam moją poprzednią pracę, ale czułam, że to nie jest najlepszy scenariusz mojego życia, że chciałabym robić coś, w co głęboko wierzę. Nie ukrywam też, że poszukiwałam pracy, która pozwoli mi na bycie zaangażowaną matką. To jestem w 100% ja – od zawsze ciągnęło mnie do ciekawych ludzi z pasją i chciałam, żeby mi pokazali chociaż kawałek tego, co ich tak kręci. Żebym mogła spróbować. Teraz zawodowo daję taką możliwość innym. Można u mnie spróbować sztuk walki, seksownego tańca, fotografii, boulderingu (wspinaczki – przyp. red.), można zjeść kolację z szefem kuchni, nauczyć się malować, stylizować, masować, walczyć ze stresem. 

 

Spotykasz dużo kobiet. Z jakim nastawieniem przychodzą, jakiego wsparcia potrzebują?

Rzeczywiście moje warsztaty to z jednej strony nauka czegoś pasjonującego, ale równie ważna część to spotkanie kobiet. W większości są to matki. Bardzo często taki wyjazd czy warsztaty to pierwsze, na co pozwoliły sobie po okresie totalnego poświęcenia się dziecku. Czasem na początku dziewczyny zastanawiają się, czy to jest rzeczywiście tak ważne, żeby to tylko kobiety uczestniczyły w takich wydarzeniach. Ale pod koniec wszystkie, nawet te „mam za przyjaciół tylko mężczyzn”, rozumieją wartość takiego spotkania. Okazuje się, że w grupie nieznanych sobie kobiet jesteśmy w stanie wytworzyć niesamowitą bliskość, zwierzamy się, opowiadamy swoje historie. Często wręcz takiej grupie łatwiej się zwierzyć niż bliskim znajomym, bo te osoby nas nie znają, nie mają wyrobionego o nas zdania. Opowiadamy swoją historię tak jak chcemy, od nowa. I często ma się wrażenie, że ktoś wreszcie usłyszał nasze słowa. 

O czym są te słowa?

Tematy, które mamy? Różne! Bywa, że płaczemy ze wzruszenia. Tu się zdziwisz, bo najwięcej płaczemy na zajęciach z sexy dance – aż ciężko sobie wyobrazić, jakie to przeżycie wreszcie zaakceptować swoje ciało, pokazać się innym w seksownej bieliźnie, zatańczyć przed nimi. Dopingujemy się! Często dziewczyny narzekają też na mężów – w większości jest to niegroźne, np. że „nie umie brudnych ciuchów do pralki włożyć”. Ja akurat w takich rozmowach jestem oponentem i bronię tych naszych chłopaków. Ale narzekające dziewczyny też koniec końców mówią, że ich kochają (śmiech).

Rozmowa, dzielenie się, wysłuchanie jest czasem tym, czego świeżo upieczona mama potrzebuje najbardziej, usłyszeć: „mam tak samo”

Oj, tak! Często takie mamy piszą do mnie przed wyjazdem: „Muszę mieć pokój jednoosobowy, bo potrzebuję spokoju”. I jak się sprawa kończy? I tak siedzi taka mama pół nocy z innymi, zapomina o zmęczeniu i niewyspaniu, bo właśnie te rozmowy to największa wartość. 

 

Musisz być trochę psychologiem? Matecznik jako zbiorowa terapia, podoba mi się.

Ja bym siebie psychologiem nie nazwała, ale dziewczyny szybko się orientują, że rozdaję swój nadmiar energii. I jak chwilę ze mną przebywają, to zaraz mają apetyt na więcej przeżyć. A do tego naprawdę uwielbiam ludzi. I nie wiem, jak to się dzieje, bo zorganizowałam już kilkadziesiąt wyjazdów, ale pamiętam każdą uczestniczkę, jej historię, jej energię. I lubię te moje dziewczyny. Wiem też, że w trakcie wspólnego działania, nauki czegoś nowego, poznajemy siebie nawzajem naprawdę. Bez masek, schematów, mundurków biznesowych. Ostatnio na wyjeździe jedna z dziewczyn, siedząc z nami przy kominku, już na końcu wyjazdu zwierzyła się, że ona nie lubi już poznawać nowych ludzi, że nie dopuszcza do siebie innych, prowadzi mocną selekcję. Ale patrzy wkoło i ona te wszystkie 12 kobiet siedzących obok niej szczerze polubiła, każda jej się wydała wyjątkowa. Myślę, że właśnie takie szczere, kobiece spotkanie pozwala po prostu poznać prawdziwego człowieka, zobaczyć jego wrażliwość i wartości. 

Jak wygląda wsparcie wśród kobiet w Norwegii?

Bardzo mi się spodobało to, że siostrzeństwo matek jest tam stworzone ustawowo. A mianowicie tworzy się grupę wsparcia wśród kobiet, które mieszkają obok siebie i urodziły dzieci w podobnym czasie. Pierwsze ze spotkań są organizowane przez samorząd, a decyzja, czy będą kolejne leży po stronie dziewczyn. Sporo jest też górskich wycieczek dla „wózkowych”, są też „otwarte przedszkola” – rodzaj darmowych klubików malucha. Różnica jest tylko taka, że nie nazwałabym tego siostrzanym spotkaniem, bo często większość rodziców stanowią… tatusiowie. Tacierzyński jest w Norwegii obowiązkiem, a do tego normą społeczną jest to, że tata to pełnoprawny rodzic. Więc jak siedzi z maluchem na śpiewankach i udaje muczenie krówki w rytm „Stary farmer”, to nikt nie pieje z zachwytu, bo to po prostu najnormalniejsza rzecz na świecie. 

Tata z nosidłem to chyba popularny widok w Norwegii?

Tak, nosidła są bardzo popularne. Szczególnie, że mieszkamy w górach. A jak wiadomo – wózek to ograniczenie do wyłącznie dobrych dróg. Ale dla mnie nosidło jest wybawieniem przede wszystkim właśnie w pracy – gdy moja Julka ma zły nastrój i po prostu musi być we mnie wtulona, to bywa, że i zajęcia poprowadzę z nią na rękach. A w pierwszym roku jej życia to chyba wszystkie warsztaty otworzyłam z nią na rękach – czasem ciężko było wtedy skupić uwagę ludzi na tym, co mówię, bo rzecz oczywista wygrywały słodkie uśmieszki mojej pięknej córki.  

Na koniec: czego życzysz sobie i innym mamom?

Miłości! Wyjdźmy czasem dla odmiany do takiej zdrowej, nieegoistycznej miłości do samej siebie. Żeby z miłością traktować swoje ciało, swój czas na ziemi, siebie samą. Wtedy tego uczucia będziemy miały aż nadmiar, do rozdania innym.  

*  

Pielęgnujcie swoje przyjacielskiej mateczniki, łapcie za telefon, by pogadać z inną mamą, przyjaciółką. Teraz, w czasach domowych kwarantann, mamy rozgrzeszenie na telefoniczne ploty i rozmowy w hurtowych ilościach. Trzymajcie się!

*

Materiał realizowany we współpracy z marką Tula, w sesji mamy używały nosideł z serii Explore.

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy twórcom Miłości na Śniegockiej – miejsca stworzonego na potrzeby sesji fotograficznych, warsztatów i eventów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.