Góry z dzieckiem mogą się wydawać nierealnym marzeniem, zwłaszcza jeśli zwykły spacer na plac zabaw jawi się czasem jak wyprawa na ośmiotysięcznik. Ale przecieranie szlaków na szlaku może być frajdą zarówno dla rodzica, jak i kilkulatka. A największym sprzymierzeńcem będzie tu Dolny Śląsk.
Aktywni rodzice maluchów nerwowo przebierają nogami – czy to już? Czy nastał ten moment, by zabrać dziecko na szlak? Pytania i wątpliwości mnożą się wprost proporcjonalnie do liczby ekwipunku, który wydaje się, że należy ze sobą zabrać.
Opisy szlaków i przewodniki rzadko uwzględniają perspektywę rodzica, próżno szukać informacji, czy dana trasa nadaje się na pokonanie jej z wózkiem, każde dziecko jest też inne i inaczej znosi trudy wędrówki. Łatwo przekroczyć cienką granicę między pozytywnym zmęczeniem a zafundowaniem maluchowi nieprzyjemnego doświadczenia, po którym już nigdy nie będzie chciał wejść na szlak. Ale głowy do góry, a wzrok na szczyt. Oto kilka propozycji tras wędrówek po górach Dolnego Śląska dla nieopierzonych piechurów, które sama przebyłam z trzylatką, drepczącą raźno koło mnie lub niesioną w nosidle.
Dlaczego Dolny Śląsk?
Góry Dolnego Śląska są idealne dla toddlersów, bo większość szczytów można zdobyć w godzinę, maksymalnie dwie. Podejścia nie są wymagające, a mimo wszystko widoki zapierają dech w piersiach. Jest jeszcze jedna zaleta – w ostatnich latach na wielu z tych szczytów stanęły wieże widokowe, które są nie lada atrakcją dla najmłodszych. Ogromne metalowe budowle gwarantują dreszczyk emocji! Kilka szczytów zalicza się do tzw. Korony Gór Polskich – a to oznacza dodatkowe atrakcje. Dziecko wyposażone w książeczkę PTTK będzie mogło kolekcjonować pieczątki z każdej kolejnej góry. Zacięcie kolekcjonera pomoże rozbudzić chęci do dalszych wspinaczek. Z tym że Góry Bardzkie, Złote czy Stołowe to znacznie więcej niż niewymagające przewyższenia – to sceneria baśni i legend, jak ta o Liczyrzepie, złotym pociągu czy perłach księżnej Daisy. Dawna Kopalnia Złota w Złotym Stoku, którą można zwiedzać, jaskinie czy podziemne miasta z czasów drugiej wojny światowej to miejsca, dzięki którym dzieci będą chciały jeszcze lepiej poznać tę krainę. Ruszamy?
Błędne Skały – bez wózka i nosidła, 915 m n.p.m.
Skalny labirynt na pograniczu polsko-czeskim to chyba najlepsze miejsce na zakochanie się w górach. Szalone formacje skalne, ciasne przejścia i zaułki są naturalnym placem zabaw dla malucha. Przejście całej trasy zajmuje około 40 minut i nie jest specjalnie wymagające. Wstęp jest płatny, ale w budce przy wejściu na szlak można zakupić książeczkę PTTK do zbierania pieczątek – dla mojego dziecka to największa motywacja (poza obiecanym piknikiem na koniec podróży). Parking prowadzący na trasę znajduje się przy Drodze Stu Zakrętów i jest bezpłatny, jednak trzeba iść ponad godzinę w górę, by dostać się do Błędnych Skał. Istnieje możliwość podjechania bezpośrednio do celu – ale tu uwaga: ruch jest wahadłowy, a wjazdy i zjazdy odbywają się o określonych godzinach. W szczycie sezonu turystycznego można utknąć w długiej kolejce, warto więc wybrać się wcześnie rano. Górny parking jest już płatny. Nie polecam spaceru z nosidłem – sama wzięłam je ze sobą na wszelki wypadek, ale kilka przejść jest wyjątkowo wąskich i dość mocno obtarłam swój sprzęt. Bez wątpienia obtarłabym też dziecko, gdyby siedziało w nosidle, więc nie ryzykujcie! Błędne Skały to pole dla wyobraźni – dziwaczne kształty formacji skalnych w oczach dziecka zmieniają się w śpiących rycerzy, słonie czy zamki. Kilkuletni amatorzy i kilkuletnie amatorki wspinaczki mogą spróbować swoich sił na kamiennych podejściach. Frajda gwarantowana.
