rozmowa o macierzyństwie

Rozmowa o macierzyństwie z Anną Koczwarą

Mam prawo do czegoś innego, niż bycie zamęczoną matką

Rozmowa o macierzyństwie z Anną Koczwarą
archiwum rodzinne

„Sytuacja życiowa sprawiła, że musieliśmy przejść szybki kurs dojrzewania” – mówi Ania Koczwara, znana na IG jako Halina z Crueltyfreeann. „Większość moich rówieśników nie jest w stanie uwierzyć, że można żyć tak jak my”.

 

Ma energię dynamitu i nie przebiera w słowach. W rozmowie ze mną jest tak samo szczera i otwarta, jak w swoich mediach społecznościowych. Mówi o sobie, że nie daje się zaszufladkować, i to jest prawda. Tym, którzy mają swoje wyobrażenia o sposobie, w jaki powinni żyć rodzice dziecka z niepełnosprawnością, rozwala system.

Ania Koczwara, autorka kulinarnych ebooków i mama prawie sześcioletniej Amelki, u której zdiagnozowano artrogrypozę (więcej o Amelce i diagnozie – tu), prowadzi popularne konto na IG. Pełne wegańskich przepisów kulinarnych i zwykłej codzienności, jest pozbawione blichtru i pozy. Przyciągnął mnie bunt Ani, jej niezgoda na to, by ktoś jej mówił, jak ma żyć, co powinna robić i czego jej nie wypada.

Jest niedziela wieczór, łączymy się telefonicznie: Ania z Bytomia, ja z Warszawy, i gadamy. Poznajcie Anię vel Halinę.

Napisałaś na Instagramie, że niektórym jest trudno zaakceptować twoje prawo do czegoś innego niż byciem zamęczoną matką niepełnosprawnego dziecka.

Tak jest, od kiedy zaczęło nam się w życiu układać. Zaczęliśmy już zarabiać i mogliśmy przestać organizować zbiórki charytatywne. Kiedy u nas wszystko układało się coraz lepiej, zaczęli pisać do mnie ludzie, którzy nam kiedyś pomogli. Czuli się oszukali. Pomogli, bo przecież było źle. No ale teraz jest dobrze, wyjeżdżamy w rodziną w podróż, a niektórym nie pasuje to, że teraz mamy podobne możliwości. Stracili pewną przewagę nad nami. Pomaganie może być formą władzy nad drugim człowiekiem. Jest w tym też element roszczenia. Dostaję na przykład wiadomości: „Hej, udostępnij moje konto u siebie, bo ja wam kiedyś pomogłam i załatwiłam coś tam dla Amelki”.

Twoje macierzyństwo zaczęło się nie tylko od walki o zdrowie córki, ale i o byt, o każdy dzień.

Wystarczało nam na podstawowe potrzeby. Pomagała teściowa, bo mieszkaliśmy kilka lat u niej. Ale na potrzeby Amelki, na jej rehabilitację – już nie, bo to było kilka-kilkanaście tysięcy miesięcznie. Dla ludzi, którzy dopiero wkraczali w życie, bo mieliśmy po 19 lat, to był kosmos. Ja nawet nie zdążyłam skończyć szkoły. Spotkaliśmy się z Denisem na sylwestrze u znajomych, przyszłam z innym chłopakiem, z którym nie do końca zaiskrzyło. Zobaczyłam Denisa i postanowiłam, że to ten. Dwa tygodnie później się spotkaliśmy i już nigdy się nie rozstaliśmy. Oboje poczuliśmy, że to jest to. Minęło pół roku i Amelka była w drodze.

Jak to przyjęliście?

Szybko! Mieliśmy wsparcie w rodzinie, nie było nam tak ciężko. Odcięłam się wtedy od życia towarzyskiego, mój świat się zamknął wokół ciąży. Oczekiwałam na to, byłam pewna, że będę mieć zdrowego chłopca, miałam regularne badania, chodziłam co dwa tygodnie do lekarza na USG. Właściwie byłam u trzech różnych lekarzy, którzy potwierdzali, że to będzie zdrowy chłopiec.

