książki

Nie mogę, trzymam dziecko

Rozmowa z Ksenią Potępą

Nie mogę, trzymam dziecko
Kinga Hołub

Rzeczywistość w początkach rodzicielstwa bywa trudna i wymagająca. Jasne, ale to nie jest cała prawda, a w tej codzienności powodów do uśmiechu jest mnóstwo. Jak patrzeć na macierzyńskie znoje z przymrużeniem oka? Polecamy na początek pośmiać się razem z inną mamą!

„Nie da się być rodzicem idealnym – to zasada numer jeden. Zasada numer dwa – możemy być całkiem niezłymi rodzicami, o ile pogodzimy się z zasadą numer jeden”. Uśmiecham się pod nosem, czytając te słowa. O ile prostsze byłoby macierzyństwo każdej z nas, gdybyśmy trzymały się tych zasad od początku. Uśmiecham się również, nieraz chichocząc, przeglądając debiutancką książkę naszej dzisiejszej bohaterki. Czy ktoś podglądał moją rodzinę 2 lata temu? Przecież bujanie dziecka bez dziecka to nasz klasyk!

„Taka trochę pół matka, pół rysowniczka” – pisze o sobie Ksenia Potępa. Czy rzeczywiście? Ja widzę ciepłą, radosną, refleksyjną mamę dwóch przeuroczych dziewczynek. A także autorkę popularnej strony na FB „Nie mogę, trzymam dziecko”, która właśnie wydała swoją książkę pod tym samym tytułem. Nie widzę tu półśrodków i dróg na skróty! Przy okazji premiery książki porozmawiałyśmy z Ksenią o jej codzienności, pomysłach na rysunki i tym, co wspiera początkujące mamy. A także o tym, czy trzeba mieć supermoce, żeby pracować, będąc z dwójką małych dzieci w domu.

Pamiętasz swój pierwszy rysunek na temat macierzyństwa? O czym był, jak powstał?

Jeszcze w ciąży wiedziałam, że chciałabym rysować komiksy o rodzicielstwie. Tworzę jeszcze jeden komiks (Torbacz Wombat, nieco leniwy, troszkę marudzący, ale przeuroczy zwierzak – przyp. red.) i bardzo zależało mi na tym, żeby po urodzeniu dziecka nie zamienił się nagle w fanpage parentingowy. Jednocześnie chciałam rysować coś w tym temacie. Najlepszym rozwiązaniem było stworzyć sobie na to nowe miejsce. Pomysł nie był mocno sprecyzowany, nie miałam nazwy ani szczegółowej koncepcji, jak to ma wyglądać. Wiedziałam, że chciałabym zrobić coś jak „Psie sucharki”, ale o dzieciach. Pomysł na nazwę przyszedł mi do głowy w środku nocy, jak Mysza miała trochę ponad miesiąc. Obudziłam się, prawdopodobnie na karmienie, ale zamiast nakarmić i iść jak człowiek spać, to przewalałam się z boku na bok. Byłam tak rozemocjonowana nowym pomysłem, że zasnęłam dopiero, jak zapisałam nazwę i naszkicowałam pierwsze trzy rysunki. Później ze szkiców powstały grafiki na stronę, ciężko powiedzieć, który dokładnie był pierwszy. Pewnie któryś o kupie.

Tworzysz głównie czarno-białe ilustracje. W kontrze do kolorowego życia z maluchami?

To bardzo ładna interpretacja, ale jednak ilustracje są czarno-białe z bardziej przyziemnych powodów. Mój drugi komiks jest w pełni kolorowy i od początku wiedziałam, że chcę, żeby projekty różniły się od siebie. Druga kwestia, ta chyba bardziej kluczowa, jest taka, że obrazek bez kolorów powstaje po prostu szybciej. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła zająć się tworzeniem na pełen etat, ale teraz głównie mamuję. Rysuję w krótkich przerwach albo późno w nocy. Na dwa kolorowe komiksy mogłoby nie starczyć mi czasu.

Jak wygląda praca twórcza – od pomysłu do wpisu na FB?

