mama emigrantka

Okuniewska na Islandii

Nordycka mama debiutantka

Okuniewska na Islandii
Michalina Okręglicka i archiwum domowe

Czy Islandczycy serio wystawiają na mróz i wiatr wózki z niemowlakami? Czemu dziecku nadaje się tu imię dopiero po jednym, a nawet trzech miesiącach od narodzin? I dlaczego ciąży nie prowadzi ginekolog? Mamy dla was wieści z pierwszej ręki – tu Okuniewska, świeżo upieczona mama.

Asia Okuniewska jest autorką dwóch superpopularnych podcastów: Tu Okuniewska i Ja i moje przyjaciółki idiotki – w drugim opowiadając o randkach, relacjach i złamanych sercach, zbudowała solidną społeczność „idiotek” i wydała idiotkową książkę. Kilka lat temu rzuciła pracę w agencji reklamowej i zrobiła korpoewakuację z Polski na Islandię, a teraz, na tej samej wyspie, miesiąc temu, po „9 miesiącach noszenia w brzuchu pokemona”, Okuniewska urodziła w islandzkim szpitalu Helenkę. I o tym będzie ten odcinek z cyklu Mama emigrantka. O jej rodzinie na dalekiej-bliskiej Islandii, o tamtejszym porodzie i opiece porodowej, i jeszcze trochę o stereotypach, tolerancji i prawach kobiet. Góðan daginn, dzień dobry nordycka mamo!

Niedawno debiutowałaś w roli mamy – gratulacje! Jak na Islandii wygląda opieka nad kobietą w ciąży?

Na Islandii nie ma nic za darmo, no, chyba, że mówimy o opiece porodowej (śmiech). To akurat bardzo super, bo ogólnie opieka zdrowotna zawsze wymaga zapłaty. Prowadzenie ciąży na Islandii i w Polsce bardzo się różni. Tutaj nie wybiera się ginekologa, bo ciążę „prowadzi” położna. Wizyty odbywają się w przychodni rodzinnej, a na każdym z nich mierzone jest jedynie ciśnienie i waga ciężarnej, wysokość macicy (miarką krawiecką), a także tętno dziecka. Przed każdym spotkaniem robi się też test pH moczu, by sprawdzić, czy nie ma w nim białek i innych niepożądanych elementów.

Ogólnie lista badań w ciąży jest bardzo okrojona i czułam się z tym na początku naprawdę nieswojo! Na cały okres ciąży wykonuje się USG tylko dwa razy – w pierwszym i drugim trymestrze. Zakłada się tutaj, że jeśli matka czuje się dobrze, a ciąża przebiega poprawnie, nie ma potrzeby nadużywania zabiegów medycznych. Do samego końca nie określano wielkości i wagi Heli, a to, czy odwróciła się głową do dołu, badano, dotykając brzucha. No, nie powiem… musiałam zaufać specjalistom i wyłączyć lęki z głowy.

Wow, ciąża prowadzona tylko przez położną? Opowiadaj!

Nam trafiły się naprawdę fajne – zarówno ta prowadząca ciążę, jak i ta, która przyjmowała mój poród. Widać, że ten zawód wybiera się tu z powołania, jest wiele zarówno młodych położnych, jak i tych bardziej doświadczonych, a wszystkie cechuje uprzejmość, uśmiech i zaangażowanie. Położne przyjmują poród i pomagają młodym rodzicom tuż po nim – na przykład w karmieniu piersią, poprawnym wsadzeniu dziecka do fotelika samochodowego, czy przy pierwszej kąpieli. Odwiedzają noworodka i rodziców w domu i odpowiadają na wszystkie pytania. Pilnują też, czy nie pojawia się u matki depresja poporodowa i baby blues, są na to wyczulone. Jestem absolutnie zachwycona Fridą, naszą położną prowadzącą i będę jej wdzięczna do końca życia.

A co z wyborem szpitala, czym się kierowałaś?

Na Islandii nie wybiera się szpitala, w którym będziemy rodzić – nie ma ich za wiele do wyboru (śmiech). Można natomiast wybrać między porodem domowym, porodem w Domu Narodzin, oraz tym w szpitalu. Mi zależało na znieczuleniu, bo mamy 2020 rok i nie ma sensu dokładać sobie traum, więc interesowała mnie tylko opcja szpitala, z dostępem do anestezjologa.

Moja ciąża przypadła na czas pandemii, więc nie mogliśmy chodzić na szkołę rodzenia – kupiliśmy natomiast kurs online Położnej Kasi i wraz ze wsparciem poporodowym Fridy, naszej położnej, udało nam się dowiedzieć wszystkiego na czas.