Miałaś kilku lekarzy, bo coś cię niepokoiło?

Pierwszy to lekarz na NFZ, drugi – prywatnie, bo robił dokładniejsze badania USG. Ten trzeci to był ordynator w szpitalu – w 22. tygodniu słabiej czułam ruchy, więc się wystraszyłam i poszłam do szpitala. Rutynowo. Wszystko było OK. Po narodzinach Amelki okazało się jednak, że zarówno pani doktor, która robiła mi USG bezpośrednio przed cesarskim cięciem, jak i lekarz, który prowadził ciążę, wiedzieli o wadzie i ją przed nami zataili. Nie mam pojęcia, czemu to zrobili – to było nieetyczne i nic takiego nie powinno mieć miejsca. Lekarze nie mają prawa zatajać takich rzeczy. Nie wiem, czy to było spowodowane ich światopoglądem czy lękiem. Nie lubię myśleć, co by było, gdyby nam powiedziano o wadze. Wszystko, co się wydarzyło po drodze, doprowadziło mnie do tego momentu, w którym jestem dzisiaj. Nic bym nie zmieniła, żadnej rzeczy.

Czy teraz, kiedy od narodzin Amelki minęło prawie 6 lat, wróciłaś do życia młodej kobiety, którą jesteś?

Tak było na początku, kiedy odreagowywałam wszystkie trudne emocje. Nie zdawałam sobie sprawy, że nie przepracowałam choroby Amelki i uciekałam z życia w weekendy, kiedy to teściowa zajmowała się Amelką. Imprezy, alkohol, papierosy. A potem przyszedł czas, kiedy zmieniliśmy styl życia, i całkowicie od tego odeszłam. Nie było mi to już potrzebne. Dzisiaj, kiedy mam ochotę i okazję, raz na kilka miesięcy, gdzieś wyjdę, ale imprezy to nie jest mój klimat. Lubię inaczej spędzać czas. Lubię testować knajpy z jedzeniem, wyjść na rower, na spacer, pojechać gdzieś, być w drodze, w podroży. To jest mój ulubiony sposób na spędzanie wolnego czasu. Nie wyobrażam sobie już siebie na dyskotece, nie czuję tego. Kiedyś byłam typem bardzo imprezowej osoby, ale to była ucieczka.

Masz 25 lat. Czy nie jest tak, że twoje rówieśniczki mają trochę inny poziom samoświadomości i inne potrzeby?

Sytuacja życiowa sprawiła, że musieliśmy przejść szybki kurs dojrzewania. W związku z chorobą Amelki musieliśmy nauczyć się załatwiać różne rzeczy. To uczy i daje inną perspektywę. Większość moich rówieśników nie jest w stanie uwierzyć, że można żyć tak jak my. Bywało, że czułam się z tego powodu samotna. Teraz już nie. Instagram mi to daje. Bo są różne sposoby życia, różne spojrzenia, poglądy na rzeczy. Nie jestem jakaś wyjątkowa i sama w tym wszystkim.

Twoje działania na Instagramie nie dotyczą wyłącznie rodzicielstwa. Dużo mówisz o kobiecości. Łączysz energię młodej osoby i perspektywę dojrzałej kobiety.

Dystansu do spraw ciała i jego oceny nabrałam, kiedy urodziła się Amelka ze swoją niepełnosprawnością. To od tamtej pory mówię o równości, o feminizmie. Amelka mi dała pogląd na to, jak to jest, kiedy wiadomo, że nigdy nie będzie się w kanonie, który jest uważany za słuszny, wspaniały i oczekiwany w naszym społeczeństwie. Amelka ma zniekształcone ciało, ma blizny. Więc zaczęłam patrzeć inaczej także na swoje ciało: już nie w kategorii tylko wyglądu, lecz z docenieniem – ile mi daje zdrowotnie, ile mam możliwości na co dzień. W takim nurcie chcę wychowywać Amelkę. Jej ciało nie jest stworzone tak, by wyglądać dla kogoś, tylko żeby jej dawało różne rzeczy i przeprowadziło przez życie. Chcę, by wiedziała, że wygląd nie jest nadrzędną wartością.

