Madame Mama

Poznajcie Mimi Thorisson

Kobieta, której wszystko w życiu się udało. Ośmioro dzieci, bajkowy château na południu Francji, na koncie bestsellerowe książki kucharskie. Spełniona, prowadząca wyestetyzowane slow life, inspirująca na każdym polu. Mimi Thorisson nazywana jest blogerką, której wszyscy zazdroszczą, i nas to zupełnie nie dziwi!
Czy można, żyjąc z gromadką dzieci i psów w maleńkiej wsi, zostać ambasadorką Armaniego? Można, jeżeli jest się Mimi Thorisson, autorką kultowego bloga Manger i kilku książek o rustykalnej francuskiej kuchni. Rano spacer po różanym ogrodzie, po południu krojenie pachnących pomidorów na sałatkę, w kuchni przypominającej scenerię z filmu „Vatel”… Jeśli istnieje wyobrażenie o idealnym życiu, w otoczeniu piękna i w zgodzie z naturą, to jest to właśnie życie Mimi. Jak udało jej się stworzyć ten francuski raj na ziemi?

*

City girl na wsi

Droga do idylli była skomplikowana i ryzykowna. Wszystko zaczęło się około roku 2008. Mimi mieszkała w Paryżu i wiodła aktywne życie, obracając się w świecie mediów i pracując jako krytyk kulinarny. Pewnego dnia jej mąż Oddur, islandzki fotograf lajfstajlowy, zaproponował wyprowadzkę na wieś, setki kilometrów od Paryża. Wahali się, ale znaleźli nieruchomość, w której się zakochali. Tak Mimi zamieniła Louboutiny na parę kaloszy, osiadając w malowniczym domu pośród winnic regionu Médoc. Decyzję o założeniu bloga podjęła spontanicznie. Jeść i gotować lubiła od zawsze, a odwiedzający ją znajomi będąc pod wrażeniem jej kuchni, zasugerowali, by dzieliła się przepisami online. Założyła więc konto na Instagramie, na początku mając zaledwie 60 fanów – samych przyjaciół. Pewnego dnia Oddur sfotografował iPhonem islandzkie ciasto, które upiekła według przepisu teściowej. Fotografia z obsypanym kwiatami śmietanowym tortem okazała się hitem internetu z dnia na dzień, zapewniając Mimi popularność. Dzięki garden cake powstał blog, pojawiły się tysiące fanów, nadeszły propozycje wywiadów i kontraktów na książki kucharskie. A był to dopiero początek drogi! Kilka lat później inne zdjęcie, też wykonane iPhonem przez Oddura, przedstawiające Mimi karmiącą piersią w hotelowym łóżku, trafiło… na okładkę „Vogue Living”.

*

Smak życia

Jestem bon vivantem – podsumowuje Mimi, a zapytana o swoją posiadłość z XIX wieku, która dawniej służyła za hotel, dodaje: Mój dom jest wypełniony szczeniaczkami, kwiatami i pysznym jedzeniem. Jedzie na targ po kwiaty cukinii, i do sąsiada pszczelarza po świeży miód. Gotuje pastę z 36 żółtek, piecze ciasto czekoladowe z solonym masłem. Albo pakuje kosz piknikowy, zawozi rodzinę i psy nad ocean, na pustą plażę z wydmami. Potem na obiad jedzą ostrygi. Jej dzieci w naturalny sposób uzupełniają ten smakowity obraz – dziewczynki pomagają w kuchni albo zbierają owoce w sadzie, starszy syn uczy się nalewać wino.

