dziecko okiem rodzica

Moje dziecko przeklina

Mówią: psycholog dziecięcy i znajomi rodzice

Moje dziecko przeklina
archiwum domowe

Wulgaryzmy są potrzebne w każdym języku – wzbogacają go, co potwierdzają językoznawcy. Stosowane świadomie, w danym kontekście, pomagają oddać nastrój i rozładować emocje. A co, jeśli klnie dziecko?

Zakląć soczyście i siarczyście zdarza się nam, dorosłym często, ale te same słowa w ustach małych dzieci albo nastolatków wywołują w nas konsternację. Karcić czy udawać, że nie słyszymy? A może spokojnie wyjaśnić, czemu służą „brzydkie słowa”? O to, czemu dzieci klną i jak na to reagować, pytam psycholog dziecięcą Anitę Janeczek-Romanowską*, a znajomi rodzice dzielą się swoimi doświadczeniami w tym temacie.

*

Jak to właściwie jest z tymi niestosownymi słowami – czy w każdej rodzinie może występować inny zbiór wulgaryzmów? Czy przykładowo „dupa” albo „kupa” do nich należą?

Anita Janeczek-Romanowska: Zacznijmy od określenia, czym w ogóle są wulgaryzmy i czym są dla danej osoby. Powszechnie za wulgarne uznajemy te słowa, które nas oburzają, czyli w jakimś sensie naruszają nasze granice. Problem jednak w tym, że owe granice każdy z nas ma w innym miejscu, a dodatkowo często miesza nam się to, co nasze, z tym, co wnosi kultura albo otoczenie. Widać to na przykładzie różnic między krajami, kiedy obserwujemy, że jedno słowo może mieć różny odbiór w zależności od miejsca, ale też czasów, w których żyjemy. Coś, co kiedyś było wulgarne, dzisiaj często już nie jest.

Podany przez Panią przykład „kupy” i „dupy” idealnie odnosi się do tego, że komuś może to się wydawać naruszające i może nazywać te określenia „brzydkimi”, ale tak naprawdę jest to jakiś element oceny, która jest względna. I tu żeby się do niej odnieść, warto znać funkcję tego, że ktoś w ogóle po takie słowa sięga. Część ludzi przeklina, bo pomaga im to zredukować napięcie. Mocne, wyraźne słowa pomagają w regulacji złości, lęku, różnych stanów pobudzenia, bo tak działa nasz układ nerwowy – jednym pomaga soczysta mowa, innym płacz, jeszcze innym skubanie skórek.

W przypadku dzieci przykład z kupą pomaga nam odkryć inną funkcję, jaką jest… rozwój poczucia humoru. Tak! Dzieci w wieku przedszkolnym namiętnie mówią o kupach, dupach, pierdach, bo dla nich to jest zabawne i nagradzające (kiedy inni się śmieją). Dzieci używają też tych słów, bo to oswaja im temat wypróżniania, żywy w wieku przedszkolnym, ale też pomaga uczyć się tego, jak to jest obracać zjawiskiem zasad – co się dzieje, kiedy coś robię, jak inni reagują, co się stanie. Jeśli popatrzymy na te funkcje, to trudno jest myśleć o „kupach” i „dupach” jako o „brzydkich słowach”. Inna sprawa, że ową brzydkość jako ocenę nadają ludzie, i jeśli dupa jest brzydkim słowem, to dlaczego już czupryna albo jęzor nie? Przecież to i to jest opisem części ciała albo wytworów naszego ciała – w przypadku kupy. Warto zadawać sobie pytanie, czy i dla kogo te słowa są niepożądane, czy my w naszej rodzinie chcemy nakładać jakieś tabu na wytwory naszych ciał albo jak chcemy wesprzeć dzieci w tym, żeby używając tych określeń, były też uważne na granice innych osób.

Zatem kwestię „kupy” uznaję za rozstrzygniętą. A co z dwulatkami, które używają mocniejszych wulgaryzmów, często bezwiednie, bo usłyszały „brzydkie” słowa w swoim otoczeniu – jak na to reagować? Karcić, a może udawać, że nie słyszymy?

