fotorelacja rodzinne wakacje współpraca

Paryż z dziećmi – bez ściemy

Fotorelacja z podróży

Paryż z dziećmi – bez ściemy
Ewa Przedpełska

W zeszłym roku kierunek Francja pokrzyżował nam covid, ale ziarenko zostało zasiane, kiełkowało w wyobraźni Hani i Tymka, i kiedy tylko nadarzyła się okazja (a właściwie superatrakcyjna promocja w Ryanairze), kupiliśmy bilety do tej podobno najbardziej romantycznej stolicy świata!

Nasze wyobrażenia zostały ukształtowane przez jednorazowe wizyty w Paryżu z rodzicami jakieś 15 do 20 lat temu i popkulturę, która o tym mieście nie daje nikomu zapomnieć. Gdzieś z tyłu głowy migały nam też materiały z wieczornych newsów i miejskie legendy opowiadane przez znajomych, a każdy z nich obraz tego miasta miał zupełnie inny. Postanowiliśmy więc wsiąść w samolot i przekonać się na własnej skórze, jak to jest z tym Paryżem.

Podróż „do” była dosyć szalona, bo tydzień wcześniej dowiedzieliśmy się, że ja będę, a i owszem, lądować w Paryżu, ale startować w Rejkiaviku zamiast w Warszawie, a Adam będzie musiał sam ogarnąć dwójkę dosyć już samodzielnych, ale jednak nieletnich i nieprzewidywalnych młodych ludzi. Jeśli zależy wam na tanich biletach, to możecie tak jak on wylądować w Beauvais – wtedy polecam jeszcze w domu kupić bilety online na busa do centrum Paryża i sprawdzić sobie wcześniej trasę z przystanku do apartamentu/hotelu tak, żeby dzieci nie musiały czekać, aż rozkminicie mapę metra. Wiadomo, za tanie bilety płaci się dodatkowo – u nas walutą była godzina w autobusie i godzina w metrze, ale podróżnicy byli dzielni i dotarli (niektórzy zostali dociągnięci na walizce) do naszego mieszkanka w Saint-Mande, do którego ja doczłapałam się o 6 rano po złapaniu 38 minut snu.

Saint-Mande, czyli spanie i śniadanie

Na szczęście po tej przeprawie (kiedy wsiadłam w samolot na Islandii, okazało się, że zamarzło nam skrzydło, a ekipa rozmrażająca już śpi!), na miejscu czekało mnie królewskie łoże, na którym power napem dobiłam do magicznej godziny snu, która miała mi wystarczyć na nasz pierwszy dzień na miejscu. Poza łożem mieliśmy też łazienkę z wanną, kuchnię z pralką, telewizor z Netflixem i przepiękny klimat paryskiej kamienicy. Z airbnb trafiliśmy więc w dziesiątkę – mimo że spędzaliśmy tam tylko noce i poranki, to bardzo przydało nam się i wyposażenie i oddzielny salon z kanapą, dzięki któremu mogliśmy posiedzieć sobie dłużej, nie budząc maluchów.

Przyznam, że spędziłam sporo czasu na research: „gdzie spać w Paryżu”. Naszym głównym doradcą koniec końców okazał się jednak budżet i szybko zorientowaliśmy się, że jeśli chcemy zapłacić jakieś 500 zł za noc i mieć okna, to raczej musimy szukać za le Périphérique, czyli śródmiejską obwodnicą Paryża, w której znajdują się wszystkie najbardziej centralne i turystyczne numerowane dzielnice, o których warto sobie poczytać wcześniej. Tym sposobem wylądowaliśmy w spokojnej, rezydencyjnej dzielnicy Saint-Mande i zasmakowaliśmy tempa, zapachów i smaków, których na co dzień doświadczają „normalni”paryżanie.

Bawiło nas bardzo to, że na naszej ulicy w jednym ciągu ustawione obok siebie – niczym ludzie czekający na croissanty – były wszystkie „gerie”, o których uczyłam się w gimnazjum na francuskim, czyli boulangerie, patisserie, fromagerie, poissonnerie i inne lokalne sklepiczki, które w ciasnym mieście (w którym brakuje miejsca na supermarkety) mają wśród lokalnych mieszkańców ciągłe branie. Codziennie rano Adam stał więc z nimi w kolejce po pain au chocolat i jus d’orange, bo śniadania ogarnialiśmy sobie sami, a potem wyruszaliśmy na podbój miasta.

Nie będę tutaj pisać o niezwykle alternatywnych ścieżkach, po których chodząc możecie odkryć Paryż ukryty. Postaram się podpowiedzieć natomiast, jak skubnąć trochę tej pięknej metropolii w kilka dni z dziećmi i wyjść z tego z tarczą. A żeby nie było aż tak mainstreamowo, to na koniec poprosiłam o namiary na fajne miejscówki pewną lokalną supermamę.