Masz wokół siebie wspierającą społeczność, która podziela wasze wartości?

Człowiek dobiera sobie ludzi w życiu, takimi ludźmi się otacza i takich przyciąga. Kiedy zmieniłam światopogląd, zakończyłam większość moich dotychczasowych znajomości. Rozeszły się samoistnie, bo nie nadawaliśmy na tych samych falach. Wiadomo było, że się nie dogadamy. Zyskałam potem nowych znajomych o podobnych wartościach, pasjach. Denis mógł iść w inną stronę, ale właśnie nam się tak przytrafiło, że się zsynchronizowaliśmy, nasze poglądy zmieniały się tak samo, zrobiliśmy to razem. Decyzję o przejściu na dietę roślinną podjęliśmy w tym samym momencie. Mieliśmy swój moment wspólny. Zgadzamy się bardzo ze sobą, chociaż oczywiście nie we wszystkim. Różnią nas np. niektóre kwestie feministyczne. Denis jest otwarty na dyskusję i potrafimy o tym rozmawiać normalnie. Dużo rozmawiamy, bardzo dużo. Dla mnie rozmowa to jest podstawa w związku. Denis jest bardziej skryty, ciężko mu jest rozmawiać o emocjach. Mnie o niektórych też, ale jednak nadal łatwiej jest mi mówić o wszystkim.

Mieliście moment, że was życie przytłoczyło i zamknęliście się na siebie?

Długo byliśmy przytłoczeni. Przez te lata raczej bywaliśmy szczęśliwi, niż umieliśmy cieszyć się po prostu życiem. Denis codziennie budził się ze strachem: „jak to mogło się przytrafić?”, nie mieliśmy tego przepracowanego. Ja też nie mogłam zaakceptować choroby Amelki, więc pierwsze lata były ciężkie. Później się zdystansowaliśmy. Nie mieliśmy jak dbać nie tylko o związek, ale w ogóle o samych siebie, indywidualnie. Rehabilitacja, leczenie, próba uzbierania pieniędzy pochłaniały ogrom czasu.

Denis pisze książkę. Spowiedź ojca, młodego chłopaka, któremu urodziło się dziecko z niepełnosprawnością.

To coś, czego on nigdy nie wypowiedział, nikomu. Bo nigdy nie rozmawiał z nikim o tym, co przeżywa. I wreszcie siedzimy razem i zaczynamy o tym rozmawiać, przypominamy sobie różne rzeczy. To jest to dla mnie coś dużego. Denis nie jest wylewny w swoich emocjach, dużo trzyma w sobie i cieszę się, że postanowił to wyrzucić. Może być głosem wielu mężczyzn, którzy nie zbiorą się na odwagę i będą milczeć. Ta książka zmienia nasz związek. Możemy mieć więcej zrozumienia dla siebie. I on dla mnie, i ja dla niego. Skupiałam się na tym, co czuję ja i co czuje Amelka, zapominając o Denisie. Poza tym to ja byłam osobą, która zajmowała się zbiórkami, bo Denis musiał pracować. Nasze perspektywy były różne. Jemu się wydawało, że ja czuję coś innego, a mnie – że on czuje inaczej. Nie rozmawialiśmy o tym ze sobą.

Zróbmy krok wstecz. Są badania USG, lekarze widzą, że jest jakaś wada, ale nie mówią ci o tym, jest poród, cesarskie cięcie. Co się wydarzyło?

