Leśny Klub Kolacyjny

Bo las daje wszystko

Warto opuścić swoją strefę komfortu, żeby dostać coś zupełnie innego – mówi Magda. Zamiast hipsterskiej knajpki, w której trwa wyścig o lepsze ujęcia na Instagramie, przesiąść się do wspólnego stołu gdzieś daleko w lesie pod sosną. Bez kelnera i walki o miejsce na parkingu. Słuchać szumu strumyka i niespiesznie delektować się kolacją. Doświadczyć lasu.

Leśny Kub Kolacyjny to inicjatywa dwójki, która zamieniła świat gastronomiczny stolicy na inny, dobry zestaw bodźców, jak nazywa to Magda. Łapię ich przed kolejną ucztą, ale nie pośród ścian kuchni. Magda opowiada o zamianie stolicy na las i jej rezultatach. Kadry są smaczne, niespieszne. 

*

Leśni ludzie, czym las wywabił was z miasta? 

Las zwabił nas czystym powietrzem i co za tym idzie – możliwością życia w tych czasach rzeczywiście zdrowo. Bo zdrowie to nie tylko dieta i ekoakcesoria, ale przede wszystkim to ruch na ŚWIEŻYM powietrzu. To, co się dzieje z powietrzem w Warszawie, zaczęło nas przytłaczać, las daje spory oddech. Daje wolność, spokój i inny, dobry zestaw bodźców. Miasto jest przeładowane zbędnymi dźwiękami, zapachami, widokami. Tu jeśli zapach, to świeży, jeśli widok, to piękny, a dźwięk – kojący. Wszystko tu nas relaksuje. Dzięki temu lepiej słyszymy siebie samych. Dzięki temu potrafimy się skupić na tym, co ważne. Nie jesteśmy tak rozproszeni.

„Porzucił miasto” – łatwo się mówi, fajnie się czyta. Ale jak naprawdę dojrzeliście do takiej decyzji i co to w praktyce oznaczało dla was i dzieci?

Zawsze chcieliśmy spróbować i nastąpił taki moment, kiedy wiedzieliśmy, że albo teraz, albo nigdy. W praktyce oznaczało to dla nas kolejną przeprowadzkę – a w nich się specjalizujemy! Odkąd zamieszkaliśmy w lesie, na pewno nie chorujemy. Do tego nie musimy szczególnie wyprawiać się na spacer do parku czy lasu, bo spacer jest u progu i czeka tylko aż nasze dzieci otworzą rano drzwi, wyskoczą na podwórko… i zostaną tam na cały dzień (śmiech). Trzeba się za to wyprawiać na zakupy, czego są plusy i minusy. Minusy – wiadomo, wszystko daleko, trzeba się dobrze organizować. Plusy – nie chodzimy po sklepach!

Dzieci na razie są w takim wieku, że to dla nich raj (w sumie dla nas też), ale brakuje im innych dzieci – dowożenie ich, żeby spotkały się z rówieśnikami, czasem utrudnia nawiązywanie relacji. Zimą jest najgorzej, ale lato to równoważy, bo 2 miesiące mamy gości non stop.

Zostawiliście coś za sobą, czego wam dziś brak? 

Zostawiliśmy rodzinę i przyjaciół i tego brakuje nam najbardziej, tęsknimy także za łatwością i komfortem, ale cenimy sobie też ich brak. Tęsknimy za restauracjami, kawiarniami, kulturą i sztuką. Wszystkiego sobie sami nie dajemy rady tu zorganizować. Tu zrozumieliśmy jednak, że warto opuścić swoją strefę komfortu, żeby dostać coś zupełnie innego. Pytasz co? Musisz spróbować – to bardzo indywidualne prezenty (śmiech).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Człowiek lasu – brzmi trochę pierwotnie, jak powrót do korzeni. Jak się zmieniliście wy, wasze tempo życia, rozkład dnia, odkąd nie mieszkacie w mieście?

Tempo oczywiście zwolniło. U nas z wielu powodów każdy dzień jest inny. Idealny dzień wygląda tak, że wstajemy rano przed dziećmi poćwiczyć lub pójść na samotny spacer. To nastraja nas pozytywnie na resztę dnia. Potem pracujemy, aż wstaną dzieci. Jak już wstaną, dzień zaczynamy od wspólnych porannych przytulasków i śniadania. Zwykle jest to owsianka na słodko lub jaglanka na wytrawnie. Potem jest czas na zabawę. Zaczynamy razem, ale staramy się by, Gutek i Gaja w pewnym momencie przejęli zabawę i idziemy kontynuować pracę. Wspólny obiad, a potem rodzinny wypad do lasu, nad jezioro. Po powrocie szykujemy się do snu, a kiedy tylko dzieci zasną, ja z Kubą wracamy do swoich zadań. Zimą zamiast pływać gramy w planszówki, uczymy się razem, dużo malujemy, rysujemy, lepimy. Nie wszystkie dni są idealne.