Opowiesz pokrótce, jak przebiegł twój poród? Bo, że miałaś znieczulenie, już wiemy!

Miałam świetny poród! Co może być nadzieją dla wszystkich tych dziewczyn, które tak jak ja, bały się, że z naszym życiowym szczęściem i wszystkimi plagami ciąży na bank poród będzie potworny. Rodziłam w Landspitalinn. Mój poród był wywoływany prostaglandynami, ponieważ po 24 godzinach od odejścia wód nie pojawiła się samoczynnie akcja skurczowa, natomiast od momentu przebicia pęcherza płodowego, do momentu urodzenia Helenki minęły zaledwie 3 godziny 17 minut. To był naprawdę ekspresowy poród, chociaż wydawało mi się oczywiście, że rodzę już jakieś trzy doby. Codziennie budzę się i w myślach dziękuję wynalazcy epiduralu (śmiech).

Dobrze się tobą opiekowali w tym Landspitalinn?

Opieka w szpitalu była wybitna i czułam się jak jakaś Gonia Rozenek – sala porodowa była wielkości mojego mieszkania, miała duży basen, do którego wchodziło się po schodkach, piłkę gimnastyczną, worek sako, łazienkę z łatwym dostępem i długi wąż z gazem rozweselającym. Uszanowano wszystkie moje prośby z Planu Porodu, urodziłam w wybranej przez siebie pozycji, a na sali nie znajdował się poza mną, Amadeuszem i położną nikt więcej. Mimo bólu czułam się bezpiecznie i komfortowo. Moment, w którym położna podała mi Helenę, będę ze łzami w oczach wspominać do końca życia. Kocham to wspomnienie.

Jedzenie w szpitalu było ŚWIETNE, jest tam nawet pokój, w którym do oporu, o każdej porze dnia i nocy można sobie jeść tosty z serem, owoce i jogurty, a obiady też są bardzo smaczne – w wersji wegetariańskiej, rybnej i mięsnej. Byłam zachwycona. Wyposażenie sali poporodowej też jest genialne, bo jest w niej absolutnie wszystko, czego potrzebujemy w połogu: majtki poporodowe, ręczniki, podkłady, gaziki. Co kilka godzin wpadały do mnie położne zapytać, czy czegoś potrzebuję, i każdy na wstępie serdecznie gratulował córki i podziwiał bujną czuprynę Heleny. Warto było płacić dla tego wszystkiego wysokie podatki!

Jak ci w nowym świecie i waszym trzyosobowym już składzie? Hela daje wam popalić czy woli grzecznie spać?

Hela jest naprawdę świetnym dzieckiem i już widać, jaki ma charakter! Jest ciekawska, pogodna i bardzo silna. Lubi spać, ale jak jest głodna, to komunikuje to w pierwszej sekundzie głośnym niezadowoleniem. Nie płacze natomiast bez powodu, NA RAZIE (śmiech). Jest książkowym niemowlakiem, jestem z tego powodu bardzo wdzięczna losowi i loterii genów.

Są jakieś islandzkie zwyczaje dotyczące pielęgnacji niemowlaka czy podążasz domowym, polskim tropem?

Pierwsza kąpiel noworodka odbywa się tu tydzień po porodzie i zazwyczaj w kąpieli uczestniczy położna – żeby pokazać, jak dokładnie zająć się tym małym ssakiem w wodzie. Nie poleca się używania żadnych środków do mycia dziecka, jego włosów, ani do oczyszczania pępowiny – moja położna, Frida, śmiała się, że Polki kochają Octenisept i zalewają nim cały brzuch dziecka, podczas gdy Islandki stosują tylko wodę.

To nie o pielęgnacji, ale ciekawą tradycją jest też, że na Islandii imię dziecku nadaje się dużo, dużo później, niż wszędzie indziej. Organizuje się małe przyjęcie dla rodziny, gdy dziecko ma miesiąc czy trzy. Do tego czasu dziewczynka nazywana jest Stúlka, a chłopiec Drengur, tak jest też wpisane w internetową dokumentację – u nas akurat Stúlka Pijańska.

Zaobserwowałaś jeszcze jakieś lokalne zwyczaje rodziców? Będziecie hartować Helę, wystawiając jej wózek na dwór?

Już teraz to robimy, chociaż Amadeusz nie jest w stanie wyzbyć się lęku o to, że ukradną nam wózek z zawartością (śmiech). Dlatego stawiamy go na werandzie. Lokalnym zwyczajem jest też wychodzenie na spacery niezależnie od pogody – musimy się tylko nauczyć dobrze ubierać i wzmocnić budkę w wózku, bo wiatr czasem wygina ją, jakby była z papieru.