Tutaj znowu wróciłabym do przyjrzenia się funkcji, a mniej treści. Kiedy dziecko to mówi? Czy w chwilach wzburzenia, bo być może podpatrzyło to jako formę radzenia sobie ze złością? Czy w chwilach łapania kontaktu z nami? A może zupełnie przypadkowo, niekoniecznie mając świadomość znaczenia? Jeśli poznamy funkcję, kontekst, może nam być łatwiej odpowiedzieć i wspierać dziecko w poszerzaniu innych strategii. Pozbywanie się przeklinania bez pokazywania nowych opcji jest często niemożliwe. Jeśli więc my przeklinamy w złości, to dzieci będą się od nas uczyć. Ale jeśli my zdecydujemy się zmienić swoje strategie, to będzie nam łatwiej pokazać dziecku coś innego, czego będzie mogło się nauczyć podobnie jak przeklinania.

Karanie dzieci za przeklinanie to pomysł pułapka – zwykle dzieci uczą się, że jest to mocne działanie i że dorośli mają wokół niego dużo napięcia. Jeśli dzieci używają przeklinania w napięciu, a dorośli reagują swoim, to matematyka napięć jest brutalna – robi się ich coraz więcej, a to nie pomaga w zmniejszaniu przekleństw. Pewnym rozwiązaniem jest ignorowanie przekleństw, ale nie dziecka. Można próbować nazwać to, z czym dziecko się zmaga, a jeśli wulgaryzm narusza nasze granice, dać dziecku o tym znać: „Chcesz to zrobić inaczej? Masz na to inny pomysł? Możesz powiedzieć nie udało mi się albo poprosić o pomoc”. Możemy też dać znać o naszych granicach, mówiąc, że nie lubimy, kiedy dziecko tak mówi (zamiast mówić dziecku, jakie ono jest złe, że przeklina).

Starsze, przedszkolne dzieci przeklinają świadomie – często prowokacyjnie – o czym to jest? Na czym polega „atrakcyjność” tych słów?

Najczęściej o tym, że jest to dla nich skuteczna strategia, a czasem jedyna dostępna. To trochę jak jazda samochodem i wybieranie zawsze tej samej trasy. Jak nie znam innych, a ta jedna prowadzi mnie do celu (a może być nim złapanie czyjejś uwagi, zaspokojenie poczucia przynależności, redukcja pobudzenia), to wybiorę tę drogę. Jeśli ktoś mi pokaże inne, minie sporo czasu, zanim wydadzą mi się równie atrakcyjne. Ale jeśli zadzieje się to w atmosferze wsparcia i poszerzania strategii, jest duża szansa, że dana „trasa” stanie się równie atrakcyjna, a może nawet bardziej niż ta pierwsza. W tej dyskusji warto zwrócić też uwagę na fakt, że dzieci często tworzą swoje słowa, które pomagają im mocno coś wyrazić, ale nie narażać się na krytykę dorosłych. „Kura przez w”, „niech to klops”, „kurka wodna” – i wiele, wiele innych też spełniają konkretne funkcje. Jeśli nie możemy znieść przekleństw w ustach dzieci, możemy razem z nimi poszukać słów, którymi mogą je zastąpić. Ważne, żeby zawsze robić to „na zimno”, czyli nie wtedy, kiedy przy głosie są silne emocje.

Kolejna kwestia to to, że wulgaryzmy mocno wsiąknęły w tkankę naszego języka, są potrzebne, ale trzeba stosować je ostrożnie. Często my, dorośli sięgamy po nie, by rozładować trudniejsze emocje. Czy w takim razie możemy pozwalać na takie rozładowanie starszym dzieciom, nastolatkom, które czują „moc” tych słów?

Pytanie, czy możemy pozwalać, jest pytaniem o granice. Dla jednych będzie to niedopuszczalne, dla drugich zupełnie obojętne. Zapytałabym więc „Czy ja, konkretny rodzic, mam na to zgodę?”. Oprócz granic osobistych są też te społeczne, a na te możemy dzieci uwrażliwiać. Mówić im o tym, że są miejsca, ludzie, sytuacje, w których to może kogoś zranić. Znowu jednak mówiąc, że jakaś strategia się nie sprawdzi, warto rozmawiać z takim starszym dzieckiem o tym, czy jest coś innego, co by mu pomagało w takich sytuacjach, jak inaczej mogłoby wyrazić swoje zadowolenie, rozczarowanie, złość. W dyskusji wokół przeklinania musimy też przygotować miejsce na autentyczność i na to, że są sytuacje, w których wielu z nas nie potrafi powiedzieć inaczej. Jesteśmy teraz w trakcie Euro, odpowiadam na Pani pytania, a połowa mojego bloku wyraża niezadowolenie z gola, jakiego strzelili nam Słowacy. I proszę mi wierzyć, nie słyszę z żadnego okna „ojej, co za pech” (śmiech).