Wybudziłam się w trakcie cesarskiego cięcia. Myślę, że zrobili mi CC, żebym nie spanikowała po porodzie, bo przecież wiedzieli, że Amelka będzie dzieckiem z niepełnosprawnością. Pamiętam, kiedy wyjmowali ze mnie Amelkę, pamiętam rurkę w gardle, że się dusiłam i nie potrafiłam oddychać. Pamiętam, jak mnie klepali po twarzy, wybudzali, i jeszcze tę panikę lekarzy, którzy biegali po sali i krzyczeli „co z nią jest?’. Pamiętam moment, w którym pomyślałam: „o wow, to jest dziewczynka”. Nie myślałam o jej chorobie. To był taki amok, szok, że taka sytuacja się zdarza, że się przebudziłam. Potem przewieziono  mnie na salę i zobaczyłam, że wszyscy płaczą, a mnie bardzo bolało. Lekarze przynieśli mi Amelkę i uprzedzili, że to może być dla mnie szok. Pokazali mi ją, ale nie pamiętam, jak ona wtedy wyglądała. Pamiętam za to, że była mięciutka, ciepła, że pięknie pachniała i że kiedy ją przyłożyli do mnie, to przestała płakać. To właśnie będę wspominać dobrze – że jednak zadziała się magia między mamą a córką, że dzięki mojemu dotykowi Amelka się uspokoiła i przestała płakać. Potem ją wywieźli na intensywną terapię. Rodzinę nastraszyli, że Amelka może nie przeżyć. Było mnóstwo złych diagnoz, bo tak naprawdę Amelka była zdrowa, tylko miała niepełnosprawność. Prócz tego nic więcej.

Artrogrypozę Amelki zdiagnozowałaś sama, szukając zdjęć w Internecie.

Dniami i nocami szukałam różnych zespołów genetycznych i dokopałam się w końcu do tego schorzenia, jakim jest artrogrypoza. Znalazłam zdjęcia, filmiki na zagranicznych stronach. To się zbiegało z tym, jak wyglądała w tamtym momencie Amelka. Pamiętam, że zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że to chyba to. Wysłałam jej linka, a mama na to: „Oby nie”. Następnego dnia poszliśmy do lekarza, który potwierdził artrogrypozę. Mówił, że Amelka nigdy nie będzie chodzić, że będzie potrzebowała specjalistycznych aparatów z Niemiec, żeby w ogóle móc stać, pisać, i że będzie tragedia. Odebrał nam resztki nadziei i spisał dziecko na straty.

Jak dawałaś sobie wtedy radę?

Nie pamiętam. Byłam napędzona codzienną adrenaliną, wiedziałam, że muszę walczyć o Amelkę, a jestem bardzo uparta. Jak sobie coś postanowię, to zrobię wszystko, żeby mi się udało. Szukałam różnych sposobów i to była moja misja – żeby zrobić wszystko, by Amelce było jak najlepiej. Amelka zrobiła ogromne postępy. Z dziecka, które w ogóle się nie ruszało po porodzie, wyrosła na dziewczynkę, która dzisiaj chodzi na kolanach. Jest po wielu operacjach, ale jest w stanie biernie zgiąć sobie łokieć i sięgnąć do buzi, poprawić włosy, dotknąć buzi, oczu. To są niesamowite rzeczy, bo Amelka nigdy nie miała możliwości poznawania swojego ciała i dotykania go. Nie miała możliwości zgięcia łokcia czy nadgarstków, to samo z nogami. To są setki godzin rehabilitacji, ogrom pracy.

To jest zupełnie inne dzieciństwo.

Całkowicie inne. Bywały dni, kiedy Amelka budziła się z płaczem, że nie chce iść na rehabilitację. Zdarzały się takie momenty, w których miała dość. Rozmawialiśmy ostatnio o tym z Denisem, że czuliśmy się jakbyśmy znowu musieli chodzić do szkoły. Codziennie trzeba było wstać rano, robić te same rzeczy, jechać do Katowic, do Krakowa, do Bytomia i zakładać ortezy. W kółko to samo. Szczególnie ciężko było znaleźć balans, bo od rodziców, od bliskich, znajomych otrzymywaliśmy bardzo dużo nieproszonych rad. Chciałam zrobić wszystko naraz, byleby nie stracić żadnej szansy i nie zarzucić sobie później, że czegoś nie zrobiłam, nie spróbowałam. Bardzo łatwo jest wpaść w obsesję.

Minęło 5,5 roku. Jakim dzieckiem jest Amelka?

Jest turbopogodna, zabawna, energiczna, pozytywna, empatyczna, bardzo też niecierpliwa. Przez te wszystkie sytuacje ze szpitalami na początku była raczej zamknięta i nieufna, a teraz jest otwarta na świat i codziennie mnie tym zaskakuje. Łatwo nawiązuje kontakty, bardzo się zmienia. Ale i my się zmieniliśmy w tym wszystkim.