Szczeliniec Wielki – bez wózka, z nosidłem, 919 m n.p.m.
Szczeliniec z perspektywy Kotliny Kłodzkiej wygląda jak wielki stół – i mnie się jednoznacznie kulinarnie kojarzy, bo w tamtejszym schronisku podają wybitną szarlotkę. To wzniesienie pozwala spokojnie mierzyć siły na zamiary. Trasa z Karłowa prowadzi stromymi schodami do schroniska i pokonuje się ją w czasie około pół godziny, 45 minut. Moja piechurka jest amatorką wszelkiej maści schodów, dlatego ten etap był dla niej najprzyjemniejszy. Wspinaczka odbywa się w gęstym lesie, dlatego nawet w bardzo słoneczne dni podróż jest przyjemna. Na końcowym etapie wędrówki zaczynają się piękne formacje skalne (bardzo podobne do tych w Błędnych Skałach), na które można się wspinać do woli. Część skał ma swoje nazwy, co pomaga maluchom, a także starszym, rozpoznać w kamieniu znajome kształty. Przy schronisku są dwa tarasy widokowe, z których rozciąga się panorama całej Kotliny Kłodzkiej – samo wspięcie się do tego poziomu będzie dla uczestników wycieczki sporą nagrodą. Wytrwalsi mogą ruszyć dalej, płatną trasą, na sam szczyt – to trochę ponad godzina drogi wśród najdziwniejszych skalnych kształtów. Nie martwcie się jednak, szarlotkę i pieczątkę dostaniecie już w schronisku, a nie ma przecież nic ważniejszego!
Jagodna – z nosidłem i wózkiem. I plackami! 977 m n.p.m.
To jedno z naszych ulubionych wzniesień. Zaczynamy z Przełęczy Spalonej, tuż obok schroniska. Trzeba mieć dużo samozaparcia, by od niego nie zacząć, bo podają tam najlepsze racuchy, oczywiście z jagodami. Jagody to zresztą znak rozpoznawczy całej trasy i jeśli wybierzecie się w sezonie na te owoce, zarezerwujcie więcej czasu na zbieranie. Trasa na szczyt to wygodna „ceprostrada” (czyli szeroka, ubita droga dla amatorów), która zajmie jakieś półtorej godziny. Dacie radę z wózkiem, ale najlepiej trójkołowym sportowym. Jagodna zalicza się do Korony Gór Polskich, więc to wyjątkowo ważna pieczątka! Na szczycie czeka wieża widokowa – uwaga, w trakcie silnych wiatrów trochę wibruje. Są miejsca piknikowe, ale zostawcie sobie miejsce w brzuchach na racuchy z jagodami w schronisku. Dodatkowym plusem jest charyzmatyczny pracownik baru, który finezyjnie wykrzykuje zamówienia. Na miejscu są książki dla dzieci i gry planszowe. Spokojnie można schronić się na dłużej.
Borówkowa – z nosidłem, 902 m n.p.m.
Z Przełęczy Lądeckiej czeka was półtorej godziny spaceru do klimatycznej drewnianej wieży widokowej na szczycie. Szlak prowadzi przez szeroką, słoneczną łąkę, a potem pnie się przez gęsty las. Na górze czekają hamaki – co, poza pieczątką, jest świetną zachętą dla niepełnoletnich towarzyszy i towarzyszek. Jest jeszcze budka z czeskimi przysmakami, w tym kultową kofolą – pamiętajcie jednak o gotówce, najlepiej w czeskiej walucie. Sklep jest czynny codziennie od czerwca do września, poza sezonem tylko w weekendy. Nazwa tego wzniesienia też nie wzięła się znikąd – w sezonie na szlaku czekają przekąski.