Co, jeśli zdarzy nam się użyć przy dziecku zbyt dosadnych wyrażeń? Jak z tego wybrnąć?

Jeśli chcemy wybrnąć, weźmy za to odpowiedzialność. Nazwijmy sytuację najprościej jak się da, mówiąc o sobie: „Rozpędziłam się! Następnym razem spróbuję inaczej” albo „Wiem, że to było mocne, przepraszam, że tak powiedziałem” – nie przepraszamy wtedy za emocje, ale za to, że sposób ich wyrażenia mógł być naruszający. Wrócę jednak do autentyczności – do tego, że możemy się starać, ale czasem nam się zdarzy. To też dobra okazja do rozmawiania o błędach, potknięciach i o tym, że uczymy się mówić inaczej. Jeśli oczywiście rzeczywiście tak jest, bo te „brzydkie” słowa to bardzo indywidualna kwestia.

*

Skoro wulgaryzmy są żywe w języku – postanowiłam sprawdzić, jak ich temat wygląda u znajomych rodzin. Kiedy dzieci klną? Jakich „brzydkich słów” używają? A może mają własne zastępniki przekleństw? I w końcu – czy rodzicom zdarza się przeklinać przy dzieciach i jak sobie wtedy radzą obie strony? Posłuchajcie!

Mih Michalski – założyciel i CEO Newonce media, tata 4-letniego Miha Juniora

Mih Junior (za miesiąc kończy cztery i pół roku) nie używa jeszcze przekleństw w taki sposób, jak dorośli, na razie jest na etapie potwierdzania, że dane słowo jest „brzydkie” i nie można tak mówić. Co w moim przekonaniu jest troszkę podgryzaniem zakazanego owocu, ale takim przemyślanym i w białych rękawiczkach.

Mój język jest raczej „kwiecisty” i nierzadko pełen emocji, natomiast bardzo staram się, żeby małe uszka nie słyszały zakazanych słów z moich ust. Zdarzyło się to parę razy, kiedy zapominałem się w rozmowie z innym dorosłym, natomiast szybko byłem przywoływany do porządku, bo słuch wybiórczy mojego syna przekleństwa wychwytuje doskonale. Przy takim policjancie muszę się naprawdę pilnować.

Jako ojcu bardzo zależy mi na tym, żeby mój syn wiedział, co jest po co i do czego służy; dotyczy to każdej domeny życia. Rozmawiam z Misiem o emocjach i staram się przepracować z nim sytuacje, w których na chwilę traci swój wewnętrzny spokój, natomiast chyba na tym etapie nie chciałbym, żeby szukał „podpórek” w postaci przekleństw. Pewnie pojawi się to nieco później i – jakkolwiek to w tym przypadku niezręcznie brzmi – naturalnie.

Marta Kulmińska, Client Service Director w agencji marketingowej, mama Celiny (8 lat) i Rysia (3 lata)

Celina, która z natury jest bardzo delikatna i rozważna, nie przeklina, i widzę, jak denerwuje ją, gdy ktoś to robi przy niej. W czasie pandemii niekiedy, chcąc, nie chcąc, słyszała moje rozmowy z zespołem na teamsach czy potem w biurze, gdzie często padały niecenzuralne słowa, i wtedy napominała moich współpracowników, aby nie mówili „kura przez wu”. Rysiek ostatnio miał swój debiut i podczas zabawy, w momencie ekscytacji, krzyknął „o ja pierdolę!”. To są dla mnie trudne momenty, głównie z tego względu, że wiem, że powinnam reagować i być poważna, ale śmieszy mnie to tak bardzo, że ciężko mi zachować powagę. Pytam wtedy syna, czy wie, co to znaczy i dlaczego wybrał akurat to słowo. W tej konkretnej sytuacji był bardzo zawstydzony i widziałam, że wie, że to słowo nie było do końca OK. Nie potrafił też wskazać konkretnej sytuacji, w jakiej poznał to słowo.

