rozmowa o macierzyństwie

Rozmowa o macierzyństwie z Gabi Łazarkiewicz-Sieczko

... współscenarzystką filmu "Zielona Granica" Agnieszki Holland i mamą dwójki dzieci.

Rozmowa o macierzyństwie z Gabi Łazarkiewicz-Sieczko
archiwum rodzinne

– Jako matka z dwójką dzieci i obrączką na palcu, jestem jakimś ideałem środowisk konserwatywnych. W Polsce, kiedy jesteś matką, cała ulica jest twoja. Tu ci ustąpią, tu pomogą – opowiada Gabi. – Z drugiej strony płynie ku mojej pracy taki hejt, że nie mogę tego przetrawić. Czuję się jakoś oszukana.

Rozmawiamy dwa tygodnie po premierze filmu Agnieszki Holland Zielona granica, którego Gabi jest współscenarzystką. Ja jestem poruszona i pełna wdzięczności za ten obraz, który uwypuklił moją perspektywę na kryzys humanitarny na granicy polsko-białoruskiej. Gabi jest w swoim zwykłym matczynym pędzie – żebyśmy mogły się spotkać, poprosiła o pomoc nianię.

W domu czekają na nią pięcioletni synek i półtoraroczna córeczka. Kiedy Gabi była z nią w ciąży, na granicy polsko-białoruskiej rozpoczął się kryzys humanitarny. Wtedy Gabi napisała, wraz z Agnieszką Holland i Maciejem Pisukiem, scenariusz filmu, który opowiedział w sposób fabularny o zdarzeniach z granicy. Wątek oczekujących na dziecko pogranicznika Janka i jego żony Kasi to dzieło Gabi.

Gabi jest też autorką słuchowiska Niekompetentni, które powstało w 2020 roku i od razu zgarnęło nagrodę główną Storytel w konkursie scenariuszowym SCRIPT PRO 2020. I ja to słuchowisko bardzo polecam, bo ma wspaniałą obsadę i porusza.

Pisząc wątek o pograniczniku i jego ciężarnej żonie, Kasi, też byłaś w ciąży.

Byłam w ciąży z córką, syn miał 3 lata. Kuba, mój mąż, brał wtedy udział w inicjatywie „Medycy na granicy” i ochotniczo pomagał osobom znajdującym się blisko granicy białorusko-polskiej. Wszyscy ci medycy pracowali normalnie w swoich placówkach, akcją zajmowali się po pracy, w wolnym czasie.

Wolny czas, kiedy jesteś rodzicem?

Póki Kuba był lekarzem rezydentem, pracował nawet 350 godzin w miesiącu. Ale na wiosnę 2021 r. zdał egzamin na specjalistę i mógł nareszcie pracować mniej. Więc właśnie odzyskawaliśmy oddech. Mieliśmy w końcu pobyć razem, w spokoju po egzaminie i po czasie covidu, który odcisnął się na naszej rodzinie. Kuba pracował wtedy na oddziale intensywnej terapii, był ciągle w pracy, a tam umieralność przekraczała 90%. Codziennie musiał komuś mówić, że ten ktoś prawdopodobnie umrze. Emocjonalnie trudny czas. Wiedzieliśmy, że musimy to przetrwać, bo potem będzie trochę lepiej. Ale po kilku miesiącach na granicy rozpoczął się kryzys humanitarny.

Masz przy sobie partnera, który pracuje w warunkach ekstremalnych. Nie słyszę u ciebie tonu żalu czy pretensji. Ani strachu.

Macierzyństwo mi dało taką ciekawą dwoistość: z jednej strony mnie ukorzeniło i pozwala oswajać demony. A z drugiej strony otworzyło totalną puszkę Pandory lęku o najbliższych. Jestem niestety bardzo lękową osobą. Staram się z tym mocować i dużo racjonalizować. Świadomie nad tym pracuję i jest trochę lepiej.

Kuba był w pracy albo pomagał na granicy. Ty w tym czasie pisałaś.