Kłodzka Góra – z nosidłem, 765 m n.p.m.
To jeden z najbardziej wymagających szczytów w okolicy, ale tylko na pierwszym etapie. Najkrótsza trasa rusza z Przełęczy Kłodzkiej na wysokości Kolonii Gaj (uwaga, parking łatwo przeoczyć!). Szlak zaczyna się stromym podejściem, na którym klęłam pod nosem na swoją miłość do gór, łapiąc się wszelkich konarów i gałęzi, które pomagały mi się wspinać z moimi ukochanymi 13 kilogramami na plecach. Uprzedzam, pierwsze 20 minut zrujnuje wam świeżą aparycję i możliwe, że również humor. Ale tylko na chwilę. Dalsza część szlaku to delikatne wzniesienia i wypłaszczenia, a na końcu czeka monumentalna wieża z widokiem na całą Kotlinę Kłodzką i pieczątka Korony Gór Polski. Trzeba iść zaopatrzonym w prowiant, bo na górze nie ma żadnego punktu z jedzeniem.
Wielka Sowa – z nosidłem (podobno są także trasy z wózkiem, ale nie przetestowałam, więc nie mogę polecić), 1014 m n.p.m.
Wielka Sowa to najwyższy szczyt Gór Sowich i jeden z najlepszych wierzchołków, na które maluch może wejść na własnych nogach. Wędrówkę można zacząć z Przełęczy Sokolej, ale ja zwykle jadę bezpośrednio pod schronisko Orzeł. Wszystko dlatego, że droga z przełęczy do schroniska to nieprzyjemne podejście po betonowych płytach, po których zresztą w tę i we w tę jeżdżą samochody. Trasa zajmie wam niecałą godzinę, a po drodze miniecie aż dwa schroniska. Na górze są stara murowana wieża widokowa, paleniska, grille, budka z najbardziej chemicznie barwionymi słodyczami świata, sowi totem, a także drewniany muflon. Warto zarezerwować sobie trochę więcej czasu na szczycie. Wielka Sowa należy do Korony Gór Polskich, więc czeka tu na was także cenna pieczątka.
Międzygórze, Ogród Bajek i wodospad Wilczki – nosidło, wózek tylko do pewnego etapu
Kiedy się wjeżdża do Międzygórza, ma się ochotę krzyknąć: „Alpy, tu się oddycha!”. Międzygórze wygląda jak mała szwajcarska wioska – wszystko przez niepodrabialny styl lokalnej architektury. Mimo że to mikroskopijna miejscowość, spokojnie można spędzić w niej cały dzień. Jej centrum to kombinacja schodów i kładek przy przepięknym wodospadzie Wilczki, a z samego Międzygórza można ruszyć szlakiem na Śnieżnik lub Czarną Górę. Jednak dla początkujących wspinaczy najlepszym kierunkiem będzie Ogród Bajek. Trasa z Międzygórza zajmie jakieś 40 minut, to niewymagające podejście. Większą część można pokonać z wózkiem, ale na samą końcówkę ten środek transportu już się nie nadaje. Ogród Bajek to muzeum drewnianych figur na świeżym powietrzu. Dzieci zobaczą tam postaci z legend, na przykład Liczyrzepę, zwanego również Duchem Gór. Są też te zupełnie współczesne: Shrek czy Spider-Man. Chociaż gdyby nie podpisy, to postaci byłyby zupełnie nie do rozpoznania. Jak dla mnie to miejsce równie dobrze mogłoby się nazywać ogrodem horrorów, bo część bajkowych figur wygląda jak po ciężkim wypadku. Ale dzieciom się podoba – no, może tym mniej wrażliwym. Z rzeczy niezwykle istotnych: w Międzygórzu czas się zatrzymał i w kawiarniach można dostać prawdziwie oldschoolowe zestawy lodowe!
