tata

Radzenie sobie to kwestia nastawienia – rozmowa z tatą Dzieciaków Cudaków

Wojtek Piszora o ojcostwie

Radzenie sobie to kwestia nastawienia – rozmowa z tatą Dzieciaków Cudaków
Archiwum prywatne

„Gdyby Wojciech Mann spytał nas, jaką taśmę wybieramy, to powiedzielibyśmy bez dwóch zdań, że profesjonalną. Ale my mocno chwyciliśmy na początku i to nas cały czas solidnie trzyma. I jeżeli jedno nie daje rady, to wtedy drugie musi włączyć akumulator rezerwowy i to wszystko pociągnąć” – mówi Wojtek Piszora, tata wielodzietny.

Profil Dzieciaki Cudaki to jedno z popularniejszych miejsc na polskim Instagramie, obserwowane przez 290 tysięcy osób, ciekawych, jak wygląda życie pary wielodzietnej, wychowującej czwórkę dzieci (piąte w drodze), w tym dwójkę maluchów z Zespołem Downa, jedno z nich adoptowane. Nie brzmi to jak życie pozbawione wyzwań, prawda? Z Wojtkiem Piszorą, współtwórcą konta, schowanym nieco w cieniu prowadzącej je żony Moniki, umawiam się na rozmowę o 8:40, przy okazji zajęć rehabilitacyjnych najstarszego Henia. Interesuje mnie punkt widzenia taty na rodzicielstwo i internetową popularność. Moje pierwsze wrażenie dotyczy tego, jak bardzo spokojny, opanowany i naturalny w toku codziennych zadań jest Wojtek. W czasie rozmowy szybko okazuje się, że to świadome podejście, które naprawdę dobrze się sprawdza.

Jaki jest klucz do sukcesu w radzeniu sobie z tak wymagającą gromadką dzieci? Ja mam czasem wrażenie, że już jedno to wyzwanie…

Paradoksalnie z pierwszym było najciężej, potem z dwójką najlżej. A dalej to już zależy od momentu. Wiadomo, są ząbkowania, choroby, wtedy jest ciężko. Ale tak poza tym to jest nasza codzienność. Mamy już to wszystko zorganizowane i poukładane, również w głowach. Nie ma strachu. Gdybyśmy mieli podejście „O, Jezus Maria, kolejny dzień z piątką dzieci do przeżycia” (piąte w drodze – przyp. WT), to pewnie byśmy nie dali rady.

Ważna jest też dla nas dieta, moja żona bardzo dobrze gotuje…

No właśnie, o diecie często wspominacie. Powiesz coś więcej?

Ja jestem konsumentem, specjalistką jest tu Monika (śmiech). Dieta się nazywa GAPS, czasami musimy ją poluzować, bo nie zawsze jesteśmy w stanie się jej restrykcyjnie trzymać. Kiedy urodził się Heniu, szukaliśmy sposobów, jak polepszyć jego rozwój i zaczęliśmy od tej diety. Potem dołączyliśmy do niego z Moniką, aby nie czuł się osamotniony. Bez tego byłoby ciężko energetycznie, bo snu jest cały czas niewiele.

Coś już wiem na ten temat.

Akurat tak się składa, że nasze dzieciaki średnio śpią. Przy dzieciach z Zespołem Downa to w sumie nic nadzwyczajnego, bo one często mają problem ze spaniem, ale pozostałym jakoś się udzieliło. Natomiast wracając do meritum: dieta dietą, ale radzenie sobie jest przede wszystkim kwestią nastawienia.

Wszystko jest w głowie, zgadzam się. Waszym oknem na świat jest popularne konto na Instagramie „Dzieciaki Cudaki”. Gdzieś wspominałeś, że początkowo byłeś przeciwny jego zakładaniu. Dlaczego?

Najpierw myślałem: kto to w ogóle będzie chciał oglądać? Komu to potrzebne, dlaczego mielibyśmy się dzielić naszym życiem? Natomiast szybko zmieniłem zdanie, kiedy zobaczyłem, że są z tego jakieś dobre owoce, jeśli chodzi o zmianę w myśleniu ludzi. Bardzo szybko przyszedł do nas budujący feedback: bałam się ciąży, bałam się, że urodzę chore dziecko, albo – mam już chore dziecko i zmieniłam/zmieniłem podejście.