Kuba jeździł na Podlasie, ja zarzucałam sobie, że za mało robię. Że siedzę tutaj, z dzieckiem i z brzuchem ciążowym. Czułam bezsilność, to był wewnętrzny krzyk. I wtedy Agnieszka Holland powiedziała, że ma pomysł. Uznała, że to, co może zrobić, by pokonać uczucie bezradności, to film o wydarzeniach na granicy. Bardzo szybko ruszyliśmy z pracą. Ważna była dla nas mnogość perspektyw w tej strasznej sytuacji. Każdy z nas, scenarzystów (Agnieszka Holland, Maciej Pisuk i ja), dość szybko wiedział, o czym chce w scenariuszu opowiedzieć: Agnieszka o rodzinie w drodze, Maciej o aktywistach. Ja postanowiłam, że napiszę o pograniczniku.

Tak powstał filmowy dwugłos na ciążowe USG. USG są wykonywane ciężarnym w lesie i widzimy również badanie Kasi, żony pogranicznika, w przychodni na Podlasiu. W tym czasie ty pewnie też miałaś swoje badanie, tu, w Warszawie.

Opowiedzenie sobie jakiejś historii, na przykład przez napisanie scenariusza, też pomaga, jest metodą terapeutyczną. Pisanie – tak zupełnie prozaicznie – było zajęciem, które nadawało rytm mojemu życiu. Film oczywiście nie jest narzędziem do ratowania pojedynczych ludzkich istnień. Ale mogłam pokazać, że coś dzieje się naprawdę, że tam są prawdziwi ludzie. I że Straż Graniczna to też są ludzie. Bez usprawiedliwiania ich postępowania.

Jak to w ogóle jest możliwe, że miałaś czas się zanurzyć w tworzonej przez ciebie historii i pisać?

Nie jestem dobrym wzorem pod tym kątem – syn oglądał w tym czasie na pewno za dużo bajek. Uwielbiam pracować i praca nad scenariuszem była dla mnie czymś wspaniałym. Scenariusz powstał szybko, bo w kilka miesięcy. Skończyliśmy dokładnie w lutym. Pisałam niemal do samego końca ciąży i się cieszyłam, że się udało. To była bardzo intensywna praca, bardzo się cieszyłam, że ona jest.

Zdążyłaś nacieszyć się oczekiwaniem na córkę?

Kocham być mamą, ale czas ciąży bynajmniej nie jest dla mnie magiczny – niektóre kobiety dostają wtedy energetycznego kopa, ja niestety do nich nie należę. Praca mnie w tej ciąży jakoś podnosiła. Dawała poczucie sprawczości. A jak syn w tym wszystkim? Ojej, to jest ciekawe, ale ja w ogóle nie pamiętam. To jest dziwne i może też coś mówi o tym, w jakim byłam wtedy stanie. Jedyne, co pamiętam, to że się martwiłam i że tak bardzo się starałam wtedy z nim być obecna. Wyrzucałam sobie, że to wciąż za mało. W macierzyństwie wyzwaniem jest dla mnie nie fizyczne zmęczenie, ale utrzymanie zasobów umysłowo-emocjonalnych. To, żeby w zabawie być rzeczywiście obecną. Tego się uczę i to jest na maksa trudne. Tu piszę z komputerem rozłożonym na kuchennym blacie, tu trochę się bawię z synem, równocześnie nastawiam pranie… Wtedy moją przystanią było przekonanie, że będę miała taki wspaniały poród. Że sobie wszystko naszykuję i będę miała porządną wyprawkę.

Twoja córeczka urodziła się przed terminem.