Jak w nowym otoczeniu odnalazły się dzieciaki?

Dzieci odnalazły się świetnie. Chociaż Gutek, który już swoje w Warszawie przeżył, obudził się w środku jednej z pierwszych nocy z krzykiem „ja chcę mango lassi z kawiarni!!!”. On, tak jak my, też tęskni za ludźmi, którzy tam zostali. Gaja miała 2 lata, jak się przeprowadziliśmy, i jest niezłą dzikuską. Na co dzień zbiera złoto i uczy Punię (naszą suczkę) nazywać kwiaty rosnące pod domem. Obydwoje mają świetny kontakt z dziadkiem, do którego się przeprowadziliśmy, a my bardzo sobie to cenimy. Z podziwem i radością patrzymy na ich relację. Po za tym Gutek i Gaja mają w sobie pokłady nowych przestrzeni. Dużo uczą się o otaczającej nas naturze. Obserwują ją, jak budzi się do życia i umiera. Rozumieją to i ta wiedza bardzo przekłada się na ich codzienne rozumienie świata. Są niezwykle empatyczni i uważni. Mają ogrom dobrych bodźców na co dzień. Całe lato spędzają na bosaka, umorusani, rozmawiając z żukami i bawiąc się na świeżym powietrzu. Zimą potrafią chodzić kilka kilometrów, a ich główną rozrywką są zamarznięte kałuże. Mają na żywo to wszystko, co chcieliśmy wprowadzić do ich miejskiego pokoju czy przedszkola. Uczą się naturalnie i jest w tym wszystkim równowaga. No… i mają też ulubione bajki na Netflixie i stosy Lego i innych zabawek plastikowo nijakich (śmiech). Wyrosną chyba na bardzo elastycznych ludzi, bo każdy ich dzień jest inny – nie zapewniliśmy im rutyny. Może czasem jest pod górkę, ale widzimy, że świetnie sobie z tym radzą, więc nie martwimy się w ogóle. 

Pokazaliście, że człowiek jest bardziej mobilny i gotowy na zmiany, niż nam się wydaje. Niby nas tyle z miastem wiąże, a nagle potrafimy się odnaleźć w zupełnie innej rzeczywistości. Kuchnia leśna to z kolei redefinicja pojęcia kuchni jako miejsca.

Mobilność wydaje nam się bardzo ważnym aspektem dzisiejszych czasów. W genach mamy jeszcze gniazdo, stałość i bezpieczeństwo, ale jesteśmy przekonani, że teraz czas na zmiany. Poszukujemy bezpieczeństwa w sobie, w naszych relacjach, w naszych więziach, wszystko po za tym jest płynne i właśnie mobilne. Pomysł narodził się w nas naturalnie. Przyjeżdżaliśmy razem na wakacje do domu rodzinnego Kuby położonego w środku Puszczy Rzepińskiej, w osadzie Zamęt z jednym domem. Chodząc na spacery i pikniki, marzyliśmy, by rozstawić stół w tych pięknych zakątkach lasu i zaprosić ludzi, żeby też mogli zobaczyć te wyjątkowe miejsca i pobyć razem przy wspólnym posiłku. Potem wracaliśmy z tymi niespełnionymi marzeniami do Warszawy i tak mijał rok za rokiem. W mieście też próbowaliśmy stworzyć coś pomiędzy restauracją a pracownią, ale w pewnym momencie zawołał nas las. Pomyśleliśmy, że albo teraz, albo nigdy. Że dzieci są jeszcze w takim wieku (2 i 4 lata), że to będzie dla nich fantastyczna przygoda. I tak jesteśmy w lesie od roku i nie żałujemy tej decyzji.

I tak powstał Leśny Klub Kolacyjny.

