Takie typowe dzieciństwo

Dojrzewanie w gdańskim Nowym Porcie w obiektywie Gosi Trzaskoś

Takie typowe dzieciństwo
Gosia Trzaskoś

Gosia Trzaskoś, fotografka-amatorka z Gdańska, samodzielna mama 9-latki i 15-latka, jest autorką cyklu zdjęć, który nas poruszył. Czułe, choć nie czułostkowe kadry pokazują dzieciństwo bez czasu – takie, które mogło rozgrywać się przed chwilą, ale i 30 lat temu.

Tajemnicą uroku tych zdjęć jest wielka – i momentami trudna – przyjaźń, która łączy fotografkę z kolejnymi grupkami nowoportowych dzieciaków. Oddajemy głos autorce cyklu „Dzieci z Nowego Portu”.

*

Mój projekt rozpoczął się ponad dekadę temu. Nowy Port to dzielnica Gdańska, gdzie się wychowałam. Do dziś ma raczej złą sławę. 11 lat temu mieszkałam w Brzeźnie, miałam małego syna i nie podobało mi się, że w naszej dzielnicy – na typowym blokowisku – zupełnie nie było dzieci. Fotografowałam wówczas dużo zapomnianych zakątków Gdańska. I w ten sposób zawędrowałam na „to” podwórko w Nowym Porcie. Akurat siedziało tam trzech chłopaków: Cinek, Szymek i Kuba. Mieli wtedy po 9-10 lat. Przedstawiłam się i zapytałam, czy mogę im zrobić zdjęcie. I od razu poczułam dreszcz, wiedziałam, że to jest dobry trop. Do teraz, jak wchodzę na to jedno podwórko i gadam z dzieciakami, mam takie bicie serca, o Jezu i w ogóle!

Z czasem doszłam do obecnej kwadratowej formy i fotografii analogowej. Dziś robię dzieciakom zdjęcia starym Rolleiflexem. Nie ma czegoś takiego jak przypadek – szukałam aparatu na Allegro i trafiłam na taki, którego aukcja kończyła się w dniu moich urodzin. Pierwsze klisze oczywiście się nie udały, sama uczyłam się je nakładać, naświetlać zdjęcia. Był taki czas, że chciałam iść do szkoły fotograficznej, ale zawsze powstrzymywała mnie kalkulacja: za czesne mogę kupić tyle i tyle filmów. I jakoś się rozmyślałam. Tym bardziej, że mam przekonanie, że szkoła nie nauczy mnie podejścia do człowieka. Tego nauczyłam się na ulicy.

Dzieciaki zakochały się w tym aparacie, później same chciały, żebym przychodziła robić im zdjęcia. Dziś, jak tylko się pojawiam, zlatują się chmarą, przytulają, gadają jedno przez drugie (musiałam tłumaczyć synowi, a potem córci, że mama jest ich, a to są po prostu dzieci, które znam). Kiedy zmieniam film, wykłócają się, kto ma go odpakować, a kto potrzyma pudełko z kliszą. Starsze tłumaczą młodszym, że nie mogą się poruszyć, bo zdjęcie nie wyjdzie. Nowym dzieciom – bo cały czas pojawiają się nowe, przeprowadzają się tutaj lub rodzą rodzinom z sąsiedztwa – muszę wyjaśniać, że nie można zdjęcia zobaczyć od razu, bardzo mnie to bawi. Lubię też zawiesić im aparat na szyi i pokazywać, co widać, jak spojrzy się w obiektyw – że to jest lustrzane odbicie rzeczywistości. Dla nich to istne czary! Czasami pozwalam im samym zrobić zdjęcie, choć oszczędnie, bo moje filmy mają tylko po 12 klatek.

