Cobbler. Deser pełen afrodyzjaków

Smaki Ameryki

80 000 kilometrów przez 19 krajów dwóch kontynentów, 340 dni w podróży, dwójka dzieci i jedno auto na poznańskich blachach. Tysiące zdjęć i niepoliczalna ilość wrażeń i nowych doświadczeń. I jak ja mam tu napisać kilkuzdaniowy lead do artykułu? Może lepiej coś razem ugotujmy?

To się nazywa smakowanie podróży przez duże S. Żaden pospieszny weekend, żadne dwa tygodnie w stresie „czy zdążymy”, ale wyprawa przed siebie bez terminów i biletów powrotnych, rodzinnie autem, przez dwie Ameryki. Monika Mądra-Pawlak i Jan Pawlak wiedzą, jak to robić – poznańscy pasjonaci dobrej kuchni, właściciele La Ruiny i Raju na Śródce są przede wszystkim smakoszami nowych przygód. A po nie trzeba sięgnąć, same do nas nie przyjdą. Nie pierwszy raz serwują nam tak piękny album, nie zastanawiam się nawet, jak trudne jest przetworzenie takiej ilości wiedzy, doznań, obrazów. Jak z dziesiątek tysięcy zdjęć wyłuskać tę esencję, by się nią z nami podzielić w tej wyjątkowej publikacji. I jak pokochać bycie w miejscu, jeśli ma się duszę nomady?

 

 

Mogłabym porozmawiać o napotkanych przyjaźniach, o krajobrazach Brazylii, Patagonii, czy Alaski. O przygodach w Panamie. Moje zmysły szaleją, gdy patrzę na wszystkie przedmioty z duszą, jakie gromadzą, jest kolorowo i eklektycznie – dokładnie tak wyobrażałam sobie dom podróżników. Skoro tematem miesiąca na Ładnebebe są zmysły, zacznijmy więc od nich!

Podróże i gotowanie świetnie nam się wpisują w nasz zmysłowy miesiąc. Każdy z tych 340 dni wyprawy to kompletnie nowe doświadczenia, bodźce, smaki, zaskoczenia. Czy podczas tej trasy mieliście czasem wrażenie, że eksplodują wam zmysły? Taki „doznaniowy maksymalizm”?

Mieliśmy je każdego dnia! W tej podróży byliśmy wszyscy jak dzieci, które odkrywają świat. Nie było dnia bez nowych doznań. Ludzie, krajobrazy, smaki, zapachy, dźwięki, przygody, wyzwania, zaskoczenia, ale i stres. W Patagonii na przykład nieustannie powtarzaliśmy te same słowa: to najpiękniejsze, co widzimy w życiu. Codziennie coś piękniejszego, niż w dniu poprzedzającym. Po miesiącu zastanawialiśmy się, jak mamy dalej żyć z tym doświadczonym pięknem przyrody i bez niego. W takim warunkach mam wrażenie nasze organizmy poddają się automedytacji. Dzieci zupełnie się wyciszają. Potrafią przez kilka godzin jechać bez słowa. Wiem, brzmi niewiarygodnie, ale tak było. Jakby i one czuły, że obcują z absolutem.

Zupełnie też zmieniło się postrzeganie czasu. Po powrocie, kiedy spotykaliśmy się z rodziną, przyjaciółmi, naszą załogą czy z gośćmi, mieliśmy wrażenie, że widzieliśmy się niedawno. A kiedy wspominaliśmy wybrane momenty z podróży, to odwrotnie – czuliśmy, że minęło znacznie więcej czasu. Właśnie przez częstotliwość i intensywność doznań.

 

 

Jak odnajdujecie się po powrocie: odpoczynek czy od razu głód kolejnych doznań? Podobno podróże uzależniają…

O odpoczynku niestety nie ma mowy. Od razy po powrocie zabraliśmy się za pisanie książki. Przez dwa miesiące pracowaliśmy bez przerwy i bez wytchnienia. Nie udałoby się bez pomocy najlepszej babci Basi, która na ten czas zamieszkała z nami i zajmowała się dziećmi. Pisząc o Ameryce, głowy wciąż mieliśmy w podróży. Teraz podobnie, jeździmy na spotkania autorskie wokół książki, wywiady, nagrania – ciężko wrócić do dawnej rzeczywistości.

W trakcie pisania książki spadła też na nas niefajna bomba. Znów ktoś policzył nam pieniądze, bo skoro rok podróżowaliśmy po Ameryce, to na pewno stać nas też będzie na najwyższy relatywnie czynsz w Poznaniu. To był dla nas bardzo trudny, wyczerpujący i stresujący czas. Rozważaliśmy różne opcje, włącznie ze spakowaniem się i wyjazdem. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że po 7 latach wyprowadzimy Ruinę i Raj ze Śródki, która przez ten czas tak bardzo się zmieniła – z szaroburej i straszącej ulicy w bardzo kolorowe i energetycznie miejsce. Jesteśmy na Śródce tylko do końca marca, a potem zapraszamy na najważniejszą ulicę Poznania, Święty Marcin. Wierzymy w nią, widzimy i czujemy wielki potencjał.