*

Dzieciństwo na salonach

Mimi urodziła się w Hongkongu, jako córka Francuzki i Chińczyka. Tata zabierał ją do dobrych restauracji i uczył doceniać wyrafinowane potrawy. Ten styl życia Mimi i jej mąż Oddur praktykują i dziś – stale dzielą się zdjęciami z knajp odwiedzanych z dziećmi, we Francji, Hiszpanii, czy we Włoszech. Wydawałoby się, że eleganckie restauracje i kelnerzy w białych uniformach to otoczenie zbyt wyrafinowane dla dzieci. Ale nie dla małych Thorissonów! Wino czasem się rozleje, dzieci czasem usną z nosem w talerzu – to nic. Liczy się joie de vivre! Dzięki stałej obecności w kuchni maluchy przyzwyczajone są do próbowania wszystkiego. A słodycze? Nikt się nimi nie przejmuje. Gdy les enfants zamawiają u mamy tartę jabłkową, dostają ją na podwieczorek po szkole. W środy ciasto i popołudniowa herbatka w bawialni to rzecz niemal obowiązkowa! Zdaniem Mimi ilość sezonowych warzyw, orzechów i grillowanych ryb, jakie zjadają każdego dnia, równoważy cukier i tłuszcz w deserach. I jak to we Francji, nikt nie widzi problemu, że owoce do ciasta marynowały się wcześniej w rumie czy koniaku.

*

Głodni wrażeń

Rodzina Mimi kocha nie tylko uczty kulinarne, ale też uczty kulturalne. Celebrują dziedzictwo Francji, rozbudzają apetyt na klasyczne europejskie przyjemności, takie jak zwiedzanie starych zamków, smakowanie lokalnego wina, czy przechadzki po malowniczych zakątkach. A to wybierają się jeepem przez Masyw Centralny do Włoch, a to jadą na lokalny konkurs przycinania winorośli. W inny weekend zwiedzają antyczny ogród na Isola Bella, czy pływają po Wenecji. Takie rodzinne przygody oferują też innym. Na każdych warsztatach organizowanych przez Mimi, oprócz nauki gotowania rodzinnych, bogatych i wykwintnych posiłków – jak opisuje swoje potrawy autorka – jest też organizowane zwiedzanie najpiękniejszych posiadłości w okolicy, wizyty na farmach kwiatowych czy u winiarzy. Dewizą twórczyni bloga Manger jest czerpać z życia garściami, a praca, jaką oboje z mężem wykonują, to umożliwia. Nie ma chyba lepszego połączenia zawodowego małżonków blogerów, niż stylistka z lekkim piórem i fotograf.

*

Zakochani w Italii

Niedawno Mimi podjęła nowe zawodowe wyzwanie – napisanie książki o kuchni włoskiej. Podeszła do tematu w sposób tak zaangażowany, że… przeprowadziła całą rodzinę do Turynu! Jej włoską przygodę można było śledzić na Instagramie. A polegała ona głównie na przesiadywaniu w najlepszych knajpach Ligurii, zbieraniu z dziećmi orzechów na farmach w Piemoncie (ojczyzna Nutelli) i zjadaniu sycylijskich ciast z gorzkich pomarańczy na śniadanie. Jednym z ulubionych zajęć Mimi Thorisson jest rodzinne robienie zakupów na lokalnych targach spożywczych, gdyż jak twierdzi, to wtedy można dowiedzieć się najwięcej o produktach, z których potem powstają wyśmienite potrawy. Gdy dzieci były zajęte – Thorissonowie zupełnie spontanicznie przepisali je do włoskich szkół – Mimi spędzała dnie w bibliotece Turyńskiej studiując historyczne przepisy. Wpuszczono ją nawet do zamkniętej dla zwiedzających kuchni królewskiego Palazzo w Turynie, by mogła przyjrzeć się rzeczywistości, w której od stuleci dopracowywano najlepsze przepisy na gicz cielęcą ossobucco i inne włoskie przysmaki.