Czy to, że jesteś na profilu nieco w cieniu Moniki, to świadoma decyzja czy efekt różnic w charakterze i temperamencie? Ona wydaje się dość ekstrawertyczna…

Chyba to wynika z charakteru. Z prowadzeniem własnego, firmowego profilu na Instagramie też miałem problem. Może to nie leży w mojej naturze. Chociaż jak myślę sobie o Monice sprzed kilku lat, to też nigdy w życiu bym nie powiedział, że to osoba, która nadaje się do prowadzenia profilu na Instagramie i że to osiągnie taki rozmiar.

Na ile w tym momencie, mając tylu obserwujących, traktujecie profil jako coś dla siebie, a na ile to już jest poczucie odpowiedzialności, edukowania, dawania przykładu? Czy macie poczucie misji edukacyjnej?

Wiesz, myślę, że to jest trochę przy okazji. Pokazujemy nasze życie takie, jakie jest. Też żeby była jasność: to, co pokazuje Monika, to jest jednak tylko jakiś urywek. To, o czym wspomniałeś, że ja jestem trochę w cieniu – kanał prowadzi Monika, teraz jest w domu, więc siłą rzeczy pokaże, co dzieje się w domu. Nie pokaże, że jestem teraz z Heniem na zajęciach, że zaraz go zawiozę do przedszkola, potem na inne zajęcia, jutro przyjadę z Dorotą itd. Musielibyśmy nagrywać na dwa telefony, żeby pokazywać naprawdę wszystko wspólnie. Natomiast od początku było założenie, że kanał prowadzi Monika. I bardzo dobrze, bo ja bym tego nie zrobił tak jak ona. Zresztą, ja jej wielokrotnie mówię: tego nie publikuj, tego nie wstawiaj. Ona potem i tak robi po swojemu (śmiech). I chwała Bogu, bo wychodzi to chyba dobrze i koniec końców in plus. Gdybym ja prowadził ten kanał, to byłby beznadziejny, o tym jestem przekonany. Podsumowując: misja – trochę tak, ale to się dzieje przy okazji.

Byliście zaskoczeni aż taką popularnością? Moja opinia jest taka, że w dobie pozerskich kont, ze sztucznie stylizowaną zawartością, największym atutem waszego jest naturalność, której ludzie jednak potrzebują.

Ja jestem w szoku. Co do naturalności – zgadzam się, przy czym to moim zdaniem jest głównie naturalność Moni. Ona ma taki dar, że nie widać różnicy, kiedy zaczyna i przestaje nagrywać, cały czas zachowuje się tak samo naturalnie. Jak mnie ktoś nagrywa, to czuć ten dysonans, widać kiedy jest nagranie, a kiedy już poza kamerą. Zdarza się, że Monia wciąż nagrywa, a ja myślę, że już po i wyjeżdżam z jakimiś tam poufnymi rzeczami, bo takie też są. I wtedy ona mówi „Kurcze, muszę jeszcze raz nagrać, bo pójdzie w świat nasze hasło do banku” (śmiech).

Często swoich rozmówców pytam tu o relacje między partnerami w kontekście rodzicielstwa. To, że one się jakoś tam zmieniają, to oczywiste. Ale ciekaw jestem, jak to było u was. Czy związek zmieniał się mocniej z każdym kolejnym dzieckiem, czy też – tak jak wspominałeś – najtrudniej było na początku, a potem mieliście już know-how i wiedzieliście, jak do tego podejść?

W czerwcu będziemy mieć piątą rocznice ślubu, w lipcu urodzi nam się piąte dziecko. Więc, wiesz, nie znam wielu takich par, może kilka. To jest taka sytuacja, że gdyby Wojciech Mann zapytał, jaką taśmę wybieramy, to powiedzielibyśmy bez dwóch zdań, że profesjonalną (śmiech). I jest to wymagające, jest trudne. Są różne momenty, lepsze i gorsze. Ale my się mocno chwyciliśmy na początku i to nas cały czas solidnie trzyma. I jeżeli jedno nie daje rady, to wtedy drugie musi włączyć akumulator rezerwowy i to wszystko pociągnąć.

