O byciu w drodze z Martą Greber

Wschody słońca mam tylko dla siebie

Chciałabym przycupnąć gdzieś z tyłu jej kampera lub schować się w bagażniku. Mogłabym wtedy tę rozmowę przeprowadzić na żywo, z kubkiem kawy, zapewne o jakiejś bardzo skandalicznie wczesnej godzinie. Ale wschody słońca Marty Greber to już legenda, warto dla nich wstać.

On the road again! Łapię Martę, fotografkę i autorkę bloga What Should I eat for Breakfast Today? gdzieś hen, na wyspach Szkocji. Umówienie się w Warszawie czy nawet Berlinie, gdzie mieszka z mężem i kilkuletnią Mią, byłoby znacznie trudniejsze. Marta ma głód podróży i nie zaspokoi go żadnym pysznym śniadaniem, które serwuje nam na blogu. Każdy przyjazd do domu to trudny powrót do rzeczywistości, po którym następuje kombinowanie „a dokąd teraz”. I za chwilę już śledzę na Instagramie, jak przemierza wybrzeże Portugalii, albo je śniadanie w asyście reniferów w Laponii. Rzuciła pracę w kancelarii prawnej, by zwiedzać świat, a z czasem blogowanie, fotografia i stylizacja jedzenia stały się jej pracą. Czy może być lepszy scenariusz? O rodzinnych podróżach kamperem, życiu na 12 metrach kwadratowych i wschodach słońca rozmawiam dziś z Martą Greber.

 

 

Halo, Wyspo Skye! U was też tak wieje? Marta, wasze wyjazdy są antytezą wypraw zorganizowanych, czyli popularnych all inclusive. Ciekawa jestem, czy kiedyś tak wypoczywaliście i czy umielibyście tak wypocząć?

Kiedyś jeździliśmy i bardzo lubiliśmy. Teraz czasem też mam ochotę udać się na taki wyjazd, a nawet chyba powinnam. To taki superwypoczynek, nie musisz o niczym myśleć, o nic się martwić. Jedzenie, drinki, zabawa dla dzieci, wszystko jest na miejscu. Obecnie ogromną przyjemność sprawia mi odkrywanie nowych miejsc. Znajoma powiedziała mi ostatnio, że fajnie byłoby się spotkać gdzieś w trasie i pojechać chwilę razem, ale my strasznie pędzimy. No i to jest prawda, zazwyczaj jest jedno miejsce na dzień. Drugie może być 5 km dalej, ale przenosimy się. Bo mnie tak wiecznie niesie! Próbuję czasem zostać w jednym miejscu dłużej, ale jestem ciekawa, co jest na końcu innej ulicy. Czasem za to potrafię cofnąć się gdzieś o 100 km, bo mi się tam bardzo podobało. To duży plus podróżowania kamperem, zawsze można wrócić lub pojechać dalej.

Zanim o zachwytach, opowiedz, czy mieliście jakiś podróżniczy koszmar? Nietrafione miejsce, coś, co kompletnie was rozczarowało, albo totalnie umęczyło?

Miasta (śmiech). Ale tylko wtedy kiedy jeżdżę kamperem. Nie lubię tłumów, nie lubię miejsc, gdzie jest dużo odwiedzających, bardzo mnie to męczy. Dlatego zazwyczaj, kiedy jest miejsce, gdzie wiemy, że będzie dużo ludzi, jedziemy tam na wschód słońca, by ich uniknąć. Trochę się wytłumaczę, jako mama ruchliwej 3-latki – muszę ciągle ją mieć na oku, by nie zgubiła się w tłumie. Takim małym koszmarem była też pierwsza usterka naszego auta. W zeszłym roku po 1000 km odpadła nam rura wydechowa. Wjechaliśmy dopiero co do Lichtenbergu i nagle słyszę jakieś dziwne dźwięki, jakieś tarcie. Trochę spanikowałam, od razu zadzwoniłam do taty, a on mi mówi: „Córcia, czym ty się martwisz, przyspawają ci i pojedziesz dalej”. Tomek podwiązał rurę sznurkiem, żeby było co spawać i 10 km dalej znaleźliśmy warsztat. Po 40 minutach i 40 euro byliśmy dalej w drodze. To mnie wyleczyło z martwienia się o auto.