W liceum mój polonista uczył nas, że przekleństwa to też język i że nie powinniśmy bać się ich używać, dlatego były dopuszczalne nawet w wypracowaniach czy odpowiedziach ustnych. Może przez to nie mam w sobie nawyku gryzienia się w język, gdy jakaś stresująca sytuacja sprawia, że „kurwa” lub „ja pierdolę” cisną mi się na usta, i nie zmienił tego też fakt, że zostałam mamą. Staram się jednak nie używać tych zwrotów, gdy dzieci są obok, ale też nie obwiniam się, gdy zdarzy mi się przy nich przekląć. Dzieciaki wtedy żywo reagują i zwracają mi uwagę, że brzydko powiedziałam, a ja tłumaczę im na spokojnie, że oczywiście, mają rację i że przepraszam, ale że takie przekleństwo pomaga mi rozładować złe emocje.

Wolałabym, żeby moje dzieciaki nie używały wulgaryzmów, jednak jako że ja nie mam specjalnie z nimi problemu, to byłabym hipokrytką, gdybym im tego zabraniała. Myślę, że w dzieciach nie ma takiej potrzeby werbalizowania złości czy frustracji za pomocą brzydkich słów. Uczymy ich z ich tatą, że nie należy się bać swoich emocji i należy dać im upust, ale wolę, aby raczej sobie pokrzyczały i potupały ze złości, niż bluzgały. Nie będzie też we mnie nigdy zgody i sama nie używam brzydkich słów na określenie innych osób, więc mam nadzieję, że nie będę musiała im tego tłumaczyć.

Strajk kobiet jesienią ubiegłego roku był też dobrą okazją do wyjaśnienia dzieciom tego, że czasem nie ma lepszego języka, aby uświadomić innym swoje niezadowolenie, i że słowa „wkurwiona” albo „wypierdalać” mają dużo większą moc i lepiej oddają nastroje, które towarzyszą temu, gdy ktoś narusza twoje granice.

Dominika Kurska, pracuje przy otwarciu pewnego tajemniczego superprojektu, od 5 lat wychowuje samodzielnie dwójkę: Tosia ma 8 lat, a Bruno 6 lat

Mam dwójkę dzieci o dwóch zupełnie różnych temperamentach. Chociaż oboje znają „brzydkie słowa”, przeklina jedno z nich. Tosia nie klnie – jest raczej opanowanym dzieckiem i radzi sobie z emocjami w inny sposób – w chwilach większych nerwów (które i tak zdarzają się sporadycznie – to chodzące ZEN) marszczy czoło, tupie nóżką, zakłada rękę na rękę i idzie na 5 minut odreagować z dala od ludzi. Bruno to natomiast skóra zdjęta z… matki. Wkurza się zazwyczaj w jednym momencie – budowania z klocków. Nie daj Boże coś w konstrukcji ulegnie przypadkowemu zniszczeniu – rzucenie sowitym KURA PRZEZ W, praktycznie gwarantowane. Jest to jedyny wulgaryzm, jaki można usłyszeć z jego ust, ale tak, zdarza mu się w chwili złości lub bezsilności używać go „odruchowo”. Gdy jest mocno zdenerwowany i chce zabluźnić, a wie że „nie wypada”, przychodzi do mnie i mówi: „mamo, jestem strasznie zły, mogę powiedzieć brzydkie słowo?”. Pytam wtedy, co takiego go tak zdenerwowało, i odpowiadam w zależności od wysłuchanej historii: „o łał, rozumiem, możesz powiedzieć brzydkie słowo”, albo „Brunoooo wydaje mi się, że ta sytuacja nie wymaga takiego komentarza”. Potem przytulam go, uspakajam, tłumaczę – i wszystko wraca do normy.