W Paryżu mieliśmy do dyspozycji cztery pełne dni. Jestem, jak się okazało na miejscu, ambitną mamą, więc mieliśmy ambitny rozkład jazdy, który mój 9-letni syn skwitował czwartego dnia w sposób, który wydał mi się piękną pointą, mianowicie „moi rodzice chcą mnie skazać na śmierć nudową”. Miał obiektywnie prawo do tego, żeby trochę pomarudzić, bo malarstwo impresjonistyczne w kręgu jego zainteresowań jeszcze za bardzo się nie zadomowiło. Naszym planem jednak jest sianie ziarenek i wystawianie dzieci na promieniowanie przeróżnych rzeczy, a nuż coś zakwitnie.

Adults only?

Odwiedziliśmy i Luwr, i Musée d’Orsay, i Panteon, i Pompidou, i Musée Rodin. Zachwytów było przy tym wiele, największą frajdę sprawił nam scavenger hunt w Luwrze, który polegał na poszukiwaniu konkretnych dzieł sztuki i wklejaniu w odpowiednie miejsca naklejek z ich podobiznami (TIP: o paszport, o którym piszę, trzeba poprosić w informacji! Nie leży nigdzie do wzięcia, ale można go dostać „spod lady”).

Nie wiem, czy jest sens rozpisywać się nad tym, jak wiele piękna jest w paryskich muzeach, natomiast to zdecydowanie była ta część naszego wyjazdu, którą chętnie powtórzylibyśmy sobie jeszcze we dwoje. Paryż jest o tyle trudny dla rodziców, że oferuje tak wiele dla dorosłych, że o ile nie poznałeś jego zakątków w czasach przed dziećmi, to bardzo ciężko jest sobie je odpuścić. To miasto to bowiem na pierwszy rzut oka turysty przede wszystkim sztuka i sączenie wina w kawiarnianym ogródku. I gdzie na tym obrazku dzieci? Pytanie otwarte.

Zachwyty

Dzieci i małżonek w pogłębionym wywiadzie wymienili m.in. takie zachwyty:

  • puszczanie żaglówek w parku luksemburskim
  • truskawki z lokalnego targu jedzone na ławeczce
  • Mona Lisa/oglądanie ludzi, którzy robią sobie selfie z Mona Lisą
  • Fakt że pod Centrum Pompidou złapał nas deszcz, czyli przeżyliśmy jedną stronę z ulubionej książki Hani „Lila w Paryżu”. Jeśli ktoś ją zna, to spieszę poinformować, że widzieliśmy też podejrzanego fotografa i liczyliśmy gołębie na wyspie Cité.
  • Pieczywko i poranny tłok w piekarni – nie było to może zaskoczeniem, ale wiadomo, było pysznie!
  • Nic jednak dla naszych dzieci nie było bardziej zachwycające niż… Disneyland.

Disneylandu parę dni przed wyjazdem w planach nie mieliśmy w ogóle. Wtedy jednak na białym koniu wjechała nasza przyjaciółka, która stwierdziła, że jeśli jedziemy do Paryża z dziećmi i nie weźmiemy ich do Disneylandu, to jesteśmy złymi rodzicami. Raz, że trochę wjechała nam na ambicję, bo przecież kto jak nie my, rodzice roku (hehe), a dwa, że po chłodnej analizie sytuacji stwierdziliśmy, że skoro Tymek skończył w tym roku 9 lat, a Hania 5, to wydaje się jednak, że jest to całkiem fajny moment na to, żeby oboje mogli z tego miejsca skorzystać w pełni, po dziecięcemu, bez narzuconego przez początki dojrzewania filtra.

Miało być bez ściemy, więc piszę bez ściemy – było super. W życiu nie widzieliśmy naszych dzieci tak szczęśliwych. Nie przeszkadzał im tłok, upał, kolejki, nic. Łzy były tylko ze śmiechu lub ze wzruszenia. Adam przyznał się, że uronił łezkę, kiedy Hania skacząc ze szczęścia na jego ramionach, witała się z Elsą w trakcie parady, a ja popłakałam się ze śmiechu, kiedy zobaczyłam swoje zdjęcie, na którym ze stuprocentowym zaangażowaniem próbuję zestrzelić przeciwnika Buzza Astrala.

Z mojego punktu widzenia było to więc warte wydania kupy kasy (4-osobowa rodzina: bilety, pociąg i jeden posiłek na miejscu wyniosło nas ok. 1700 zł), ale każdy musi to sobie przełożyć na swoje dzieci i marzenia. Z praktycznych rzeczy: na miejscu warto mieć aplikację, która informuje nas o długości kolejek, swoją wodę (przez covid są wyłączone kraniki z wodą pitną, a mała butelka kosztuje ponad 3 euro) i przekąski (my wzięliśmy ze sobą sporo naleśników) i przede wszystkim przed wyjazdem sprawdzić, ile wzrostu mają wasze dzieci i czy oczy świecą im się na myśl o rollercoasterze, czy raczej nie ma szans, że sprawiłoby im to frajdę. Wtedy warto poczekać parę lat lub po prostu sobie odpuścić. Dla odniesienia – Hania ma ok. 110 cm wzrostu i nie mogła wejść tylko na dwie atrakcje. Była natomiast na kolejce dla dzieci od 102 cm i jak wsiadłam za nią w kolejny wagonik, to byłam pewna, że na mecie czekają na mnie z Adamem we łzach lub innych płynach, a zobaczyłam ją z oczami jak pięć złotych i błagalnym „Możemy jeszcze raz?”. Jeśli masz więc w domu świrka, to polecam.