Trojak i Lądek-Zdrój – z nosidłem, 766 m n.p.m.
Nie ma takiego miasta jak Londyn, jest tylko Lądek-Zdrój – przepiękna sanatoryjna miejscowość z wybitną kawiarnią w stylu austriackim Albrechtshalle. Kawałek sachera po dniu na szlaku to jednocześnie nektar i ambrozja w ustach. A jest gdzie chodzić – zwłaszcza z toddlersami, bo prawie z samego centrum Lądka-Zdroju prowadzi uroczy, krótki szlak na Trojak. Już czteroletnia piechurka i równie mały piechur swobodnie pokonają tę trasę i doczłapią się na nowy, piękny taras widokowy na szczycie. Wycieczka na pół dnia, po to, by drugie pół nacieszyć się Lądkiem-Zdrojem. Dla tych trochę starszych (wstęp od szóstego roku życia) poleca się basen termalny Wojciech, który wygląda jak żywcem przeniesiony z imperium osmańskiego. Młodsze dzieci na pierwszym piętrze basenu mogą spróbować wód leczniczych „Zdzisław” i „Maria Skłodowska-Curie” – głównie po to, by odkryć, jak smakuje zgniłe jajo.
By nie mieć gór po czubek (nosa)
Góry z dziećmi mogą się okazać świetnym sposobem na spędzanie wakacji. Z doświadczenia wiem jednak, że lepiej nie przeszarżować. Zachęcone do wędrówek maluchy potrafią wkręcić się w zdobywanie szczytów – ale lepiej nie serwować im tego trudu codziennie. Zmęczenie materiału może szybko zmienić się w zniechęcenie. I właśnie dlatego Dolny Śląsk jest najlepszy na górskie eskapady, w przerwie między wspinaczką bowiem można zafundować dziecku wspaniałe rozrywki (i niekoniecznie muszą to być przaśne dmuchańce). Na przykład Arboretum Wojsławice – ogromny, piękny teren z placem zabaw, urokliwą chatą z paleniskiem, niezliczonymi altankami na pikniki, sadem czereśniowym i skarbownicą, w której można wykopać najprawdziwsze skarby. A także prawdziwym międzynarodowym celebrytą, bukiem Serce Ogrodu, który został drzewem roku 2023! Kudowa-Zdrój, poza wodami leczniczymi, kusi maluchy Muzeum Zabawek, a Kopalnia Złota w Złotym Stoku to superprzeżycia w podziemnych korytarzach i najprawdziwszy podziemny pociąg.
Przeplatanie dni poświęconych wędrówkom z tymi przeznaczonymi na zwiedzanie to gwarantowany przepis na wakacyjny sukces.
Z kolei sukces na szlaku w dużej mierze zależy od wyposażenia. Dla mnie podstawą jest dobre nosidło – takie z ochroną od deszczu i słońca. Mimo że dziś raczej już z niego nie korzystam, to wolę mieć ze sobą, w razie sytuacji awaryjnej. Kolejna sprawa to jedzenie! Wspólne komponowanie zestawu piknikowego może działać jak wabik i zmotywować do tego, by sprawnie pokonać wszystkie przewyższenia. Poza podstawową apteczką, wodą, ochroną przeciwsłoneczną i przeciwdeszczową pamiętajcie o najważniejszym. Ze szlaku zawsze można zawrócić. I jeśli maluch czuje, że to nie ten dzień, nie te buty, nie ta pogoda – widocznie to nie ten czas. Wszak wszystkim nam chodzi o szczyty satysfakcji, a nie cierpliwości. Te drugie zdobywamy prawie codziennie, na wakacjach odpuśćmy.



