Zaczyna się od dzieci. Moje należą do tych szczególnie ruchliwych i szalonych. Obserwuję, co robią śmiesznego, co mówią. Czasem widząc daną sytuację, wiem, że będzie z niej świetny rysunek. A czasem spędzam kilka godzin z jakąś myślą w głowie. Szukam, jak ubrać w rysunek i śmieszny tekst coś, co się wydarzyło – tak, żeby było to zrozumiałe dla innych. Z rodzicielskimi śmieszkami jest taki problem, że bardzo często to, co nas śmieszy do rozpuku, u ludzi, którzy nie są naszą najbliższą rodziną, wywoła co najwyżej uprzejmy uśmiech. Dana sytuacja wydaje nam się zabawna, bo dotyczy naszych dzieci i prawdopodobnie jej śmieszność wynika z jakiegoś kontekstu, którego inni nie znają. Jak już uda mi się sprecyzować jakąś myśl, to zapisuję pomysł i czekam, aż dzieci pójdą spać. Później godzinę szukam czegoś, co będzie leciało w tle, kiedy będę rysować, najczęściej serialu albo podcastu. Później, jak tylko usiądę do rysowania, młodsze dziecko się budzi i zanim zaśnie, mam sporo czasu na dopracowanie pomysłu. Do rysowania siadam z gotową koncepcją na rysunek i kończę go w 40 minut. Posty najczęściej piszę w ciągu dnia, więc zazwyczaj muszę stoczyć walkę z maluchem, który uważa, że lepiej niż ja wie, co powinno tam być napisane. Później publikuję i gotowe.

A tak od strony technicznej – czy łatwo jest znaleźć czas na rysowanie przy dwójce dzieci? Często udaje ci się narysować coś za jednym razem czy dzielisz pracę na etapy?

I tak, i nie. W ciągu dnia nie mam za bardzo czasu na rysowanie, na pewno nie mam możliwości zrobienia czegoś na już. Za to nadrabiam wieczorami. Śmieję się, że pracuję w godzinach 10.30-12.00 i między 20.00 a 23.00. Bo wtedy śpią moje dzieci. Najtrudniejsze jest to, że nie jestem w stanie sobie precyzyjnie rozplanować pracy. Bo nawet jeśli założę, że będę rysować w czasie drzemki córki, to nie mam pewności, czy akurat tego dnia nie postanowi spać 15 minut zamiast dwóch godzin. Ale też nie jest tak, że w ogóle się nie da. Jak pisałam książkę, wypracowałam sobie taki system pracy, że udało mi się oddać wszystko na czas, bez ani jednego spóźnienia. Dużo pomagają mi „wolne” weekendy, kiedy wysyłam dzieci z mężem do babci i cały dzień tylko rysuję. Kiedyś zupełnie nie potrafiłam dzielić sobie rysowania na etapy. Jak siadałam do rysunku, to rysowałam, aż skończyłam – zdarzało się, że było po 1 w nocy. Później urodziła się Mała, a u niej nie ma przebacz, wstaje się o 6 rano i koniec. Szybko zrozumiałam, że albo nauczę się rysować etapami, albo będę rodzicem zombie.

Dziewczyny przejęły po mamie zainteresowania plastyczne?

Tak, szczególnie potwierdzają to nasze pobazgrane ściany i blaty. Mysza rysuje absolutnie przepiękne dinozaury, księżniczki i księżniczki dinozaury. Z resztą wszystkie bazgroły w książce są autorstwa Myszy. Mała potrafi rysować głównie kółka, ale to niesamowite osiągniecie jak na niespełna dwulatkę. Tak więc, tylko trochę się przechwalając, przyznaję, że jestem ogromnie dumna z obu.

Tworzyłaś wcześniej ilustracje do innych książek. Czy praca nad własną książką różniła się od poprzednich?

Zdecydowanie tak. Przede wszystkim nie musiałam opracowywać wyglądu bohaterów od zera. To może wydawać się nieistotne, ale było mi o wiele łatwiej rysować postacie, które już znam i w których rysowaniu mam wprawę. Też o wiele swobodniej pracuje się, kiedy odtwarza się swoje wyobrażenie danej sytuacji, a nie trzeba interpretować czyjegoś pomysłu.

We wstępie swojej książki napisałaś, że twoim celem nie jest stworzenie poradnika – jednak ja totalnie widzę mnóstwo wspierających treści i wiedzę doświadczonej mamy.

Jest mi bardzo miło, że tak to odbierasz. Pisząc, robiłam wszystko, żeby nie wpadać w takie podręcznikowe tony. Ale też, nawet tworząc codziennie treści na stronę, widzę, że czasem wystarczy podzielić się swoim doświadczeniem, żeby okazać wsparcie. Nic nie podnosi na duchu tak, jak myśl, że nie jest się w tym macierzyństwie tą jedną matką, która nie ogarnia. Każdy czasem przytnie dziecku brodę zamkiem od kurtki.

Czym ciebie macierzyństwo zaskoczyło najbardziej?