Wspominałaś, że mamom na Islandii przysługują 4 miesiące urlopu macierzyńskiego, tyle samo dostają ojcowie, plus są 2 miesiące do podziału. Jak to rozegracie z Amadeuszem?

Podzieliliśmy się tak, że ja biorę cztery miesiące, a Amadeusz sześć. Natomiast Amadeusz jest z nami w domu już od porodu – z powodu wirusa hotel, w którym pracuje – jak wszystkie inne – został zamknięty, a pracownicy zostali wysłani na zasiłek. To chyba jedyny plus pandemii, nie wiem, co bym zrobiła bez jego pomocy. Szanuję wszystkie dziewczyny, które dały sobie radę same w domu z niemowlęciem – jak one jadły? Kiedy się myły? Od kiedy mam dziecko, przestałam się śmiać ze stwierdzenia, że PRAWDZIWA MAMA PIJE ZIMNĄ KAWĘ. No, taki los, zawsze jęknięcie dziecka jest ważniejsze (śmiech).

Pytań o przedszkole Heli jeszcze ci oszczędzę, ale o żłobku pewnie już myśleliście? Pytam trochę zaczepnie, bo ponoć na Islandii nie ma żłobków, jakie my znamy z Polski.

Faktycznie, tutejsze żłobki to bardziej przedszkola, ale są prawie tak samo oblegane, jak w Polsce. Dlatego niektóre kobiety decydują się na oddawanie dzieci do tak zwanej Dag mammy – to zazwyczaj starsze kobiety, które opiekują się kilkoma dziećmi parę razy w tygodniu, po kilka godzin. Na razie możemy być z Helą w domu, więc nie planujemy wysyłać jej do placówki, ale chciałabym za pół roku zacząć chodzić z nią na jakieś zajęcia z innymi dziećmi. W przyszłości natomiast, jeśli się uda, chciałabym, żeby Hela chodziła do przedszkola waldorfskiego, bo ma świetny program i fantastyczne miejsce integracji pod Reykjavikiem.

Mieszkacie z Heleną i jej tatą blisko Reykjaviku, przy czym Amadeusz, twój narzeczony, też jest Polakiem, co podsuwa nam trop, że nie wyjechałaś z Polski „za miłością”. Co was zatem zaprowadziło na Islandię? Przecież tam jest zimniej i ciemniej niż u nas!

Na tę decyzję złożyło się kilka rzeczy – zmęczenie pracą w agencji reklamowej i chęć dużej życiowej zmiany, obserwowanie ze strachem dojście PiS-u do władzy w Polsce, a nawet coraz bardziej zauważalne problemy ze środowiskiem – właśnie wtedy zaczął być poruszany temat smogu, susz i zmian klimatu. Szukaliśmy miejsca, które byłoby blisko Polski, z otwartym rynkiem pracy i w którym możliwe byłoby życie blisko natury. Islandia okazała się strzałem w dziesiątkę – w czasach przedpandemicznych, w 2017 roku, turystyka Islandii była w rozkwicie, więc już po dwóch dniach mieliśmy pracę w gastronomii.

Islandia nas zachwyciła, choć Amadeusz na początku narzekał na zimne lato – w przeciwieństwie do mnie jest ciepłolubem. Przeprowadziliśmy się w maju i pamiętam, że zimowa kurtka była nieodłącznym elementem stroju Amadeusza, teraz po trzech latach chodzi w letniej nawet jesienią (śmiech). Polubiliśmy ciemności i letnie białe noce. Dziwnie jest dopiero, gdy jedziemy do Polski latem i możemy obserwować gwiazdy (i nie musimy czekać na nie do jesieni).

Ciągnęło cię do natury? Może to uproszczenie, ale gdy oglądam twoje islandzkie landszafty, mam takie asocjacje: wędrujesz po omszałych pagórkach i zanurzasz się w gorących źródłach. Bliżej ziemi się nie da.

Bardzo tęskniłam za naturą. Wychowałam się na Warmii, więc całe dzieciństwo spędzałam nad jeziorami, albo w lesie. Bardzo brakowało mi tego podczas mieszkania w Warszawie – nie lubię hałasu, zgiełku dużego miasta, bo po prostu mnie to męczy. Dlatego lubię mieszkać w Reykjaviku. Sporo osób narzeka, że nic się tu nie dzieje, że jest za mało ciekawych wydarzeń, spektakli, czy koncertów – ja i tak najbardziej lubię spędzać czas w domu, albo w jego okolicy, więc nie cierpię – w Warszawie też nie „bywałam”.

Co jeszcze chętnie zostawiłaś za sobą w Polsce?