Należę do osób, które trochę nie panują nad językiem, a wulgaryzmy wychodzą z moich ust dość „naturalnie”. Ale przeklinam jedynie w domu lub w najbliższym, znanym mi otoczeniu – nie przy obcych ludziach, nie na „ulicy”. I nie w sytuacjach niezwiązanych z dziećmi czy do dzieci. Zdarza mi się przekląć, opowiadając o pracy, wydarzeniach z mojego życia dotyczących najróżniejszych sytuacji, znajomych, czy przy potknięciu się i zbiciu paznokcia, bo boli.

Ciężko jest mierzyć wszystkich jedną miarą. Wychowując dwoje dzieci w tym samym domu, w ten sam sposób, mam dwoje ludzi o dwóch różnych osobowościach i charakterach. I o ile moja córka upomina nawet brata, że NIEŁADNIE TAK MÓWIĆ!, tak mój syn w ten sposób z pewnymi rzeczami sobie radzi. Akceptuję to i rozumiem, bo też tak mam. Byłabym niezłą hipokrytką, bluźniąc, a od dzieci wymagając totalnego trzymania buzi na kłódkę. Ciężko mi to opisać, ale wulgaryzmy z ust syna nie mają formy… agresji. On zdaje sobie sprawę, że „TYCH” słów nie należy używać i nie powinny być wypowiadane przez dziecko, ale czasem mu się zdarzy. Nigdy też nie krzyczę na niego w tej sytuacji. Jeśli padnie brzydkie słowo, staram się wyrazić dezaprobatę raczej swoją miną i drobną uwagą, ale w łagodny sposób. Przede wszystkim chcę, żeby moje dzieci znały zasady panujące na świecie, dostosowały się do przyjętych norm, ale żeby w domu czuły się swobodnie. Czy to dobre czy złe? Nie wiem, nie znam recepty na idealne macierzyństwo, zobaczymy jak podrosną!

ELIZA KRAKÓWKA, FOTOGRAFKA MAMA DWÓCH NASTOLATEK: MICA MA 12 lat, a Suzu 11 lat

Przy mnie córkom zdarza się przekląć, jak się ze sobą kłócą, ale mam tego świadomość, że inaczej jest przy mamie, a inaczej przy rówieśnikach na chatach czy w szkole. Mam wrażenie, że tam przeklinaniem chcą zaznaczyć swoją „dorosłość” i niezależność. Ja wychowałam się w domu, w którym nikt praktycznie – o dziwo – nie przeklinał, i zwracam im uwagę, kiedy to robią. Szczerze mówiąc, kompletnie mi to nie pasuje do mowy dzieciaków, staram się im przekazywać, że jest wiele innych słów na wyrażenie swoich emocji. Dziewczyny mają też trochę swoich zastępników: mają tego trochę, śmieszne słowa powstają na bieżąco, w potrzebie chwili. Coś w rodzaju: „wypierpapier”, „spierdalta”, „kura przez w”, „kuźwa” etc. Teraz jest też faza po angielsku (śmiech).

Staram się nie przeklinać przy dzieciach, mam chyba naturalnie wbudowany stoper w tej kwestii. Chociaż nie jestem święta, zdarza mi się kląć, jak się na coś mocno wkurzę, czy kiedy poczuję bezsilność w jakiejś sytuacji, ale zdecydowanie więcej przeklinam przy koleżankach.

Nie jestem fanką rozładowywania napięcia dzieci w formie przeklinania – jestem OK, jeśli to się zdarzy raz na jakiś czas, ale na pewno nie wtedy, kiedy staje się to jakąś normą, przecinkiem w zdaniach czy przy każdym stresie. Jest mnóstwo lepszych sposobów na rozładowanie emocji.