No właśnie, próbuję sobie ciebie wyobrazić w jakimś koszmarze podróżniczym, ale ty masz zawsze dobry humor i dystans. Pamiętam -20 stopni w Finlandii, a ty opowiadasz o zepsutym ogrzewaniu w vanie, żartujesz sobie, pijesz kawę. Taki dystans, gotowość na nagłe zmiany pomaga chyba w dzikim podróżowaniu, gdzie za każdym zakrętem może czekać niespodzianka?

Przy -20 stopniach bardziej bym się spięła, to było jakieś +4 stopnie, na szczęście (śmiech). To chyba dlatego, że naprawdę zazwyczaj nic się nie wydarza. Ogrzewanie trzeba było naprawić, więc albo ja, albo specjalista. To był 25-letni kamper, także zakładałam, że będzie się psuł. Nie przewidziałam tej rury, a udało się to szybko ogarnąć. Za to w tym roku jeździliśmy już nowszym autem i jego defekty mnie zdecydowanie bardziej martwiły. Tak do piątego, bo potem już się nie przejmowałam. Okazuje się, że gwarancja to nie taka fajna rzecz, bo trzeba jechać do określonych miejsc i zazwyczaj nie są one na twojej trasie. W naszym przypadku cofnęliśmy się ponad 1000 km do serwisu.

 

Bywasz wiele tygodni w podróży i nie jest to hipsta vanlife na pokaz, byle zrobić ładną fotkę na Instagram. Ty naprawdę żyjesz na 12 mkw., gotujesz, Tomasz pracuje, mała się bawi. Pewnie są zachwyty, kłótnie, niespodzianki – dobre i złe. Proza życia, ale skondensowana na kilku metrach. Dobrze wam z tym czy tęsknicie czasem za przestrzenią?  

Za domem nie tęsknimy, ja wprost przeciwnie. Podoba mi się, że w 12 mkw. można zmieścić wszystko, co potrzebne. To daje dużo do myślenia i pewnie też dlatego moje mieszkanie jest prawie puste. Co do kłótni, to było ich dokładnie tyle samo, co w domu. Ja lubię mówić to, co myślę i czego chcę, bo dzięki temu unikamy zbędnych konfliktów i nieporozumień. Czasem sobie krzyknę, czasem powiem, że Tomasz musi iść na spacer z Mią, a ja siedzę przez kilka minut i medytuję. Ale w 90% jest fajnie. Lubię, że jesteśmy razem. Po powrocie widzę, jak Mia za tym tęskni. Chciała wracać do przedszkola, a teraz chce wracać razem do dużego autka.

Home is where you park it – to chyba kwintesencja waszego stylu podróżowania. Naprawdę minimalizujecie planowanie, mapy, przewodniki, a dajecie się ponieść chwili, krajobrazom, przypadkom? Bo te czasem zupełnie zmieniają trajektorię waszej podróży. Pamiętam, jak miała być Gruzja, a nagle znalazłaś się w Słowenii.

Każdy, kto mieszkał w vanie, wypowiedział to zdanie choć raz. Ja nie jestem za dobra w planowaniu. Na co dzień widzę przypadkiem jakieś miejsca, którym chciałabym się przyjrzeć i zaznaczam je na mapie. Kiedy mam jechać do konkretnego kraju, tydzień przed wyjazdem szukam ciekawych miejsc. Planowanie ogranicza się do zaznaczenia miejsc na mapie. Potem jeżdżę od miejsca do miejsca, ale to już na bieżąco szukamy noclegu i orientujemy się, co więcej można tam zobaczyć. Dużo miejsc jest całkowicie przypadkowa. Ktoś spotkany po drodze o czymś wspomni, coś zasugeruje. Dostaję również dużo wskazówek od czytelników i wszystkie zaznaczam na mapie. Z tą Gruzją nie wyszło, bo zepsuła się jedna część, którą musieliśmy naprawić w autoryzowanym serwisie, no i okazało się, że trzeba wracać do Austrii, to tak pokrótce. Przez chwilę się nawet zastanawialiśmy czy zawrócić do Gruzji, ale ponieważ za 5-6 tygodni musieliśmy być w Szkocji, to odpuściliśmy. Umiem sobie łatwo wytłumaczyć, że coś nie było mi dane. Mniej więcej tydzień wcześniej znajomi blogerzy kulinarni byli na Słowenii i napisali, że powinnam tam jechać, skoro jestem w okolicy. Tak też zrobiliśmy!