Jakby tak spojrzeć na 5 lat naszego związku, to to jest głównie cykl: ciąża-połóg-noworodek. Nie jest to proste, ale zdajemy sobie sprawę, że to jest jakiś etap, który za chwilę się skończy i za którym będziemy jeszcze pewnie tęsknić.

A jak oceniasz życie w Polsce z punktu widzenia rodzin wielodzietnych? Jakie rozwiązania funkcjonują, a jakie nie? Co mogłoby się wydarzyć, zmienić?

Alejki w sklepach są za wąskie – zupełnie nie mieszczą się tam wózki podwójne czy potrójne na szerokim rozstawie. Niewiele jest sklepów w Polsce, gdzie takim wózkiem wjedziesz i wymanewrujesz. Zdarza mi się jechać ze wszystkimi na zakupy i wtedy jest problem. Zawsze się też zastanawiałem, dlaczego w tych wózkach, które pcha się w sklepach, jest tylko jedno miejsce siedzące dla dziecka – myślę, że spokojnie zmieściłyby się dwa. Jakoś jeszcze nikt na to nie wpadł…

Może jest tu jakaś nisza biznesowa (śmiech)

No tak, to ja to podpowiadam sieciom handlowym. Natomiast z kwestii społecznych – nie spotkałem się z sytuacją, żeby ktoś nas wyzywał od „dzieciorobów” itd. Przy czym trzeba pamiętać, że jesteśmy już trochę osobami publicznymi, nierzadko zdarza się, że ktoś nas rozpoznaje. Znają nas panie w urzędach, w przedszkolu, w lokalnej społeczności. I one są zawsze bardzo życzliwe, nie mogę powiedzieć, żeby kiedykolwiek spotkało nas coś nieprzyjemnego.

Bardzo dużym problemem dla każdego ojca rodziny 3+ jest oczywiście samochód. Tam to już się zaczyna festiwal i pole do popisu. Wszystkie współczesne marki samochodowe wycofały się już z produkcji minivanów, więc jeśli chodzi o samochód nowy, to jest ciężko. Ale upchać trzy foteliki na tylnej kanapie na upartego da się, aczkolwiek nie jest to proste. Pamietam, że dla nas była to duża zagwozdka. Ale poza tym nie czuję dużej różnicy między posiadaniem dwójki, trójki, czwórki, czy za chwilę piątki dzieci.

Każde z waszych dzieci jest trochę z innej bajki. Heniu jest z Zespołem Downa, Dorotka adoptowana. Jak dbacie o to, aby wszystkie czuły się równo traktowane i zaopiekowane? Bo zakładam, że te podejścia do nich muszą się trochę różnić?

No właśnie nie. Myślę, że gdybyś na co dzień mógł nas poobserwować, to nie zauważyłbyś, czy rozmawiam z dzieckiem, które ma Zespół Downa, czy nie. Weszło nam to naturalnie w krew. I od początku tak było, że nie miało to żadnego znaczenia. I myślę, że każda strona na tym korzysta. Bo zarówno Bogumił, jak i teraz Wandzia, są ponadnormatywnie rozwinięci. Można powiedzieć, że bardzo bystrzy jak na swój wiek, kumaci, aktywni, jeśli chodzi o mówienie. Ktoś mi ostatnio powiedział, że często tak się zdarza, że jeśli w rodzinie jest jakaś osoba z niepełnosprawnością, zwłaszcza niepełnosprawnością intelektualną, to pozostałe dzieci na tym „korzystają”. Bo rodzice przy okazji terapii tych dzieci niepełnosprawnych stają się trochę sami terapeutami.

I faktycznie tak jest. Dopóki nie urodził się Heniu i nie musieliśmy zacząć korzystać z terapii, to nie miałem pojęcia, że tak to funkcjonuje. Wydawało mi się, że terapia z rehabilitantem wygląda tak jak z dorosłym – jedziesz, rehabilitant coś robi, potem dziecko wstaje z łóżka i tyle. Okazuje się, że jadąc z małym dzieckiem, musisz cały czas być przy nim, na zajęciach jesteś z nim cały czas. Rehabilitanci prowadzą zajęcia w taki sposób, że jest to jest od razu instruktaż. I cały czas pokazują rodzicowi, co robią, jak to robić, sprawdzają, czy rodzic dobrze to wykonuje.