Pomysł Leśnego Klubu Kolacyjnego spotkał się od początku z ogromnym zainteresowaniem. W pierwszym roku chcieliśmy pokazać wszystkie swoje ulubione miejsca w okolicy i tak zorganizowaliśmy 7 kolacji, każdą w innym miejscu i z innym menu, na których ugościliśmy łącznie jakieś 400 osób. W tym roku, dzięki współpracy z lokalnymi Lasami Państwowymi, możemy rozstawiać stoły w dzikim lesie. Marzenia się spełniają! Jak dotąd przyjmujemy gości w dolinie rzeki Pliszki, która płynie pod naszym domem. Jest to bardzo urokliwy i bogaty w przyrodę zakątek. Chcemy, by na naszych kolacjach goście nawiązali kontakt z otaczającą ich naturą, i to się udaje. Nie było takiej kolacji, w trakcie której wszyscy siedzieliby przy stole. Po 15-20 minutach od rozpoczęcia kolacji połowa gości już leży na hamakach czy przechodzi po zwalonych drzewach na druga stronę Pliszki. Dania, które serwujemy, są inspirowane naturą. Mamy kuchnię roślinną, sezonową, z wykorzystaniem lokalnych smaków. W Leśnym Klubie Kolacyjnym tworzymy przestrzeń, w której mogą prezentować się artyści, wytwórcy, rolnicy, ogrodnicy – w sumie wszyscy, którzy się w tej przestrzeni odnajdują, i ci, których nasz projekt inspiruje. 

Okazało się, że trafiliście w potrzeby wielu osób. 

Mamy poczucie, że to jest to, czego teraz ludzie potrzebują – bezpośredni kontakt z dziką naturą, ludźmi i wysokiej jakości jedzeniem. Nasze leśne kolacje są kameralne, stawiamy na jakość tego wydarzenia. Jedzenie, które serwujemy, pochodzi od ekologicznych rolników i jest przygotowane z uważnością i dbałością o każdy szczegół. Dlatego też prezentujemy lokalne produkty, na przykład oleje i wina, by przekazać ideę korzystania z tego, co nas otacza, zamiast transportować z daleka. Potrawy podajemy na ręcznie robionych talerzach, do których wybraliśmy zestawy stuletnich sztućców. Chcemy korzystać z tego, co jest, zamiast kupować nowe, masowo produkowane. Jesteśmy na diecie bezmięsnej i przede wszystkim roślinnej, z dodatkiem lokalnych jajek i serów. Wszystko to łączy się w to, o czym marzyliśmy – uwielbieniem tego, co dobre, naturalne, wytworzone z sercem i radością. 

Kto dowodzi Klubem?

Mówimy, że prezesem Leśnego Klubu Kolacyjnego jest Gustaw, a jego prawą ręką Gaja. Gdyby nie oni, na pewno bylibyśmy w wirze pracy, rozwijania kariery i korzystania z uciech miejskich. Oni sprawili, że się zatrzymaliśmy i odważyliśmy się udowodnić im, że można spełnić swoje najskrytsze marzenia.

Na czym polegają kolacyjne spotkania? Wyobrażam sobie, że to nie tylko smak, ale też całość rozmaitych doznań. O co bogatsze jest biesiadowanie w lesie od uczty w restauracji?

Różnica jest taka, że las jest wolny i nie ma wobec nas żadnych oczekiwań. Jest otwartą przestrzenią – wystarczy się na nią otworzyć i potrafi wypełnić nas wszystkim, czego na ten moment potrzebujemy, by się w pełni zrelaksować, by dotrzeć do siebie. W lesie jemy wszystkimi zmysłami. Las daje wszystko – nie potrzebny nam wystrój, nie potrzebna muzyka.

Jakie macie plany?

Z tymi planami to u nas najgorzej, mamy zbyt wiele pomysłów na minutę. Za rok Gustaw idzie do pierwszej klasy – chcielibyśmy najbardziej wykorzystać ten rok na podróż z mobilną kuchnią po innych europejskich lasach. Pojawia się też mnóstwo opcji mniej mobilnych w naszej okolicy i okolicach Warszawy. Zobaczymy, na co padnie! Żyjemy w czasach ogromu możliwości – to nie jest łatwe. Wiadomo, że można robić mnóstwo, ale ważne, żeby umieć robić to, co na ten moment jest dla nas ważne; a żeby wiedzieć, co jest dla nas ważne, trzeba dużo spokoju i przestrzeni w sobie. Kiedyś, jeszcze przed przeprowadzką, dostałam taką wiadomość wypisaną na herbacie, którą piłam z przyjaciółką: empty yourself, let the universe fill you. Na razie działa – zajmujemy się tworzeniem miejsca, a reszta sama przychodzi. Jesteśmy wdzięczni za to, ile nas spotyka szczęścia, i nie oczekujemy niczego.