*

Moda przemija, styl trwa wiecznie

Dla Mimi cierpliwość jest kluczem do wszystkiego – w kuchni, i w wychowywaniu dzieci. Jej metoda, to nie zadawać sobie zbyt wielu pytań, nie powątpiewać we własne możliwości i działać. Jestem zdecydowanie rannym ptaszkiem. Uwielbiam poranek i poczucie, że cały dzień przede mną. Uważam to za niesamowicie motywujące samo w sobie! Gdy mówi to matka kilkorga maluchów, które zasypiają w swoich pokojach, ale budzą się już grupowo, w jej małżeńskim łóżku, można naprawdę zastanawiać się, skąd czerpie siłę. Liczy się równowaga. Musi być czas na dzieci, czas na gotowanie, czas na pracę – mówi. Docenia też drobiazgi. Jestem szczęściarą, moje dzieci ubierają się w to, co im daję i nie grymaszą – stwierdza z zadowoleniem. Trzy najmłodsze córki od kilku sezonów są modelkami francuskiej marki Bonpoint. To małe elegantki, przeważnie wystrojone w sukienki. Oczywiście ubrania dla dzieci Mimi zamawia online, bo na wiejskich bezdrożach Médoc próżno szukać choćby jednego nowoczesnego sklepu. Gaïa, Louise i Audrey często noszą też rzeczy vintage, kupione na targach staroci, jakich we Francji nie brakuje. Jestem trochę staroświecka. Lubię, gdy dzieci wyglądają ponadczasowo, jak ze starych obrazów – wyznaje Mimi. A jak nosi się Madame Thorisson? Zawsze lubiłam czuć się kobieco. Styl przejęłam od mojej mamy, Francuzki. Rano noszę sukienki i baleriny, wieczorem wolę wysokie obcasy. Taka już jestem, i tak wyglądam każdego dnia, nawet w ciąży i tuż po porodzie – opowiada beztrosko w jednym z wywiadów.

*

Poród domowy

À propos porodów – Mimi urodziła sześcioro dzieci, pozostała dwójka to dzieci jej męża. Najmłodszy Lucien przyszedł na świat, trochę niezgodnie z planem, w sypialni domu w Médoc. W doświadczeniu porodu domowego, najbardziej przeszkadzał Mimi fakt, że po wszystkim konieczny okazał się pobyt w szpitalu na kilka dni. Nie znoszę plastikowych podłóg! – napisała wtedy na blogu. Kilka dni później cała rodzina z typowym dla siebie rozmachem szykowała już epicką ucztę na patio, z malutkim Lucienem na rękach.

*

Jedz, nie narzekaj i kochaj

Mimi Thorisson rzadko wspomina o niepowodzeniach. Zdarzyło się, że przyznała się w Insta Stories do urazu pleców, jednak bez użalania się nad sobą. Jako dziecko spędzałam wakacje u mojej francuskiej babci i cioci. Ciocia została wdową z małymi dziećmi bardzo wcześnie. Pomimo tego, zachowywała pozytywne nastawienie, uśmiech i energię do życia. Do dziś pozostaje moją wielką inspiracją – opowiada o swojej rodzinie w wywiadach. Choć optymizm i dobra energia to jej znak rozpoznawczy, zdarza się, że musi odpierać gorzkie ataki ze strony rozżalonych internautów. Zarzucano jej promowanie wielodzietności w fałszywy, wyidealizowany sposób. Nie podobało się także to, że pani Thorisson prezentuje etos wiejskiej gospodyni zarabiającej na blogu, zamiast kobiety rywalizującej z mężczyznami na stanowiskach kierowniczych. Mimi napisała wtedy o swojej życiowej drodze. Skończyła studia biznesowe w Londynie, i jak twierdzi, gdyby chciała, mogłaby zrobić karierę w jednej z wielu korporacji, bo pracowała między innymi dla CNN. Ale wybrała życie wolnego strzelca i zarazem życie matki. Jej warsztaty kulinarne Manger odwiedza wyjątkowe, jeśli nie specyficzne grono. Przyjeżdżają kucharze celebryci, studenci z całego świata, ludzie którzy wygrali kulinarne talent shows, ale też zamożne emerytowane kobiety sukcesu. Był nawet amerykański kongresmen! Dzieje się tak, bo doświadczenie, które sprzedaje pani Thorisson, to prawdopodobnie największa inspiracja, nie tylko dla kucharzy i matek, ale dla każdego, kto marzy by pasja stała się treścią jego życia.

*

Czujecie się zainspirowane taką bohaterką? Kogo wy podglądacie?

Blog Mimi znajdziecie tu

Instagram jest tu.