To jaką jesteś dzisiaj mamą?

Bardzo czułą, uczuciową. Jestem bardzo emocjonalna. Wspierająca, nieoceniająca, trochę niecierpliwa – nie jestem tak cierpliwa jak Denis. Amelka i tak mnie dużo nauczyła, kiedyś było jeszcze gorzej. Czekanie na korytarzu w szpitalu po 6 godzin też mnie uczyło cierpliwości i wytrwałości. Jestem bardzo dobrą mamą i na pewno coraz lepszą, bo cały czas się tego uczę.

Powiedziałaś niedawno: „mam też inne rozkminy poza tym, że mam dziecko z niepełnosprawnością”.

Odkąd Amelka się urodziła, byłam na zasiłku i świadczeniu opiekuńczym, więc nie mogłam podjąć pracy. Zawsze chciałam być niezależna i jakoś zarabiać na leczenie Amelki, szukałam sposobu, jak to zrobić. Na początku nie miałam czasu, żeby myśleć o sobie jakoś szerzej, ale mogłam znaleźć trochę czasu na to, żeby zrobić sobie makijaż. Więc poszłam w tym kierunku. Pomyślałam, że mogłabym nagrywać o tym filmy i uczyć innych. W ten sposób mogłabym zarabiać, będąc z Amelką w domu i uczestnicząc w jej leczeniu. Ale po jakimś czasie trochę zaczęłam się w tym dusić. Mój makijaż zaczął być minimalistyczny, bo zmieniały się moje potrzeby, zaczęłam bardziej siebie akceptować i wszystko ewoluowało. Działając w sieci, mam do przekazania coś jeszcze innego niż makijaż. Nie ujmuję tematowi makijażu, chodzi raczej o to, że czułam, że mam jeszcze inne obszary, których mogę i chciałabym uczyć innych. Poszłam w temat weganizmu, rehabilitacji Amelki, a później, jako że i ja się zmieniałam, wyszły tematy feministyczne. Dzieliłam się światopoglądem i tym, co się we mnie zmienia. Wyszłam z założenia, że jak chcę zmieniać świat, to najpierw muszę zmieniać siebie. I to się sprawdza. Dziś nie mogę powiedzieć, kim jestem, używając nazwy zawodu, jednego słowa. Kocham robić zdjęcia, kocham gotować, próbować nowych rzeczy. Eksploruję życie, nie zamykam się na konkretną, jedną rzecz. Nie mogę powiedzieć, że jestem dobra w jakiejś jednej rzeczy, bo jestem w wielu.

I jesteś na Instagramie. Tam u ciebie jest duży ruch!

No, jest, jest. Myślę, że społeczność przyciąga moja autentyczność, to, że nie chciałam się ukrywać, chciałam móc się wygłupiać, przekląć, czuć się jak w domu, rzucać żartami, które niekoniecznie muszą wszystkich śmieszyć, ale chciałam być sobą. Stworzyć miejsce, gdzie będzie mi dobrze. Ludzie to polubili.

Normalizujesz życie matki dziecka z niepełnosprawnością.

Tak. Mam dużą potrzebę eksplorowania świata i silne poczucie, że chcę być niezależna i że chcę robić zawsze tak, jak czuję. Nie lubię dawać się wrzucać w jakieś łatki, klatki. Tak samo nie lubię mówić o sobie, że jestem weganką, bo to już przykleja mi jakąś łatkę.

Wróćmy do twojej drogi do finansowej niezależności.

Zanim przyszła, musiałam prosić ludzi o pomoc, i to był jeden z najtrudniejszych momentów mojego życia. Wszyscy mnie oceniali i patrzyli mi do portfela. Niektórzy znajomi mówili, że skoro kupuję sobie paletę do oczu, to oni nigdy nic nie wpłacą na Amelkę. To było bardzo ciężkie. Zbiórki robiłam na Instagramie, pisałam maile do firm, robiłam ulotki, nigdy nie zwracałam się do kogoś bezpośrednio. Kierowałam się raczej do osób publicznych, do organizacji, pisałam wiadomości. W końcu założyliśmy z Denisem działalność i zaczęliśmy wydawać e-booki. To był maj 2020, mieliśmy wtedy już sporą społeczność na IG i stwierdziliśmy, że próbujemy i razem pracujemy w domu.