Mam też wrażenie, że nasze dzieci nawzajem „ciągną siebie w górę”. Bogumił, który jest młodszy o 5 miesięcy od Doroty, tak naprawdę nauczył ją chodzić. Brał ją za rękę, podnosił, wołał: „Dorota, wstawaj” itd. Uczył ją, jak ma chodzić, i motywował. To, że mają siebie nawzajem, to jest największy atut. A my traktujemy ich wszystkich w taki sam sposób.

Chciałbym zatrzymać się chwilę przy adopcji. Mam wrażenie, że to temat, w którym wciąż trudno dotrzeć do praktycznej wiedzy. Co dla was było najtrudniejsze w przypadku starań adopcyjnych – emocjonalnie i organizacyjnie?

Emocjonalnie to chyba nic. Taką decyzje podjęliśmy świadomie i od razu za tym poszliśmy. Organizacyjnie problem był tylko taki, że Monika była wtedy w ciąży, mieliśmy już Henia, niespełna rocznego. A procedury, przede wszystkim kurs adopcyjny, który musieliśmy przejść, odbywał się w innym mieście, oddalonym od nas o 200 km. Musieliśmy dojeżdżać, ale ośrodek wykazał się dużą życzliwością i wszystko poukładał tak, abyśmy mogli kurs odbyć.

Jeśli chodzi o samą adopcję, to każdy, kto o tym myśli, powinien pamiętać, że to nie my wybieramy dziecko, tylko ośrodek wybiera dziecko dla nas. Oczywiście my zgłosiliśmy się do ośrodka, wiedząc, że urodzi się dziecko z Zespołem Downa, z wolą, że je adoptujemy. Ale ostateczna decyzja należała do ośrodka. To on musiał uznać, że to właśnie my będziemy dla Dorotki najlepszymi rodzicami.

My oczywiście szliśmy inną procedurą, bo to było dziecko z niepełnosprawnością, po takie dzieci nie stoi kolejka. Dorotka była już urodzona, wiec robiliśmy wszystko, aby ona nie trafiła do zakładu, tylko prosto ze szpitala do domu. Były tam pewne komplikacje sądowe, ale dzisiaj z perspektywy czasu oceniam, że to musiało tak się toczyć. Jeżeli sędzia widzi dwójkę wariatów, w ciąży, już z jednym dzieckiem z Zespołem Downa, którzy już, natychmiast, od razu chcieliby brać… no, to u takiej sędzi rodzinnej, która niejedno już w życiu widziała, zapala się światełko ostrzegawcze. I ja nie mam o to pretensji, bo taka jest jej praca. Czekaliśmy 6 tygodni od urodzenia Dorki, aż trafi do nas do domu, i to się udało.

Dzisiaj, kiedy prowadzimy nasze konto, temat adopcji wraca, pojawia się często w różnych pytaniach, komentarzach. Ale gdyby nie one, to o adopcji przypominalibyśmy sobie tylko przy okazji rocznic czy innych wydarzeń. Czasami mam nawet takie retrospekcje, że przypomina mi się, jak Monika była z Dorką w ciąży. A przecież nie była. Ale ja to mam tak mocno w głowie, że jestem niemal przekonany, że była. Więc Dorka jest już tak integralną częścią nas, że czujemy jakby zawsze z nami była.

Czyli nie odczuliście takiego okresu przejściowego na nawiązanie więzi, której nie było biologicznie?

Nie, od razu poczuliśmy, że jest normalnie. Na pierwsze widzenie – może to słowo źle brzmi, ale tak jest, jest taka specjalna sala widzeń – więc na pierwsze widzenie Monika pojechała sama, bo ja musiałem zostać z Heniem w domu. Wziąłem Dorkę na ręce tydzień później, ale od razu wiedziałem, że to jest moja córka. Od początku czułem się, jakby Monika ją przed chwilą urodziła, tak jak z naszymi dziećmi biologicznymi. Wiem, że nie wszyscy tak mają, bo słuchałem różnych wywiadów, czytałem posty rodziców adopcyjnych. Czasem to zbudowanie więzi trwa. W naszym przypadku, dzięki Bogu, było tak, że to przyszło od razu.

Nawet jeśli nie traktujemy tego jako obowiązek, 24 h wokół dzieci potrafi obciążać głowę. Masz jakieś odskocznie, swoje pasje, którymi się resetujesz i ładujesz akumulatory? Co robisz, kiedy masz chwilę „dla siebie”?

