Fiona z Australii

Czyli mama, która wspiera

W styczniu odkrywam, że szarość może mieć stanowczo zbyt wiele odcieni, które ochoczo i po brzegi wypełniają dzień od rana do nocy. Tym chętniej wirtualnie odwiedzam dziś kontynent, który z naszej zimy sobie kpi pod nosem serwując nam piątkę roześmianych chłopaków w kolorowych szortach. Z lodami w ręku i w drodze na basen. Czytacie dalej?

Nie czas tu na zazdrość, bo gdy do nas zawita lato, w Australii wyciągną kurtki i ostentacyjnie zakręcą szale wokół szyi. Cieszę wiec oko kolorem i ciepłem, jakie bije z australijskich kont instagramowych, niech słońcem i pogodą ducha zarażają zziębniętą część Europy. Dziś w serii spotkań z mamami na świecie rozmawiam z Fioną, mama piątki synów. Tak, piątki – czterech mieszka z nią w Wiktorii, a dwudziestolatek już opuścił rodzinny dom. Zresztą chyba nie zmieściłby się na tych kafelkowych kadrach, bo chłopaki nieźle tu się ustawiają w szeregu i… zawstydzają zawartością swojej szafy. Nie o ilość tu chodzi, ale o kolor. Cudownie, że płeć nie wymusza zakotwiczenia w palecie granatów i szarości (jak warszawskie niebo), ale tryska różem, czerwienią, czy turkusem.

Fiona zajmuje się domem na pełen etat i gdy patrzę na zdjęcia jej synów, widzę niesamowitą komitywę, możliwą tylko między braćmi. Ale nie o kolorze i modzie z nią porozmawiam, choć mogłaby zainspirować w tym względzie niejedną z nas. Styczeń to miesiąc, w którym na Ładnebebe odmieniamy przez różne przypadki słowo wsparcie. Czasem boimy się po nie sięgać, my siłaczki! Fałszywie oceniamy sytuację, wmawiając sobie, że przecież my, czy nasze dziecko profesjonalnego wsparcia nie potrzebuje. Boimy się wyjść na nadopiekuńcze matki. Fiona obserwując niepokojące zachowanie pięcioletniego syna z uporem szukała wsparcia, pukała do drzwi pedagogów szkolnych, logopedów i psychologów, domagając się potwierdzenia jej wewnętrznych przeczuć. Autyzm nie zawsze jest łatwy do zdiagnozowania. Wynik, jaki dostała w tym roku zakończył etap błądzenia we mgle, a rodzina otrzymała konkretne wskazówki jak chłopca wspierać w nieco innym przeżywaniu i odczuwaniu świata zewnętrznego.

 

Czy diagnoza była dla was ulgą?

Życie z autystycznym dzieckiem przypomina trochę kolejkę górską. Raz jest spokój i zupełnie zwyczajny dzień, innego dnia każda minuta jest wyzwaniem, wszystko do góry nogami. W tym roku u małego potwierdzono zaburzenia autystyczne i w pewnym sensie była to dla mnie ulga. Nie dlatego, że zabiegam, by traktowano go inaczej. Jako matka czułam, że coś jest nie tak, ale myślałam sobie czy ja może nie czy przesadzam? Gdy opowiadałam znajomym o jego zachowaniu, często mówiono mi „on z tego wyrośnie, daj spokój” albo „to po prosty typ nieśmiałka”.

Słowa, które mają pomóc, a działają wręcz odwrotnie?

Tak! Ludzie myślą, że są to słowa wsparcia i otuchy, że poczujesz się lepiej. Przeciwnie. Czułam się gorzej, bo ja naprawdę czułam, że to nie jest zachowanie typowe dla dzieciaka w jego wieku. Z drugiej strony biłam się z myślami, czy uruchamiać machinę doradców, psychologów, bo nie chciałam wyjść na matkę nadopiekuńczą. Dziś mogę doradzić każdemu: jeśli coś niepokoi cię w zachowaniu dziecka, poradź się specjalisty, pediatry. Po prostu zaufaj własnemu macierzyńskiemu instynktowi, 9 na 10 razy się nie pomylisz.

Co ciebie najbardziej zaniepokoiło w zachowaniu Jacka?