Powiedziałaś kiedyś: jest coś niesamowitego w biwakowaniu na dziko, kiedy znajdzie się już idealne miejsce, ma się wrażenie, że cały świat jest naszym domem. Macie wasze wymarzone miejsca, w których obudziliście się rano, a poranek był jednym wielkim zachwytem?

Tak, nawet kilka, ale to niezapomniane było w Rumunii. Wieczorem przejechaliśmy granicę, znalazłam supermiejsce na biwak w parku narodowym i postanowiliśmy tam dotrzeć. Ciągła jazda pod górę, nagle mgła, no i w końcu zaczęła się wąska kamienista droga z dosyć dużymi kamieniami. Zbyt wąska, żeby zawrócić. Wokoło totalna ciemność i w pewnym momencie nie byłam już pewna, dokąd jedziemy i czy dojedziemy. Zatrzymaliśmy się gdzieś z boku drogi, na około brak jakichkolwiek aut czy namiotów. Tomasz chciał wyjść na zewnątrz i rozejrzeć się z latarką, ale podbiegł jakiś szczekający pies (jest sporo bezdomnych psów w Rumunii), więc po prostu poszliśmy spać. Rano obudził nas widok koni śpiących przy aucie, cudownego lasu, polany, przez którą maszerowały dziesiątki owiec z pasterzem. Siedziałam z kubkiem kawy i ciągle powtarzałam, że właśnie dlatego uwielbiam podróżowanie, dla takich niespodzianek.

 

 

Uwaga trudne pytanie: zachody słońca czy wschody słońca? Jesteś królową poranków. Wstajesz na wschód słońca, robisz kawę, kiedy wszyscy śpią. To kamperowa rutyna, czy w Berlinie też tak masz?

W Berlinie staram się robić podobnie. Wolę wschody, bo nie ma wtedy ludzi naokoło, zazwyczaj mam widok tylko dla siebie. Zwłaszcza latem, gdy słońce wschodzi bardzo wcześnie. Choć zachody są równie piękne. Królową poranków nie jestem, kiedyś spałam ile się da. Jako mama mam mało czasu dla siebie, ale jak wstanę rano, mam go dużo. Bardzo lubię te swoje chwile i dlatego tak chętnie wstaję. To chyba kwestia nawyku. Chociaż ostatnio Mia do mnie dołącza…

A jak się przygotowujecie do tak długich wyjazdów i to z maluchem? Pakowanie, kwestie techniczne: naprawy, przeglądy samochodu. Czarna robota, czy to lubisz? Bo zaczynam cię podejrzewać o to, że już wiesz jak złożyć i rozłożyć silnik.

Zdecydowanie trzeba przygotować auto. Nie mam z tym problemu, bo mój tata ma warsztat, także zawsze nad wszystkim czuwa. Poza tym informujemy przedszkole, sprawdzam, czy mam paszporty i karty i to by było na tyle. Bierzemy tak mało, jak tylko się da. I co roku mam wrażenie, że wzięłam za dużo, bo połowy rzeczy nie używam. Tak jak na przykład maszynka do robienia pasty – co rok ją biorę i nigdy jeszcze nie użyłam. Za tydzień znowu jedziemy w drogę i obiecałam sobie, że jej nie wezmę. Trasę planuje o tyle, że ustalam kraj do którego jadę. Z autem jest tak, że czy jest nowe czy stare, coś w nim pewnie pójdzie. Nam w tym nowym poszło więcej rzeczy niż w poprzednim 25-letnim. Ale to tak naprawdę nie problem. Ważne, by mieć w ubezpieczeniu pokryte holowanie, a jeśli nie trzeba holować, to znaleźć warsztat, lub naprawiać samemu, jeśli się da. Na początku bałam się, że coś się zepsuje i utknę. Po pierwszym razie, kiedy odpadła nam rura wydechowa i udało się to bardzo szybko naprawić, zrozumiałam że to nie jest tak duży problem.

Wiesz, kiedyś myślałam, że samochód to zbiór śrubek i tyle. Zero emocji. Zmieniło mi się, jak po pierwsze mój syn popłakał się ze wzruszenia na filmie Auta, a potem jak odbyliśmy kilka dłuższych wyjazdów samochodem do Włoch i stał się towarzyszem podróży. Jesteś zżyta z kamperem? Wiem, że nowszy zastąpił w tym roku staruszka? Były łzy?