W macierzyństwie zaskoczyło mnie wszystko. Nadal łapię się na tym, że coś mnie zadziwia. Ciekawe dla mnie było na pewno to, że ja w dziecku musiałam się zakochać. Nie trafiła mnie ta magiczna matczyna miłość od pierwszego wejrzenia. Dostaje się takiego małego człowieka i w sumie, jak z każdą nową osobą, trzeba najpierw spędzić trochę czasu, zanim się ją pozna. Na szczęście najczęściej spędza się z takim maleństwem 24 godziny na dobę i to zazwyczaj niemal nierozłącznie, więc ten proces idzie dość szybko. A przy drugim dziecku było mi już łatwiej, bo wiedziałam, gdzie tej miłości szukać.

„Miło przecież pomyśleć, że na każdą sytuację, w której nie mogę czegoś zrobić, bo trzymam dziecko, przypada przynajmniej jedna sytuacja, w której nie muszę czegoś robić, bo trzymam dziecko” – to mi brzmi jak manifest matki-optymistki! U ciebie zawsze szklanka jest do połowy pełna?

Zupełnie nie, w naszej rodzinie to ja jestem tą, która zawsze najwięcej jęczy. Chciałabym być taką wiecznie uśmiechniętą matką, tryskającą energią i optymizmem. Ale może też trochę jest tak, że przez to, że sobie pomarudzę, wyrzucę z siebie te wszystkie emocje, to zaraz mogę podejść do trudnych sytuacji z czystą głową. Zawsze staram się w jasny sposób komunikować córkom, w jakim jestem nastroju. Jeśli mam zły humor, jestem zmęczona i smutna, to nie udaję, że jest super. Jeśli potrzebuję płakać, to płaczę. Im też pozwalam przeżywać emocje po swojemu. Moim sposobem na udane rodzicielstwo nie jest optymizm, a raczej niespinanie się bez potrzeby. Wszystko od razu staje się bardziej znośne, jak odkryje się, że czasem może się nam po prostu nie chcieć.

Pełnoprawnym bohaterem rysunków, obok mamy i dzieci, jest tata. Jak to wygląda w waszej rodzinie? Macie swoje „dziedziny” w opiece nad dziewczynkami?

Nie wyobrażam sobie inaczej! To byłoby bardzo nie w porządku wobec mojego męża udawać, że ogarniam to wszystko sama. Nawet pamiętam, że okrutnie mnie wkurzały wszystkie czynności, które przy dziecku mogłam wykonywać tylko ja. Zupełnie to nie zależało od mojego męża, bo chodziło na przykład o karmienie piersią albo te momenty, kiedy dziecko dostaje mamozy i wszystko musi robić z mamą. Ale zawsze miałam poczucie takiego oszustwa, bo przecież to nasze wspólne dzieci. Dlatego od początku wyznaczyłam zadania tylko dla taty i takim sposobem na przykład za kąpiel zawsze odpowiedzialny jest on. Teraz, nawet jakbym sama chciała kąpać dzieci, to one się buntują. Dzielimy się też zabawami. Mój mąż jest specjalistą od wszystkich głośnych i szalonych zabaw. Ja za to pozwalam na wszystkie zajęcia generujące bałagan, malowanie, błoto i lepienie pierogów. I w naszej rodzinie to mąż zna na pamięć wszystkie pesele, daty i to, jaką dziewczyny miały wagę przy urodzeniu.

Twój ulubiony rysunek z książki to…

To trudno wybrać. Naprawdę lubię je wszystkie, ale jeśli już musiałabym zdecydować, to rysunek z rozdziału „tylko się nie śmiej”, na którym dziecko utknęło w zabawkowej kuchence. Uwielbiam w nim to, jak dobrze udało mi się narysować minę mamy. Bardzo też lubię rysunek z rozdziału o zasypianiu w swoim łóżeczku, na którym zaspana mama opiera się głową o tatę, trzymającego dziecko. Widzę miłość na tym obrazku.

Książka Kseni „Nie mogę, trzymam dziecko. Rodzicielstwo bez instrukcji obsługi” jest już dostępna, znajdziecie ją na stronie wydawnictwa Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK.

*

Ksenia Potępa – mama dwóch rozbrykanych dziewczynek, rysowniczka i ilustratorka, świeżo upieczona pisarka. Swój czas dzieli pomiędzy mamowanie a tworzenie dwóch komiksów internetowych: „Nie mogę, trzymam dziecko” i „Torbacz Wombat”. Autorka tekstu i ilustracji w książce „Nie mogę, trzymam dziecko. Rodzicielstwo bez instrukcji obsługi”. 

*

Materiał powstał we współpracy ze Społecznym Instytutem Wydawniczym ZNAK.

Dodaj komentarz