Najbardziej martwiło mnie, że prawie w ogóle nie okazuje emocji i nie szuka też kontaktów z innymi dziećmi. A mówimy o przedszkolaku! Wiedziałam o jego wrażliwości sensorycznej – przy zbyt dużej ilości bodźców od razu wpadał w histerię. Nie do końca też rozumieliśmy skąd u niego tak silna potrzeba rutyny, powtarzalności i dlaczego nie odnajduje się w sytuacjach nowych, dla niego nieznanych. Nowe w każdej dziedzinie spotykało się u niego z lękiem. Pierwszą osobą, która zauważyła, że coś jest nie tak był logopeda, który zwrócił uwagę, że Jack właściwie rozmawia tylko z tatą, mną i braćmi.

Faktycznie, można to zamieść pod dywan, mówiąc, że to taki nieśmiałek…

Tak, ale postanowiliśmy działać. Najpierw pediatra, potem terapeuta behawioralny i kilka miesięcy terapii zajęciowej, która zakończyła się diagnozą. Jack świetnie sobie radzi w codziennym życiu i nie jest to coś, co zauważysz na pierwszy rzut oka. Chodzi raczej o pomoc i wsparcie, ale nie tylko dla niego. Chodzi o mnie, o wskazówki co robić lub czego nie robić, żeby zapobiec jego atakom lęku lub pomóc w sytuacjach dla niego trudnych. Świadomość, że zrobiłam co mogłam, że znalazłam przyczynę jego problemów, że mam za sobą zespół ludzi, którzy nam pomogli – to dla mnie najważniejsze! Tu nie ma miejsca na działanie w stylu „Zosia-samosia”.

W czym terapia była pomocna, tak w życiu codziennym?

Jack ma teraz kilka obrazkowych pomocy, które bardzo ułatwiają mu planowanie dnia, rutyna jest dla niego kluczowa, daje mu poczucie bezpieczeństwa. Omawiamy więc, jak rozwinie się każdy dzień, żadnych niespodzianek. Używamy obciążanej kołdry, mamy kilka sensorycznych pomocy, które też są przydatne gdy muszę pomóc mu się uspokoić na przykład na mieście. Ale tak naprawdę, to na pierwszym miejscu jest miłość i nasze bezgraniczne wsparcie dla tego małego człowieka, a ja mając diagnozę jestem dużo spokojniejsza i wiem, jak działać.

Fiona, wiem, że jesteśmy tu i teraz, ale odstawmy temat Jacka, a nawet pozostałych chłopaków. Pamiętasz siebie sprzed dzieci?

Tak zupełnie szczerze, bardzo trudno mi to sobie przypomnieć. Mieszkałam w Melbourne i miałam bzika na temat sportu, kondycji – ćwiczyłam codziennie! Byłam bardzo towarzyska i często jadałam na mieście. 10 lat później i nie robię żadnej z tych rzeczy (śmiech).

Poza kwestią autyzmu, co jest dla ciebie największym wyzwaniem jako matki? Czas?

Dokładnie! Najtrudniej jest znaleźć choć chwilę dla siebie. Mój partner bardzo dużo pracuje, więc to głównie ja ogarniam dom. Jak pozostać spokojną, jak mniej się stresować, jak powstrzymać się od krzyku na nich, gdy już przekraczają granice… Tego muszę się ciągle uczyć i stawiać temu czoła. Ale za to serce rośnie, gdy widzę na jakich fajnych i czułych facetów wyrastają.

Każdy inny? Opowiedz o nich!

Jednym słowem? Noah to typ ekscentryka. Harley to serce na dłoni. Benny, mały ryzykant. Jack jest uprzejmym wrażliwcem. Zach jest bardzo niezależny. Dogadują się dobrze, tak naprawdę to walczą głównie maluchy, ale 15 miesięcy różnicy to po prostu za mało! Są bardzo towarzyskie i jak większość dzieci w Australii, kochają plażę i morze!

Czy od czasu diagnozy, traktują Jacka jakoś inaczej?

Bawią się podobnie, ale wiedzą, że gdy zaczyna się frustrować, muszą odpuścić, nie przypierać do ściany. Rozumieją, że potrzebuje czasem inaczej patrzeć na świat, niż oni.

Bo każdy świat widzi inaczej! Bardzo dziękuję ci rozmowę i nie zabieram czasu, wiem, że jedziecie nad morze.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.