Był okres ogromnej tęsknoty. Ja uwielbiałam swojego starego kampera i już za pierwszym razem trafiłam na takiego, który był idealny pod każdym względem, oprócz zużycia. Przez pierwszy miesiąc podróżowania nowym tęskniłam za starym. Mało to zrozumiałe, bo nowy jest o wiele bardziej wygodny, łatwiejszy i bezpieczniejszy. Ze starym odbyłam pierwszą samotną podróż z Mią i na zawsze zostanie w mojej pamięci. Plus był super fajny.

 

Nie planować za dużo, mieć w sobie zgodę na nagłe zmiany planów, umieć naprawdę dostrzec rzeczy, a nie tylko patrzeć przez okno, znać się na prowadzeniu i podstawowych naprawach. Co jeszcze się przydaje przy takich podróżach?

Tolerancja, zrozumienie i dobra organizacja. Chyba, że jeździ się samemu. Trzy osoby w 12m2 to dużo. Dwie to też sporo. Jeżdżąc z Mią nauczyłam się tolerancji i zrozumiałam, że to ona jest najważniejsza. Jeśli ona nie będzie się dobrze bawiła, to ja też nie. A do tego dobra organizacja, bo ja pracuje w drodze i trzeba to połączyć w rozsądny sposób. Do reszty człowiek się przyzwyczaja, jak na przykład do codziennego rozglądania się za wodą i miejscem do opróżnienia zbiorników. Jak się nie przydarzą przez kilka dni, to nic się nie stanie, ale jak jakiś jest, to zawsze skorzystam.

Jak jest z tym pakowaniem u was? Osiągnęłaś już mistrzostwo świata?

Ja chyba ogólnie nie mam problemu z pakowaniem, bo nie mam za dużo ubrań. Do Nowej Zelandii na miesiąc spakowaliśmy się w jeden plecak: ja i Mia. I niczego mi nie brakowało. Do naszego kampera pakuję się podobnie. W sumie jest on na wpół pusty. Potrzebne są ubrania, które pierzemy po drodze, więc nie jest ich dużo (więcej dla Mii). Kilka rzeczy do łazienki, kilka garnków i talerzy. Jedzenia nie kupuję na zapas, ale tak, żeby kilka obiadów i kolacji było. Jemy prosto, ale smacznie. Jeśli czegoś nam brakuje, to kupię to po drodze. Myślę, że pakowanie, to najłatwiejsza część.

Nie zapytałam o Mię, ale kadry mówią same za siebie. Pełnia szczęścia, swobodnej eksploracji, poznawania nowych miejsc i smaków. A propos smaków muszę ci powiedzieć, że obalasz wyobrażenie, że roadtrip to mielonka i sucha bułka jedzona na kolanie. 12m2, a zdjęcia waszych śniadań wyglądają jak z kulinarnego magazynu dla smakoszy. Jak ogarniasz gotowanie i jeszcze robienie fot przy aktywnej trzylatce?

W tym roku mamy ze sobą Tomasza, co jest bardzo, ale to bardzo pomocne. W zeszłym roku Mia dużo spała, rano do 9-10.00 i zasypiała ok 19-20.00. Trzeba było planować, ale dało się to wszystko zorganizować. Dla chcącego nic trudnego, poza tym, to nie są takie prawdziwe wakacje, muszę pracować. Mam sporo szczęścia z klientami i osobami, z którymi współpracuję. Poza tym 3-latki są super, już rozumieją pewne rzeczy. U mnie fotografia zajmuje najmniej czasu, także to mogę zrobić jak Mia rano śpi, a światło jest piękne. Przy obrabianiu zdjęć i pisaniu muszę się skupić, więc robię to, wcześnie rano lub już w nocy. A jak się zdarzy, że z czymś się nie wyrabiam, to biorę Mię na kolano i tłumaczę, że potrzebuję godzinę czasu. Daję jej kredki lub bajkę i obie jesteśmy szczęśliwe. Podróżowanie z Mią dużo mi uświadomiło, głównie to, że czas z nią jest wyjątkowo cenny, oraz że ona nie będzie wiecznie malutka. Niedługo wybierze towarzystwo koleżanek, więc trzeba korzystać, póki mogę. Ograniczyłam pracę, biorę mniej zleceń, co również pomaga w podróżowaniu.

Czego wam życzyć, oprócz nie złapania gumy po drodze?

Wspaniałych miejsc na nocleg. Uwielbiam rano wychodzić z kawą przez kampera i patrzeć na wschód słońca, mgłę wędrującą po dolinach, rzekę lub fale. Świat to piękne miejsce.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.