Nic mnie nie uwodzi tak jak stado. Wizja gromadki dzieci, bawiącej się na dywanie w dużym pokoju albo śpiącej razem w łóżku wkrada mi się między codzienne myśli. Stado regularnie nawiedza moją wyobraźnie i domaga się realizacji. Jakby mój biologiczny zegar przyspieszył i cykał mi nad głową w tempie przypominającym trzymanie palca na przycisku „play” i przewijaniu do przodu w celu popędzenia maszyny. Ja się nie spieszę, coś we mnie się spieszy.
Kiedy rozwieszam pranie, płacę rachunki, rozładowuję zmywarkę, nagle przychodzi mi do głowy myśl: a może Gniewko? Czasem rzucam do męża: „Gniewosz, ładnie by się zdrabniał”. I wracam do układania w szafce nadal małych, choć już nie najmniejszych skarpetek świata. Bywa, że wpisuję w Google frazy: „najlepsza różnica wieku”, „dzieci rok po roku”, „różnica wieku 18 miesięcy”, „różnica wieku 20 miesięcy”, „różnica wieku 24 miesiące”. Czytam świadectwa kobiet i cofam się do komentarzy z 2010 roku.
Kiedy instynkt macierzyński mnie pochłonie, bywa, że następnego dnia budzę się z myślą: jeszcze poczekam, skończę książkę, skończę zaplanowany reportaż, poczekam do wiosny, a najlepiej do lata. Robi mi się wtedy bardzo smutno. Spływam z deszczem, przez rynnę i opadam smutno na chodnik, wtapiając się w szarość. Więc wracam do myśli, czy to już czas, czy poczekać miesiąc. Decyduję się poczekać. Obliczam jednocześnie dni płodne, sprawdzając, co wyniknie z mojej małżeńskiej ruletki w tym miesiącu.
Forsuję pomysły na imiona damskie, nie możemy z mężem dojść do porozumienia. Dokładamy wieczorami w ramach rozrywki imiona do naszej córeczki, tworząc kolaże: Balbinka i Gniewko, Balbinka i Rebeka, Balbinka i… To nasze hobby, afirmacja i odważne rzucanie okiem w przyszłość, bliską, taką za rogiem. Zaglądamy w nią jak w głęboką wodę, która budzi i lęk, i nadzieję. Wycofujemy się jednak z tego pełnego zanurzenia, mówiąc, że jeszcze poczekamy miesiąc. Jest przecież jeszcze praca, książka, reportaże, ważne wywiady. Rozpisuję prace nad nimi na dziewięć miesięcy.
Oglądam zdjęcia kobiet ciężarnych, kupuję kilka testów, na przyszłość – jak oddam książkę, z pewnością do nich wrócę, w nagrodę za zrealizowanie swojej ambicji, zagram znowu w rodzicielską ruletkę. Realizuję ambicję na przyszłość, żeby móc przez półtora roku bez poczucia winy odwrócić się do kariery plecami. Odmówić sobie szybkiego powrotu do pracy, nie czuć, że wyprzedził mnie cały świat o kilka długości ważnych sukcesów, których nigdy nie nadgonię. Postanawiam więc ich przegonić o kilka długości matczynej pracy po nocach, żeby móc na chwilę wypaść z wyścigu. Przyspieszam z pracą, z rozmachem zgarniam zlecenia.
„Oglądam zdjęcia kobiet ciężarnych, kupuję kilka testów, na przyszłość – jak oddam książkę, z pewnością do nich wrócę, w nagrodę za zrealizowanie swojej ambicji, zagram znowu w rodzicielską ruletkę”.
Moje stado, marzę o stadzie. Obliczam lata, czy zdążę jeszcze z dwójką, proszę Matkę Naturę, żeby była dla mnie przychylna, a jednocześnie nie aż tak żarłoczna. Żeby dała mi jeszcze wyrwać światu kilka sukcesów i trochę pieniędzy, zanim znowu zbliżę się do ziemi i poczęstuję się hormonem miłości. Przyszedł ten moment, kiedy nikt już nie powtarza, że mam jeszcze czas. Więc rzucam w przestrzeń pytanie skierowane do Wielkiej Tajemnicy. Czy ja mam jeszcze czas? Czy mogę iść, czy już raczej biec?