Czujesz się kobietą biznesu?

Nie do końca, bo mam luźne podejście do biznesu. Nigdy sobie nie wyobrażałam, że moje życie będzie tak wyglądać i że można zarobić pieniądze na działalności Internecie. Jestem wdzięczna. Dziś mam poczucie bezpieczeństwa, którego brakowało mi wcześniej, kiedy czułam się gorsza, bo nie pracowałam, tylko opiekowałam się Amelką. Ludzie mi mówili: „Ale masz super, bo nie idziesz do pracy, tylko idziesz sobie na rehabilitację”. Supersielanka. Leżałam sobie na rehabilitacji brzuchem do góry, a wszyscy inni musieli pracować. Te wszystkie teksty były tak bezmyślne, bez refleksji.

Za twoją siłą stoi wychowanie?

Sama sobie to wywalczyłam. Kiedyś byłam bardzo niepewna i przejmowałam się opinią ludzi. Potrafiłam układać w głowie rozmowy, bo tak bardzo bałam się konfrontacji i opinii niektórych. Moje poczucie wartości było zaniżone. I nadal w pewnych kwestiach jest, bo widzę to po swoich reakcjach na hejt na Instagramie. Wiem, że on mnie nie dotyczy. To jest czyjaś opinia, a nie prawda, ale z jakiegoś powodu to dalej mnie rusza – więc to poczucie pewności siebie w niektórych obszarach mam zaburzone. I mam nad czym dalej pracować.
Już wiem, że trzeba zacząć od wnętrza, a nie od czynników zewnętrznych. Kiedyś mi się wydawało, że pewność siebie budują przedmioty, które masz, ludzie, którzy cię otaczają. Ale to nieprawda. Ważne jest to, co mamy w sobie, tylko społeczeństwo nas stłamsiło w pewnych obszarach, szczególnie nas, kobiety. Ciągle nam się wydaje, że żeby zyskać akceptację, musimy coś robić w jakiś określony sposób. A potem – jak się otwierasz – to otwierasz umysł i pozbawiasz się tych barier. Otwierasz się na to, że jesteś w stanie inaczej myśleć, że możesz inaczej funkcjonować, i wtedy dzieją się fajne rzeczy.

A gdzie jesteś delikatna, bez pancerza?

Martwi mnie, że działam w sieci. Cały czas mam z tyłu głowy, że to wszystko nie jest takie pewne, a z drugiej strony – żadna praca nie jest do końca pewna. Chciałabym wynieść swój biznes poza Instagram, żeby był niezależny od tego, czy jestem w sieci, czy nie. Poza tym nie wybiegam w przyszłość. Najbardziej zależy mi na bezpieczeństwie, szczęściu i zapleczu finansowym. To jest dla mnie fundament. A przyszłość jest tak nieprzewidywalna. Jutro może wydarzyć się coś, co zmieni całe życie. Tak było w naszym przypadku. Nigdy bym nie pomyślała, że to, że zacznę mówić do ludzi na Instagramie sprawi, że moje życie się tak odmieni. Myślałam, że już nigdy nie pójdę do pracy, zostanę w domu i tak będzie wyglądało moje życie. Wszystko się codziennie zmienia. I tyle możliwości może się otworzyć przed Amelką, mogą powstać nowe obszary leczenia, które mogą jej ułatwić funkcjonowanie w świecie.

Zawsze jesteś pełna nadziei na dobrą przyszłość?