Chęć ciągłego udowadniania innym, że skoro dużo pracuję, to jestem coś warta. Zakupoholizm, życie w nadmiarze, żeby zakupami zrekompensować sobie zmęczenie pracą. Ciągłe porównywanie się do innych.

Piszesz: „Jestem bardzo szczęśliwa, żyjąc w kraju, w którym każdy może być sobą i żyć jak chce, bez wysłuchiwania pierdolenia innych” – i to pod zdjęciem z tęczową trasą prowadzącą do (o, ironio!) kościoła Hallgrímskirkja. Czym się przejawia islandzka tolerancja?

Tym, że nikt nikt nie komentuje tu niczyjej orientacji, status matrymonialny współpracowników czy znajomych w ogóle nie jest tematem dyskusji. W oknach urzędów, sklepów, uniwersytetu czy nawet na sztandarach kościołów wiszą tęczowe flagi i nikomu nie przeszkadzają. Natknęłam się jednak ostatnio na żywo komentowane projekty zmian umożliwiających osobom transpłciowym zostanie wpisanym jako druga legalna matka dziecka – nie wszyscy komentujący Islandczycy uważali, że jest to rzecz, którą powinien się zajmować parlament, więc to też nie jest tak, że to kraj w 100% tolerancyjny. Wydaje mi się, że tolerancja jest tu po prostu równorzędna z szacunkiem i umiejętnością uszanowania, że ludzie się różnią, a każdy ma prawo być sobą. Uczy się tego dzieci już od najmłodszych lat.

Nam do Islandii daleko… Teraz, podczas strajku, przywoływane są islandzkie protesty kobiet z 1975 roku. Jak u was wygląda kwestia aborcji?

To, co się dzieje teraz w Polsce jest też żywo komentowane tu, na Islandii. Aborcja na Islandii jest legalna, dostęp do antykoncepcji awaryjnej jest bardzo łatwy – wystarczy poprosić o tabletkę w aptece, a farmaceuta wydaje ją bez cienia wahania, jednocześnie rzetelnie informując o skutkach ubocznych. Islandia to postępowy kraj, w którym po prostu można być sobą. Marzę o tym, aby Polska weszła na tor zmian i wspierała swoje obywatelki i obywateli, dając im prawo wyboru w każdej dziedzinie życia.

Co na Islandii zaskoczyło cię najmocniej?

To, że to już nie jest ten sam kraj, jakim był 10 lat temu, zanim wybuchł słynny wulkan. Wraz z napływem turystów wzrosła liczba imigrantów, ale wzrosła też przestępczość i przypadki wyzysku pracowników, oczywiście tych z zagranicy. Mnie też oszukało dwóch pracodawców, a związki zawodowe nie okazały się tak wspierające, jak myślałam. Po trzech latach zauważyłam też, że Islandia ma problemy z rasizmem. Mimo że sama się z nim nie spotkałam, coraz więcej się o nim mówi. Czas skończyć z powielaniem mitu idealnej Islandii – jak każdy kraj ma ona swoje wady.

Islandczyków kojarzymy z tym, że są dość powściągliwi, lubią zimno (muszą je lubić) i co druga osoba muzykuje. Co się zgadza, a jakie stereotypy możemy zdeptać?

Islandczycy faktycznie są dość powściągliwi, ale nie wszyscy z nich lubią zimno (śmiech). Część z nich kiedy tylko może, ucieka na Florydę czy do Hiszpanii. Islandię zaliczamy podświadomie do narodów skandynawskich, choć bardziej poprawnie jest nazywać ją krajem nordyckim. Islandczycy czerpią trochę z kultury amerykańskiej – mają problem z konsumpcjonizmem, braniem rzeczy na kredyt, marnowaniem jedzenia, ale z drugiej strony lubią uprawiać sporty outdoorowe, jak Duńczycy czy Szwedzi, i tak jak oni kochają jeździć do domków letniskowych i celebrować ciepłe dni – w ogóle lubią celebracje! Każdy powód do świętowania jest dobry. Faktycznie, Islandczycy lubią muzykę i większość moich islandzkich znajomych robi coś artystycznego – albo grają w zespołach, albo są DJ-ami, pisarzami, czy malują obrazy.

Przyjemnie jest obserwować ich luz – nie robią tego, by zrobić światową karierę i zarobić dużo pieniędzy, tylko traktują to jako pasje, sposób na definiowanie siebie. Nie określają się poprzez pracę, tylko poprzez to, co robią po niej – dlatego dbają o work-life balance. To mi się najbardziej podoba w Islandii, nawet jeśli wiąże się też z tym, że w piątek po południu kurierowi nie chce się już przywozić paczki, a kawiarnie otwarte są do siedemnastej. W końcu baristka też chce kończyć pracę o ludzkiej godzinie!