Tak, urodziłam przed czasem, Kuby nie było w Warszawie, miał właśnie ostatni dyżur w Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym, sto kilometrów od Warszawy. Później już miał być w domu, żeby być przy mnie, kiedy zacznę rodzić (gdyby się to zdarzyło w terminie). Tego dnia bolał mnie brzuch, więc syn poszedł do naszych sąsiadów, Kasi i Mikołaja, rodziców jego najlepszego kumpla, też zaangażowanych w inicjatywę Medyków na granicy. Mikołaj zawiózł mnie do szpitala. Po drodze korki, zimowa plucha i w dodatku Walentynki. Najgorzej. Śmialiśmy się, że spędzamy Walentynki ze sobą, w tych korkach, w drodze na KTG. Jedyne, z czego się cieszyłam, to że będę miała kilka godzin na czytanie. Wzięłam „Wzgórze psów” Żulczyka, bo jest grube, i jedną koszulę nocną, awaryjnie. No i okazało się, że muszę urodzić. Szybko, bo odklejało się łożysko. Kuba dojechał, jak już byłam na sali operacyjnej. Okazało się, że córka była gdzieś zakleszczona i podduszona, wokół niej było dużo zrostów po poprzednim cięciu cesarskim. Na sali okropnie cicho. Starałam się zagaić do lekarek, a one na to: „nie gadajmy teraz, bo jest trudno”. Anestezjolog zerkał i również nic nie mówił. To było trochę jak w filmie: już wiesz, że nie jest dobrze, kiedy jest tak cicho. I tak bardzo długo. Córka nie płakała, szybko ją wynieśli dokądś, daleko. Potem jeszcze gdzieś. Leżałam na sali pooperacyjnej, a tam zazwyczaj dziecko ma się już ze sobą. Teraz byłam jedyną osobą bez dziecka.

Co się z tobą wtedy działo?

Z jednej strony czułam ulgę, bo do mnie dotarło, że gdybym nie przyjechała do szpitala, to wszystko mogło się skończyć naprawdę kiepsko. Nagle już nie byłam w ciąży, brzuch pusty. Ale nie mam też swojego dziecka. Wszystkie panie tutaj mają swoje słodkie bobaski. Ja nie. Nie wiem, co się dzieje. Do tego źle mi wjechała morfina, miałam nawracające uczucie, że spadam. Kuba, na którym sprawy medyczne rzadko robią wrażenie, też był inny niż zazwyczaj. Spięty. Czas bez dziecka mi się dłużył okropnie. Nie bardzo mogłam wstać. W końcu mi przynieśli córeczkę. Była takim malutkim kurczątkiem.

To się wszystko dzieje w okresie, kiedy twój mąż jeździ na granicę ratować ludzi, również kobiety w ciąży, a ty piszesz o tym poruszający scenariusz.

No tak, nasz system rodzinny był wtedy w sytuacji kryzysu. Tamto doświadczenie mnie zbliżyło do mojej filmowej bohaterki, Kasi, żony pogranicznika. Kuba i ja co prawda nie budowaliśmy domu, ale dopiero co wprowadziliśmy się do niegotowego jeszcze mieszkania. Spaliśmy na podłodze. W ciąży ciężko się wstaje, dookoła wszystko porozwalane, w kartonach. Nie miałam siły tego ogarniać.

Jakoś daliście jednak z Kubą radę. Mam na myśli wasz związek.

Może to zabrzmi kiczowato, ale mieliśmy bardzo dużo, mieliśmy siebie. Bardzo się nawzajem lubimy. To jest mocne. Poznaliśmy się, kiedy w ramach zajęć w szkole filmowej chcieliśmy zdokumentować protest lekarzy rezydentów. Kuba, wówczas rezydent, napisał na Facebooku o tym post, który był szeroko udostępniany. Napisałam więc do niego. Materiał na zajęcia z dokumentu nigdy nie powstał, powstała za to nasza miłość. Zakochiwaliśmy się w sobie, zanim w ogóle spotkaliśmy się fizycznie. Kuba był w Warszawie, ja w Gdyni. Pisaliśmy i dzwoniliśmy do siebie. Czasem ma się takie dziwne poczucie, że się znało tę osobę wcześniej. Odczuwałam to tak, jakbym była bohaterką programu w rodzaju „Ślub od pierwszego wejrzenia”.

Ale zanim urodziłaś syna i zaczęłaś pracować jako scenarzystka, studiowałaś w Gdyni, byłaś w ciąży, Kuba mieszkał w Warszawie.