Ale nie było tak od początku – choć przychodziłam do Nowego Portu kilka razy w tygodniu z synem, żeby pobawił się z dziećmi, a w końcu się tam przeprowadziliśmy, i rodzice, i dzieci musieli mnie lepiej poznać. Na samym początku pewna pani chciała oblać mnie wodą, bo pojawiam się znienacka i robię dzieciom zdjęcia. Podobno była dosyć niestabilna. Chociaż jako kobieta na pewno łatwiej zdobywam zaufanie. Dzieci opowiadały mi, że pewnego razu zdjęcia chciał im robić jakiś brodacz. Ojcowie zaraz kazali mu się wynosić. Kontrola społeczna działa. Z drugiej strony, kilka lat temu zyskałam lokalnego obrońcę w osobie pewnego starszego pana, który widząc, że rozmawiam ze strażą miejską, zaczął wychylać się z okna i krzyczeć, żeby zostawili mnie w spokoju, bo ja tylko fotografuję dzieciaki. Powiedziałam mu: „Sąsiad, jest OK!”, ale on nie spoczął, dopóki nie zszedł na dół w klapkach Kubota – pamiętam jak dziś – i jeszcze raz, cały zziębnięty, wytłumaczył strażniczce, żeby mi dała spokój, bo nic złego nie robię.

Jaki jest cel tego cyklu? Chciałam udokumentować dzieciństwo pierwszej grupki siedmiorga-ośmiorga fajnych, zgranych dzieci. A potem zaczęły pojawiać się kolejne i kolejne. Dostają ode mnie odbitki, ale nie wszystkie i nie od razu. Chcę, żeby mieli pamiątkę na przyszłość, bo to są świetne dzieciaki, ale z trudnych domów. Nie zawsze mają dobre wzorce, nie wszystkim chce się dalej uczyć. Czasami zmarnowany potencjał aż boli.

Był taki moment, że to mnie przytłoczyło i musiałam zrobić sobie od Portu przerwę. Trzy czy cztery miesiące trzymałam się z daleka. Dziś jestem ostrożniejsza i trzymam większy dystans, choć mieszkańcy „mojego” podwórka nadal mi ufają i zapraszają do swoich domów. Do dzisiaj natomiast zdarza mi się ryczeć, jak któreś z ulubionych dzieci się wyprowadza.

Tym niemniej nadal uważam, że do dorastania Nowy Port jest fantastyczny. Tutaj dzieciaki mogą robić wszystko, to jest takie typowe dzieciństwo. Mają skrytki i kałuże, grę w klasy i w gumę, był trzepak, ale chyba złomiarze się nim zajęli. Jest parking pełen rowerków – kto chce, może któryś wziąć i się pobawić.

„Nikt tutejszym dzieciakom nie powie: nie właź do kałuży, bo się pobrudzisz”.

 

Mieszkańcy Portu, a szczególnie tego jednego podwórka, są różni – niektórzy mieszkają tam od pokoleń, inni od kilku lat. Ale to podwórko sprawia, że ludzie szybko się zżywają. Jest pilnowanie sobie nawzajem dzieci i grillowanie, niezwykłe jest to, że tutejsze 12-13-latki potrafią świetnie zajmować się kilkuletnimi szkrabami. To zamknięte podwórko, dzieci są tam bezpieczne. Jak wchodzisz, czujesz się jak w domu – nawet jeśli mogłoby być tam ładniej. Kocham Port, choć jest zaniedbany i to w pewnym sensie koniec świata: tu kończą się linie tramwajowe nr 3, 5 i 7. Panuje atmosfera wioski, gdzie każdy zna się z każdym, wszyscy się uśmiechają i nikt nie powie ci złego słowa. Moja córka do dzisiaj nie widzi nic dziwnego w tym, że ktoś wychodzi po bułki w wałkach na głowie i piżamie.

Nie wiem, jak skończy się ten projekt, oby trwał jak najdłużej. Za chwilę Karolina, jedna z moich pierwszych modelek, sama zostanie mamą. Jest szansa, że będę fotografować już drugie pokolenie. Obiecałam dzieciakom, że kiedyś wydam album o ich dzieciństwie, mam takie marzenie. Kilka moich zdjęć już się sprzedało, kiedy wisiały w małej tutejszej knajpce Perła Bałtyku. Ale chyba najbardziej lubię, kiedy ktoś ogląda moje zdjęcia i pisze mi, że przypomniały mu jego dzieciństwo. To jest największa radość.

*

Gosia Trzaskoś – od urodzenia mieszka w Gdańsku, jest samodzielną mamą dwójki dzieci, dwóch psów i trzech szczurów. Od jedenastu lat fotografuje podwórkowe dzieciństwo w Nowym Porcie. W 2014 roku zdobyła wyróżnienie w konkursie Gdańsk Press Photo za fotoreportaż „Dzieci z Nowego Portu”.

Dodaj komentarz