Skoro już o kawiarniach mowa – znasz islandzki czy spokojnie można się dogadać po angielsku?

Można się dogadać po angielsku, ale dużym atutem na rynku pracy jest znajomość języka islandzkiego. Nie jest to jednak prosty język – powiedziałabym nawet, że jest cholernie trudny, a mimo to znam osoby, które się go nauczyły i mówią biegle. Ja staram się jak mogę – byłam na kursie, zapisałam się do wszystkich możliwych grup na Facebooku – od grupy islandzkich grzybiarzy, przez wegan, ludzi kochających remonty i rzeczy rozdawane za darmo, a czytając posty, zaczęłam łapać konstrukcje zdań. Najprostsze z nich zaczęłam zapisywać w głowie, dochodziły do nich jakieś przypadkowe słówka, coś, co gdzieś usłyszałam. Dziś umiem się podstawowo dogadać – zdaniami pełnymi błędów, bez poprawnej deklinacji, z mylonymi formami. Nie mam ambicji na mówienie perfekcyjnie – wolę widzieć uprzejmy uśmiech ekspedientki czy lekarza, gdy powiem do nich coś „jako tako”, zanim przejdziemy na angielski, niż bać się i pocić ze strachu przed popełnieniem błędu za każdym razem, gdy chcę się odezwać.

Dobry patent z grupami na FB! A jak udało wam się znaleźć mieszkanie na Islandii? Też mieszkacie w tych uroczych kolorowych domkach?

Pierwsze mieszkanie znaleźliśmy jeszcze w Polsce, na jednej ze stron do tego przeznaczonych. To było maleńkie studio na parterze, wynajmowane na okres wakacji. Kolejne mieszkanie wynajęliśmy z moją przyjaciółką, która akurat przeprowadziła się na Islandię z Anglii. Jej szefowa miała mieszkanie do wynajęcia i nam się udało – w kultowej już „Piwniczce” mieszkaliśmy dwa lata, tuż nad oceanem, w pięknej dzielnicy obok lotniska w Reykjaviku. Teraz mieszkamy w miasteczku Seltjarnarnes w parterowym studiu nieopodal latarni morskiej.

Macie swoich ludzi na Islandii?

Tak. Hela ma już nawet przybierane kuzynki i kuzynów (śmiech).

Na koniec poproszę jeszcze o twoje top 5 miejscówek, które warto odwiedzić w Reykjaviku albo okolicach – najmilej takich, gdzie uda się wjechać z dziecięcym wózkiem.

Wszędzie w Reykjaviku można wjechać wózkiem, nawet nasz ulubiony Kebab Mandi na Skeifanie ma podjazd dla wózków! Bardzo przyjemnym miejscem na spotkania mam jest restauracja i kawiarnia w muzeum Kjarvalsstaðir, mają pyszne ciasta i rewelacyjne menu, a także przewijak – zarówno w damskiej, jak i męskiej toalecie. Pięknym miejscem na spacer jest też Ogród Botaniczny Grasagarður Reykjavíkur z małym zoo z owcami i konikami. W Perlanie jest interaktywna wystawa Wonders of Iceland, którą poleca się dla nieco starszych dzieci. Fajna trasa na spacer z wózkiem jest też niedaleko mojego domu – w okolicy latarni morskiej Grótta.

Na swoim blogu piszesz: „Jedyną stałą u mnie jest to, że wciąż nazywam się tak samo. Nadal piszę. I nadal szukam tego, co inni nazywają sobą, albo swoim miejscem”. Znalazłaś już swój spot na planecie Ziemia czy jeszcze się rozglądasz?

Znalazłam. Jestem szczęśliwa. Mam wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłam.

Pięknie to słyszeć – wszystkiego dobrego dla was!

Joanna Okuniewska – autorka dwóch superpopularnych podcastów: Tu Okuniewska oraz Ja i moje przyjaciółki idiotki. Potrafi mówić o bardzo trudnych sprawach w unikalny i prosty sposób zjednujący jej fanów na całym świecie – jej podcastów odsłuchało łącznie niemal 20 milionów razy! Niedawno wydała książkę „Ja i moje przyjaciółki idiotki”. Mama Heleny, narzeczona Amadeusza. Mieszka z rodziną na Islandii.

*

Czy wśród was są mamy na emigracji? Gdzie mieszkacie, jak wam się żyje? Więcej historii z cyklu Mama emigrantka znajdziecie tutaj.

Dodaj komentarz