Było wtedy trudno z kasą, bo szkoła była bardzo absorbująca, nie miałam możliwości dorabiania. Kończyły mi się pieniądze, które odłożyłam wcześniej, pracując jako tłumaczka i jako asystentka na planach filmowych. Oczywiście moja mama nie dopuściłaby do tego, żebym nie miała za co żyć, ale nie chciałam tego nadużywać. Jednak głębokość uczucia do Kuby pozwoliła mi przetrwać ten czas spokojnie.

Jak jest teraz? Jesteście rodziną, twoja praca jest szeroko doceniana.

Dostałam wiele wspaniałych głosów od widzów poruszonych „Zieloną granicą”. Choć ja negatywnych wiadomości dostałam niewiele, to z ludzi wysączyło się w stronę twórców filmu mnóstwo jadu. Z tego, co wiem – głównie w stronę Agnieszki i aktorów.

A splendor i sława?

Wielkim, niezapomnianym przeżyciem był dla mnie wyjazd na festiwal filmowy w Wenecji, do której zresztą pojechaliśmy całą rodziną. Ale tak na co dzień, kiedy masz małe dzieci, splendor polega na tym, że w legginsach idziesz z wózkiem po osiedlu. Ciekawe, że z jednej strony, jako matka z dwójką dzieci i obrączką na palcu, jestem jakimś ideałem środowisk konserwatywnych. W Polsce, kiedy jesteś matką, cała ulica jest twoja. Tu ci ustąpią, tu pomogą. Z drugiej strony płynie ku mojej pracy taki hejt. Nie mogę tego przetrawić. Czuję się jakoś oszukana.

Pogranicznik, który był twoim informatorem, był poruszony filmem.

Jeśli choć jedna osoba jest poruszona czymś, co napisałam, no to wow, to niesamowite. Teraz pracuję nad bardzo ciekawymi projektami, jestem podekscytowana i jednocześnie się boję, jak będzie znowu wyglądała organizacja życia mojej rodziny. Dzieci są małe, nie zawsze jest łatwo z nimi pracować. Z drugiej strony trzymam się myśli, że im więcej mam na głowie, tym bardziej jestem wydajna. Już się nauczyłam, że po każdej chwili spokoju przychodzi coś. Na świecie dzieje się teraz okrucieństwo na niewyobrażalną skalę. Straciliśmy niewinność, rodzicielstwo mojego pokolenia naznaczone jest straszliwymi wydarzeniami. Moje dzieciństwo przypadło na lata 90-te. Raczej bezpieczne. Nie mieliśmy smartfonów, demokracja i kapitalizm przyniosły nowe otwarcie, moi rodzice mieli pracę. Chciałabym, żeby moje dzieci miały bezpieczne dzieciństwo, ale nie wiem… Dziesięć dni po narodzinach córki wybuchła wojna w Ukrainie. Wtedy lęk mnie pożarł, naprawdę nie wiedzieliśmy, co będzie. Wyjechaliśmy wtedy na dwa tygodnie na Śląsk. To była lekcja zadbania o rodzinę i o siebie. W tamtym czasie miałam nawracające wizje spadającej na Warszawę bomby i uczucie, że w każdej sekundzie to się może wydarzyć. Wtedy odmówiłam bycia ciągle ponad to. To już było za dużo.

Co, poza związkiem z Kubą, daje ci poczucie bezpieczeństwa?

Mamy przyjaciół i cały system bliskich więzi wokół siebie. Wiemy, że to, co mamy, nasze uczucie, jest bezcenne i o nie dbamy. Nie jesteśmy parą perfekcyjną, jesteśmy żywymi ludźmi, którzy mają swoje, czasem trudne, osobowości. Kuba się śmieje, że jest anestezjologiem dlatego, że nie lubi rozmawiać z ludźmi. Woli, jak śpią. Ja ładuję swoje baterie jednak w kontakcie z kimś. Jak teraz, rozmawiając z tobą.

Dziękuję ci, Gabi, za tę rozmowę.

Dodaj komentarz