ROBERT TRACZYK, PEŁNOETATOWY PODRÓŻNIK z THE BIG FIVE FAMILY, TATA LEONA (11 LAT), TYMKA (9 LAT) I TYTUSA (5 LAT)

Oczywiście, że zdarza się przeklinać naszych słodkim chłopaczkom. Nauczyliśmy ich. Przez obserwację nabyli umiejętności rozładowania zmagazynowanej złości poprzez siarczyste przekleństwo. Najczęściej cedzone przez zęby albo warknięte w kierunku rozmówcy. Co ciekawe, w naszym przypadku rzadko zdarzają się przekleństwa po polsku. Chłopcy używają słowa „fuck” notorycznie. Przykłady? „Hey, Dan, you remember, you fucked up the pizza yesterday?” lub o poranku “Its fucking hot today”. Słowo „fucker” jest na czarnej liście. Zwyczajnie nadużywali go w kontaktach ze starszymi kolegami (mam tu na myśli dorosłych podróżników w naszym otoczeniu, których witali „hej, fucker”) i poprosiliśmy ich, żeby tego nie robili. Jesteśmy nieco zmieszani, ale jednocześnie znajomość angielskiego, jaką nabyli, napawa nas dumą. Przekleństwa są częścią języka. Chłopcy nauczyli się go od ludzi wokoło. Naturalnie. Tę umiejętność też cenimy.

Raz jedyny zdarzyło nam się słyszeć, żeby jeden z naszych synów wyzwał drugiego. Byłem wtedy zdruzgotany, bo nie używaliśmy takiej obelgi, ani w ich obecności, ani w ogóle. Wiedziałem, że musieli to usłyszeć w szkole, i to sprawiło, że ręce mi opadły. Taka sytuacja się nie powtórzyła. Może z braku kontaktów z rówieśnikami w szkole konwencjonalnej albo dlatego, że darzą się dużym szacunkiem na co dzień. Jesteśmy też wyczuleni, czy treści, jakie docierają do nich z internetu, nie zawierają niecenzuralnego języka. Leona zapytałem o przekleństwa, spisując te obserwacje, i powiedział, że zna, ale nie chce ich używać. Nawet gdybyśmy słyszeli, że przeklęli, a byłby powód, nie bylibyśmy źli. My też nie dusimy złości w sobie.

Maria Bator – stała autorka na Ładne Bebe, nauczycielka przedszkolna, mama Mili (14 lat) i Tadzia (12 lat)

„Tadziu, zdarza ci się przeklinać?” – pytam syna. „Czasami, kiedy jestem z kolegami” – odpowiada. „A co wtedy mówisz?”. „Słowo na F”. „Słowo na F?” – dopytuję. „No, na fa…” – objaśnia. „Fa?” – zachodzę w głowę. „Fuck, mamo”. Maskuję uśmieszek. W sytuacjach domowych zdarza się moim dzieciom powiedzieć, że coś jest do dupy, wtedy koryguję, że co najwyżej do pośladków. Jeśli komuś się wymsknie „kurde”, sprawdzamy w Google, kim są Kurdowie. Czyli wychodzi na to, że przeklinanie mnie niewychowawczo bawi. Kajam się. Jest jednak u nas absolutny ban na obraźliwe określenia wobec innych osób. Wtedy poczucie humoru odwieszamy na kołek. Moje dzieci mieszkają razem w maciupeńkim pokoiku i zdarzają się dramatyczne kłótnie. Starsza Mila potrafi wtedy polecieć, nazwać brata idiotą/debilem/głupkiem… Nie ma na to zgody. Podobnie jest w sytuacjach, kiedy rozmawiamy o osobie trzeciej – niesympatycznym koledze, niewydolnym nauczycielu. Można krytykować czyjeś zachowanie bez obrażania człowieka. Tadziu i Mila uczestniczyli w kilku Strajkach Kobiet, mogli się więc zanurzyć po uszy w wulgarnym języku demonstracji i odczuć, jak to jest, kiedy gniewowi towarzyszy agresja. Dla całej naszej trójki ten aspekt strajków był trudny.

Do poziomu Obajtka mi daleko, ale zdarzyło mi się powiedzieć, że coś jest zajebiste albo zamemłać „kurwa” przy kipiącym na całą kuchnię garnku. Mila uczy mnie zastępników. Znacie słowo „jedwabiście”? Ojciec moich dzieci bardziej pilnuje kultury języka. W najgorszych chwilach gniewu ciśnie przekleństwa jak z dziewiętnastowiecznej powieści. „Psiakrew” i „co za baran” świadczą u niego o wysokim poziomie emocji.