Gdyby ktoś chciał naszymi krokami (a dokładniej 20 tysięcami kroków dziennie) i zobaczyć, co na to jego dzieci, to pod spodem krótka ściągawka i nasz plan, nieuwzględniający przystanków na lody, rozbitych na hulajnodze kolan i faktu, że do domu wracaliśmy grubo po dobranocce:

Dzień 1: Park Luksemburski, Panteon, Dzielnica łacińska i Notre Dame, a na deser Centrum Pompidou.

Dzień 2: Luwr, Pola Elizejskie i Wieża Eiffla

Dzień 3: Disneyland

Dzień 4: Muzeum d’Orsay, Muzeum Rodin i ogrody różane, popołudnie i wieczór na wzgórzu Montmartre i kościół Sacré-Cœur

Dzień 5: spacer po Bois de Vincennes i samolot do domu

Jeśli udało wam się ugryźć już trochę Paryża „dla dorosłych” wcześniej i wylądowaliście tam z dziećmi, to dorzucam jeszcze do wplecenia w plan podróży 3 grosze od Agi Skowronek, czyli 3 rodzinne miejscówki, które poleca nasz człowiek w Paryżu:

  • La Felicità to ulubiona knajpa naszego pięciolatka. Z trzech ważnych dla pięciolatków powodów: w środku są tory kolejowe i najprawdziwsze wagony, jest mnóstwo miejsca i nikt się nie wkurza, jak dzieci biegają, a i jedzenie jest przyjazne dzieciom (pizza, makarony, burgery). Minus jest taki, że w okolicy (dzielnica 13.) nie ma za dużo atrakcji turystycznych, więc trzeba przyjechać specjalnie.
  • Nasz ulubiony park to Buttes Chaumont. Jest do bólu malowniczy ze swoimi wodospadami i pagórkami, a na szczycie najwyższego jest nawet romantyczna świątynia dumania. Plac zabaw, rzecz jasna jest również. My wpadaliśmy tam na pikniki lub do jednej z plenerowych knajp.
  • Od kiedy mamy dzieci, lubimy w knajpie siedzieć na zewnątrz, a w Paryżu przez sporą część roku się da. Naszym zdaniem najfajniej jest w przeuroczym ogródku kawiarnio-herbaciarni w Musée de la Vie Romantique. Jest pięknie i bardzo parysko: okiennice, małe seledynowe stoliczki i morze kwiatów. Najładniej oczywiście wiosną.

Wiosna w Paryżu – co się przyda poza kieliszkiem wina?

My zmieściliśmy się w bagażu podręcznym + jednym piority wykupionym, żeby bez stresu wziąć ze sobą na pokład walizkę JetKids od Stokke. Jej funkcja podnóżka to prawdziwy hit, szczególnie jeśli w perspektywie macie długi lot lub lot z maluszkiem – to produkt na lata, który może być łóżkiem, skrzynią pełną skarbów, pojazdem odrzutowym lub powozem napędzanym starszym bratem. Tam schowaliśmy drobiazgi na drogę: książkę, naklejki, mazaki, przytulankę i podręczne łamigłówki, a do tego wszystkie ubrania Hani. Pasek  umożliwia noszenie jej na ramieniu, a skrętne kółeczka pozwalają swobodnie prowadzić ją dziecku. No i ten kolor! Wybór jest taki, że każdy znajdzie swój ulubiony.

Najbardziej na miejscu przydały nam się letnie ubrania, bo mimo że odwiedziliśmy Paryż w połowie maja, to temperatura oscylowała pomiędzy 26 a 30 stopni, czyli mogliśmy doświadczyć bardzo letniej aury w jeszcze nie aż tak bardzo zatłoczonym mieście. Do plecaka wrzucaliśmy więc po bluzie do zarzucenia na krótką koszulkę i letnią sukienkę. Jeden bagaż zajmowały moje zimowe ubrania z Islandii, więc musieliśmy skondensować resztę potrzebnych rzeczy. Znaleźliśmy jednak miejsce przede wszystkim na: aparat, sandały, skarpetki do samolotu, czapki z daszkiem, krem z filtrem, kilka książek i komputer, na którym na bieżąco wykupowaliśmy wszystkie wejściówki, żeby nie stać niepotrzebnie w kolejkach do kas.

Czy znaleźliśmy ostatecznie odpowiedź na to, jak to jest z tym Paryżem? Chyba nie. Jest pełen sprzeczności i bardzo bujny, piękny, szczególnie w maju, na pewno warty odwiedzenia i posmakowania samemu. Mój plan jest taki, żeby wrócić tu z nastolatkami, a jak nie będą nas lubić, to lecimy we dwoje!

Materiał powstał we współpracy z marką Stokke

Dodaj komentarz