9 komentarzy

  • Jo:

    Nie, nie czuje się zainspirowana:) Wszystko brzmi pięknie, ale mało wiarygodnie, chyba, że bohaterka artykułu ma tabun osób do pomocy, o których tu nie ma ani słowa:) Intensywna praca, częste wyjazdy, mąż fotograf, chateau, slow life i ośmioro dzieci – jakaś ściema:) I to właśnie takie prezentowanie siebie i innych w mediach powoduje, że kobiety mają problem z samooceną i są wiecznie z siebie niezadowolone. PS. Ale zdjęcia przepiękne:)

    Odpowiedz
    • Wszyscy lubimy opowiadać bajki o sobie. Mimi pewnie też lubi. Może ma ładniejsze tło, może ma sztab ludzi do pomocy, może ma więcej szczęścia, bo umiała o nie zadbać. Ale jestem pewna, że wieczorem – jak każda z nas – zmywa makijaż, patrzy w lustro i ma kilka ważnych pytań do siebie.

      Odpowiedz
    • digi:

      Jo, dokładnie. I tylko można sobie popsuć samopoczucie, bo mam tylko 2 dzieci, a dziś w pracy wyglądam jakbym miała mopa na głowie, mam pomalowane do połowy paznokcie i trochę przysypiam. I wiem, że muszę wrócić do domu i zasuwać dalej, byleby wyrobić się ze wszystkim przed 22 i mieć chwilę na kąpiel albo 20 stron ksiażki…

      Odpowiedz
  • Pola:

    Dlaczego od razu „ściema”? Trójka z ośmiorga dzieci jest dorosła i pomaga w domu. Reszta chodzi do szkoły i przedszkola. Mąż ma wolny zawód, jest praktycznie ciągle na miejscu. Na wsi zyje się wolniej, gotuje z tego co wyrośnie w przydomowym ogródku… często przyjeżdzają wolontariusze i pomocnicy do kuchni – czy oni tez ściemniają pokazując backstage z tego domu? Chateau jak chateau – piękny po prostu. Mnie się podoba, że Mimi Thorisson nie prasuje sobie zmarszczek mówi ile ma lat i nie użala nad sobą. To nie opowiadanie bajek, ale pokazywanie tego co w życiu najlepsze. Wcale nie wyklucza, że kobieta może mieć gorsze dni.

    Odpowiedz
  • Dominika:

    słyszalam o tej pani, pojawai sie czesto w blogosferze-cóż, można uznać za piękne i jak to w życiu, dostępne bardzo nielicznym. Jako nastolatka po wakacjach we Francji u znajomych -właścicieli podobnego chateau sama zaczęłam marzyc o takim życiu. Milo popatrzeć, apotem wrócić do swojej zgrzebnej rzeczywistości.

    Odpowiedz
  • miki:

    Świetny projekt rodzinny, dobrze prosperująca firma uwzględniająca odbiorcę. Rodzina ta po prostu pracuje i serwuje nam zdjęcia ze swojego życia. Wszystko jest przemyślane, zaplanowane i na pewno nie spontaniczne. Taki mają pomysł na życie więc trudno spodziewa się tu czegoś rzeczywistego….Pracują solidnie, a my przecież się nie nabierzemy że to takie migawki z codziennego życia…:) Filmowe kadry, profesjonalne zdjęcia, przemyślane narracje to nie opowieść przypadkowa….:)

    Odpowiedz
  • Martyna:

    Piękne zdjęcia, czemu nie wzbić się poza swoją codzienność bez porównywania, i po prostu podpatrzeć jak żyje ktoś inaczej od nas ? A przy okazji skorzystać z przepisu kulinarnego.

    Odpowiedz
  • Monika:

    Szczerze wyznam, że ja nie. Inspiruja mnie kobiety bardziej współczesne, wnoszace więcej do społeczeństwa. To, czym zajmuje się Thorisson, jest dla mnie zbyt błahe. W gruncie rzeczy jest to kobieta XIX-wieczna, kuchnia, dzieci, chałupa 😉 W niczym mi jej egzystencja nie przeszkadza, każdemu według potrzeb, natomiast uważam za ważne podkreślanie, że wystylizowane życie z insta jest wystylizowanym życiem z insta. Bo potem Markle po porodzie wychodzi z brzuchem i jest sensacja, że z brzuchem ;))) Ja też lubię ładne obrazki, bardzo, ale doświadczenie uczy, że pozostawiane bez komentarza miewaja czasem destrukcyjny wpływ społeczny. Szczególnie na mniej doświadczona czy rozumna, czy po prostu młodsza część odbiorców.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.