Chciałabym po prostu, żeby moje dzieci świadomie używały słów. Wiedziały, co mówią, były za swoje słowa odpowiedzialne. Żeby język był narzędziem, którym się sprawnie posługują. Żeby umiały trafnie przekazywać myśl drugiemu człowiekowi, żeby wiedziały, jak nazwać własne emocje. Czasami przekleństwa są potrzebne, na znak swojej bezradności. Ktoś mi kiedyś powiedział, że przeklinanie jest symptomem tchórzostwa, i coś jest w tej myśli ładnego. Że naprawdę silny, odważny człowiek nie musi przeklinać. Lubię myśleć o języku jako o istocie, o którą się należy troszczyć. Karmić ją pięknem, harmonijnym rytmem, precyzyjnymi określeniami. A przekleństwo i wulgaryzm czasami, bardzo rzadko, ale jednak potrafią być piękne i soczyste.

KAROLINA SZYMAŃSKA I MARIUSZ ZIELONKA – TWÓRCY rodzinnego bloga podróżniczego Our little adventures, rodzice Manii (7 lat), Jaśka (5 lat) i Basi

Nasze starsze dzieciaki – 7-letnia Mania i 5-letni Jasiek – jeszcze tak naprawdę przeklinać nie zaczęły. Na razie są na etapie pytania nas o znaczenie słów, które gdzieś u kogoś usłyszały. Co ciekawe, intuicyjnie wiedzą, że coś jest „brzydkim słowem” i „tak raczej nie mówimy”. To fantastyczne doświadczenie widzieć, jak język dziecka kształtuje się w czasie, kiedy kilkulatek odkrywa kolejne warstwy znaczeń, zauważa coś, do czego wcześniej mózg na innym etapie rozwoju nie miał dostępu.

Wychodzimy z założenia, że jeśli to my, rodzice, wyposażymy dzieciaki w różnego rodzaju kompetencje, ustawimy ramy, a zamiast zakazów sami będziemy żyć tak, jakbyśmy tego oczekiwali od dzieci, to prędzej czy później dzieciaki załapią to, o co nam chodzi. Na razie jesteśmy na stosunkowo łatwym wychowawczo etapie (o ile jakikolwiek etap taki jest!), nasze dzieci są jeszcze małe i nie mają tak silnych potrzeb przynależności do jakiejś grupy rówieśników. Może poza potrzebą posiadania różnych dziwnych zabawek, które zobaczą u koleżanki czy kolegi z przedszkola. Nasze rodzicielskie zdanie jest dla nich najważniejsze. Marianka i Jasio znają moc wulgaryzmów, wiedzą, że jeśli bardzo się zdenerwują i będą czuli potrzebę użycia jakiegoś mocniejszego słowa, to mogą to zrobić. Ale na razie nie słyszeliśmy jeszcze, by to się wydarzyło. A jak będzie w przyszłości, to się przekonamy.

Czasem zdarza mi się krzyknąć „cholera” albo powiedzieć „no i dupa”, jak coś nie wyjdzie, albo stracę do czegoś cierpliwość. Dzieci doskonale widzą, że dzieje się to w emocjach i że to są słowa, które wykrzykuję tylko w takich sytuacjach. To niesamowite, że dzieciaki naprawdę to czują. Nie chcemy chować naszych dzieci pod kloszem, udawać, że czegoś nie ma, zwłaszcza, że bardzo szybko są w stanie to zweryfikować poza domem. Wystarczy, że usłyszą coś od kolegi w przedszkolu czy na ulicy. U nas nie ma tematów tabu. O wszystkim z naszymi dzieciakami rozmawiamy – czasem rozkładamy na czynniki tzw. brzydkie słowo, czasem gadamy o tym, dlaczego ktoś nie ma domu i brzydko pachnie, a innym razem dywagujemy o tym, co by było, gdyby zamieszkał z nami diplodok. Dzieci są po prostu wszystkiego ciekawe. I to jest najfajniejsze!

Rodzice, a jak w waszych domach wygląda kwestia przeklinania? Jak reagujecie, kiedy wasze dzieci posługują się „brzydkimi słowami”? Dajcie znać w komentarzach.

*Anita Janeczek-Romanowska – psycholog dziecięcy, autorka strony o psychologii dziecka bycblizej.pl, współzałożycielka Ośrodka wsparcia i rozwoju Bliskie Miejsce w Warszawie.

Dodaj komentarz