Śpię (śmiech). Wiesz, dla mnie czas sam na sam z jednym dzieckiem albo nawet dwójką, to już jest forma resetu. Wiadomo, jak jestem z całą czwórką samemu, to to jest intensywne, więc jedno czy dwójka to odpoczynek.

Z zawodu i pasji jestem programistą. Ostatnio czasu na programowanie mam niewiele, ale staram się coś działać wieczorami. Mam też ogromną pasję motoryzacyjną. Ona jest i czasochłonna i w naszym przypadku logistycznie chwilowo trudna, ale się nie poddaję. Póki co, przemycam ją w formie użytkowej, czyli np. mam w swojej kolekcji Poloneza Trucka, którym wywożę kartony albo jakieś tam rzeczy z działki, jak trzeba coś przewieźć czy wywieźć. Łączę przyjemne z pożytecznym.

Takich typowych pasji typu: o, mam teraz 2 godziny dla siebie, więc wychodzę z domu, to aktualnie nie mam. Tylko to też jest tak, że to jest na razie etap. Za chwilę dzieciaki wejdą w taki wiek, że to już będzie bardziej robienie czegoś wspólnie, a nie jedynie pilnowanie, żeby np. nie spuścili sobie czegoś na nogę. Wiecznie nie będą mali. Za dwadzieścia lat będzie się można wkulnąć pod tego poloneza…

Razem.

Tak, a na razie trzeba jeździć takim buczącym (śmiech)

Fajnie podprowadziłeś do mojego ostatniego pytania. Myślicie co dalej? Krótkoterminowo: czy to już ostatnia ciąża? Oraz długoterminowo: czy nie boisz się, że waszym dzieciom z niepełnosprawnością będzie zwyczajnie trudniej w życiu?

Każda nasza ciąża była ostatnia. Ta też jest ostatnia. Co będzie, tego nie wiemy. Nie wybiegamy w przyszłość tam, gdzie nie jesteśmy w stanie nad nią zapanować, ani na nią wpłynąć. Generalnie niewielki mamy wpływ na to, co się na świecie dzieje wokół, co pokazuje życie dzisiaj. Nigdy nie mieliśmy tak, żebyśmy jakoś specjalnie sterowali swoją przyszłością.

Co będzie, jak Heniu i Dorka będą dorośli? Ciężko dzisiaj powiedzieć. Wiesz, jeszcze dziesięć, piętnaście lat temu świadomość o Zespole Downa była, myślę, na poziomie dno i trzy metry mułu. Dzisiaj to już jest niemal, w cudzysłowie, moda, ale to dobrze, taka pozytywna moda. Więc nie wiem, co będzie za dwadzieścia lat. Mamy przykłady z Zachodu, gdzie funkcjonują całe osiedla zamieszkiwane przez osoby z niepełnosprawnościami. Są wspomagane przez opiekunów i sobie radzą. My robimy dzisiaj wszystko, co w naszej mocy, żeby oni byli jak najbardziej samodzielni. Wszystko, co jesteśmy w stanie, bo pewnie zawsze można więcej. Ale tyle, ile możemy, robimy.

*

Wojtek Piszora, mąż Moniki, prowadzący wraz z żoną niezwykle popularny profil na Instagramie „Dzieciaki Cudaki – którego motto brzmi: „udowodnię Wam, że życie z dziećmi z ZD jest piękne”. Wojtek i Monika są rodzicami czwórki dzieci: Henia, adoptowanej Dorotki (obydwoje są dziećmi z Zespołem Downa), Bogusia i Wandzi. W lipcu 2022 para spodziewa się piątego dziecka. Ich konto na Instagramie, w którym pokazują życie codzienne swojej rodziny, śledzi niemal 300 tysięcy osób. 

 

Wojtek Terpiłowski, domowy myśliciel, biegacz, kolekcjoner winyli, miłośnik owsianki. W przeszłości m.in. dziennikarz muzyczny, aktualnie kieruje marketingiem w jednym z klubów sportowych. Hurtowo pochłania wszystko, co da się przeczytać. W niekończącym się procesie tworzenia debiutu pisarskiego. Zafascynowany medytacją i jej okolicami. Tata Jasia.

Dodaj komentarz