Jestem z natury bardzo optymistyczna. Tamte lata były różne, ale moja podświadomość podpowiadała, że będzie dobrze, że sobie poradzimy. I teraz jest fajnie i nie gonię za króliczkiem. Już na nic nie czekam, o niczym nie marzę. Moje życie to spontan. Nie planuję, nawet nasz biznes jest spontaniczny. Każdy dzień jest inny. Uwielbiam to, że mogę sobie pozwolić na to, żeby rzucić wszystko w jeden dzień i przenieść to na inny, zrobić to później albo wcześniej. Lubię tę elastyczność, to jest to, co sobie cenię w tym wszystkim. To się idealnie sprawdza. Są oczywiście rzeczy, których trzeba dopilnować, ale wszystkie moje działania w sieci zawsze są spontaniczne, tak jak czuję i jak mi płynie z serducha. Jak zaczynam planować, robię się spięta, poddenerwowana, a nie lubię tak żyć. Zamiast marzyć, pewne rzeczy po prostu wiem, czuję, że się wydarzą, i one się wydarzają. I wiem, że wiele dobrych rzeczy jeszcze wydarzy się w naszym życiu i może kiedyś Amelka będzie mogła się swobodnie poruszać. Chciałabym, żeby nigdy nie straciła tego, co ma – pogody ducha, odwagi, upartości i zawziętości, bo to są fantastyczne cechy i przyjemnie się patrzy, jak ona prze do przodu i robi postępy.

A bycie mamą w Polsce, dzisiaj?

Przerażają mnie sprawy szkolne. Na wiele rzeczy mamy wpływ, mogę wielu rzeczy Amelkę nauczyć, mogę nauczyć ją otwartości i braku uprzedzeń, ale wiem, że szkoła potrafi być brutalna. Boję się braku akceptacji innych ludzi względem Amelki. Boję się zderzenia z trudną rzeczywistością, bo spotykam się z ludźmi o podobnych poglądach, ale wiem, że nie zawsze tak będzie. Przedszkole zaczynamy od stycznia, już je wybraliśmy, a dalej nie wiem. Myślimy, żeby się wyprowadzić z Bytomia. Jeśli szkoła, to jakaś wolna szkoła. I to jest dla mnie niesamowite, że dziś mam możliwości finansowe, że mogę myśleć o płatnej edukacji dla Amelki. To był jeden z moich stresów, że się bardzo bałam posłać Amelkę do szkoły, która nie będzie w zgodzie z wartościami, z jakimi chcę ją wychować. I to jest dla mnie megaodciążające psychicznie, że mogę sobie szkołę wybrać.

A więc przeprowadzka.

Przytłacza nas miejsce, w którym mieszkamy. Nie lubię mojego miasta, miejsca, gdzie się wychowałam, i nie chcę tu żyć. Nie czuję się tu dobrze, uciekam stąd, kiedy tylko mogę. Lubię podróżować i wracamy do tego, choć trudno o wakacje. Nałożyłam za dużą presję w kwestii wrzucania wiadomości na IG i jest mi ciężko robić sobie wolne. Czasami mogłabym rzucić wszystko i wyjechać w podróż. Z drugiej strony ludzie na moim Instagramie to moje źródło mocy. Nakręca mnie to, że mogę mieć wpływ na światopogląd niektórych osób, że mogę skrócić dystans w wielu ważnych tematach, że mogę być głosem rodziców dzieci z niepełnosprawnościami. To mnie bardzo napędza, bo lubię ten kontakt z ludźmi i to, że dzięki moim treściom zmieniają styl życia czy dietę. Uwielbiam to robić! To jest coś wspaniałego, że można mówić, co się myśli i czuje, a inni mogą z tego czerpać.

Mówisz czasem „nie wiem”?

Tak. Ja też czasem mam dość i miewam momenty słabości, bo działania w social mediach są pod ogromną presją. Oglądam ludzi, którzy dużo robią, mają duże projekty, porównuję się i czasami zapominam, że mam dziecko z niepełnosprawnością, ogrom obowiązków i nie mogę rzucić wszystkiego i wyjechać w podróż po świecie. Bywa mi ciężko. Na szczęście Denis ze swoim zdrowym rozsądkiem potrafi mnie trochę przystopować. Nie widzę w niczym ograniczeń, a one jednak są.

Dziękuję ci za rozmowę.

 

Więcej rozmów o macierzyństwie znajdziecie tutaj. Napiszcie w komentarzach, kogo widziałybyście jako bohaterkę naszego cyklu.

Dodaj komentarz