Menu na dziś powstało podczas spaceru…

Kuba na co dzień gotuje dla gości, od lat pracuje w kuchni zawodowo, dlatego kiedy gotuje w domu, najbardziej ceni sobie spontaniczność. Zawsze stawiamy na produkt. Nie mamy jeszcze własnego ogrodu, dlatego z radością odwiedzamy ekologiczny ogród naszych sąsiadów w Budachowie. Jak sami mówią, Anielskie Ogrody wzięły się nie od aniołków, ale od babci Anieli, która nadal w tym ogrodzie pracuje. Świeżo zerwane warzywa, owoce, zioła i kwiaty mają najwięcej wartości i smaku.

Na ten wspólny lunch zerwaliśmy wszystko, co było już do zerwania gotowe, czyli głównie cukinie, kabaczki i patisony. Do tego kilka rodzajów bazylii oraz  liście i kwiaty nasturcji. Wracając z ogrodu Kamili i Bogdana, natrafiliśmy na dzikie czerwone i żółte mirabelki, i nie zastanawiając się, napakowaliśmy je w co się dało. W lesie też czekała na nas niespodzianka w postaci kilku idealnych grzybów. Czego chcieć więcej? I tak lunch skomponował się sam. Tak lubimy najbardziej.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Co jemy? 

Wspólnie umyte w rzece cukinie, kabaczki i patisony wylądowały na grillu, posmarowane tylko oliwą z oliwek. Na patelni Kuba poddusił delikatnie papryki z cebulą i czosnkiem. W międzyczasie przygotował też ciasto drożdżowe, które stanowi główną rozrywkę w kuchni dla naszych dzieci. Zawsze coś z niego wymyślą. Wałkując kolejny placek, tym razem Gustaw postanowił wyłożyć go pomidorkami koktajlowymi i zawinąć. Efekt był rewelacyjny: pyszna chrupiąca buła, pachnąca dymem, ze słodkimi pomidorkami w środku. Do takiego posiłku pasuje zielona sałata z młodą cebulką, oliwą, odrobiną balsamico, solą i pierzem. Z zebranych mirabelek planowaliśmy zrobić szybko konfiturę na ostro, ale owoce zbyt szybko zniknęły w brzuchach naszych dzieci, więc wykorzystaliśmy chutney śliwkowo-agrestowy, który akurat mieliśmy w domu, żeby dopełnić całość brakującym słodkim i kwaśnym smakiem.

Takie posiłki są najsmaczniejsze, kiedy najwięcej dzieje się w procesie: uczymy się myć, kroić, wałkować, mieszać, doprawiać. Wspólne gotowanie to nasza rodzinna pasja. A oto przepis na chutney!

Chutney śliwkowo agrestowy

400 g śliwek

2 średnie czerwone cebule

-200 g agrestu

200 ml octu balsamico

200 g cukru trzcinowego

1 papryczka chili

sól

olej do smażenia 

Cebulę kroimy w piórka. Ze śliwek wyjmujemy pestki i kroimy je w kostkę. Agrest kroimy na połówki. Chili pozbawiamy pestek i kroimy w drobną kostkę. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy cebulę i chili do momentu, aż zmiękną. Następnie dodajemy owoce i mieszając od czasu do czasu, dusimy około 20 minut. Na koniec dodajemy cukier, ocet i sól, i dusimy do momentu zredukowania większości płynu tak, by konsystencja przypominała tradycyjne powidła. Smacznego!

Patrząc na bezkres lasu, wiem, że inspiracji kulinarnych nigdy wam nie zabraknie. Dziękuję!

*

Las daje wszystko, mówi Magda. Co powiecie na wakacyjny piknik pod drzewami, delektowanie się prostymi smakami, ale bez uwiecznienia ich w przepastnych archiwach galerii telefonu? Ten zostawcie w domu. Wpatrzeni w siebie, nie w ekran, w pełnej ciszy. Albo z zamkniętymi oczami. I co? Nawet zwykłe jabłko smakuje inaczej.

1 komentarz

  • Miki:

    Piękna historia, ciekawa i frapująca. Dobrze, ze Dzieci nieduże jeszcze to można realizować marzenia. Znajomi nasi podjęli podobne wyzwanie tylko teraz gdy Dzieci sporo starsze jest problem z edukacją, czy też dowożeniem Dzieci w wybrane miejsca. Powodzenia 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.