Nie ma zatem czasu ani na odpoczynek, ani odnalezienie się po powrocie. A głód podróży? Jest oczywiście, coraz większy. Nasz kolorowy samochód, którym przemierzyliśmy Ameryki, nie wrócił, czeka na nas w Vancouver. Plan był taki, żeby w marcu wrócić i dokończyć Amerykę Północną, zjechaliśmy bowiem tylko zachodnie wybrzeże, aż do Alaski. Ale jak już wspomniałam, póki co czeka nas podróż na inną ulicę. Z pewnością jednak długo na miejscu nie wytrzymamy. Staliśmy się chyba nomadami. I tak jak w cudownym filmie „Czekolada”, jak tylko wiatr zawieje…

Trafne porównanie! Pogadajmy o małych podróżnikach. Czesio spędził w podróży 1/4 swojego życia. Co najbardziej zadziwiło go po przyjeździe do Polski? Bo przecież spojrzał na nią jak na kolejny kraj napotkany po drodze.

Myślę, że traktował nasz powrót jako przerwę w podróży, która stała się dla niego normą. I chyba Czechowi najtrudniej było się oswoić z nową (dawną) rzeczywistością. Ciężko znosił tłumy ludzi chcących się z nami zobaczyć, chował się w domu, uciekał, nie chciał wracać do przedszkola i często pytał, czy już jutro pojedziemy do Ameryki. Czesio w ogóle jest typem outsidera i filozofa, więc bezdroża Patagonii czy Alaska to jakby naturalne dla niego środowisko (śmiech). Z czasem jednak oczywiście odnalazł się „w domu” na nowo i teraz jest naprawdę dobrze. Co nie znaczy, że nie tęskni za podróżą. Jak my wszyscy.

Powiedziałaś gdzieś w wywiadzie, że wolność, jaką daje podróżowanie, daje też odporność. Podobno dzieciaki nie chorowały wam przez 340 dni ani razu! Pytam o to w sezonie glutów i lutowych infekcji. Co było największym wyzwaniem, jeśli chodzi o podróżowanie z dzieckiem?

Przed podróżą przeszliśmy z Janem profesjonalny kurs pierwszej pomocy i zaopatrzyliśmy się w naprawdę pokaźnych rozmiarów apteczkę, mając na uwadze ogrom zagrożeń i możliwych chorób. Szczęśliwie, poza kilkoma plastrami i środkami odkażającymi, nic się nie przydało. Helena i Czesiu od początku mają niesamowitą odporność, a w podróży przeszli samych siebie (śmiech). Do tego sami, jakby naturalnie, kiedy tylko coś ich bierze, kładą się do łóżka, a rano wstają zdrowi. Oczywiście w podróży pojawił się jakiś katar, ale nic poza tym.

Mieliśmy obawy związane z jedzeniem i możliwymi zatruciami czy nietolerancjami pokarmowymi. Po pierwsze dlatego, że czekały na nich nowe smaki, produkty, inna flora bakteryjna. Po drugie, w większości sytuacji jedliśmy w bardzo prostych, ulicznych, dyplomatycznie to ujmując, warunkach. I nic. Wszystko było dobrze. Żadnych rewolucji.

Dzieciaki widziały świat bez filtrów, płonące lasy deszczowe, głodne czy obdarte, pracujące dzieci. Jakoś je przygotowywaliście na to, co zobaczą?

Każdy rodzic każdego dnia pokazuje i tłumaczy dziecku otaczający świat. Oczywiście przed podróżą opowiadaliśmy im o Ameryce, o ludziach, zwierzętach, krajach, innych językach etc. W pokoju mieli wielką mapę, z pomocą której wyobrażaliśmy sobie naszą podróż. Ciężko jednak tak małym dzieciom (kiedy wyjeżdżaliśmy, Czesio miał niecałe 4, a Helena 6 lat) wytłumaczyć, co to znaczy roczna podróż i 80 000 km. przez dwa wielkie kontynenty amerykańskie. Ich postrzeganie czasoprzestrzeni na tym etapie jest przecież diametralnie różne od dorosłego. Przede wszystkim jednak nie da się ich przygotować na te trudne i bolesne momenty, jak na przykład wypalane lasy – głównie pod uprawę palmy oleistej – czy widok biedy i żebrzących rówieśników. Tak jednak wygląda świat. I mam nadzieję, że te przykre doświadczenia uwrażliwią ich na całe życie, zarówno w stosunku do drugiego człowieka, jak i planety jako całości.

Taka podróż to szkoła życia, Helena i Czesio przerobili właśnie znacznie więcej z lekcji geografii, socjologii czy historii, niż czeka ich to kiedykolwiek w ławce. Zmieniła ich ta podróż?

Zdecydowanie! Chyba nie ma lepszej szkoły. Podróże kształcą, otwierają oczy, otwierają głowy, uczą kreatywności, przedsiębiorczości i tolerancji. Dzieci uczą się, nie ucząc w dosłownym rozumieniu. Chyba nawet nie ogarniamy, jak wiele im wpadło do głów. Na własne oczy zobaczyli to, czego my uczyliśmy się tylko z książek i map.

Czy podróż ich zmieniła? Raczej wpłynęła na ich kształtowanie, mam nadzieję przyszłe postawy i światopogląd. Już w podróży sami zdecydowali, że nie chcą jeść niczego, co zawiera olej palmowy, dbają o to, aby ograniczać plastik, Helena nie chce jeść mięsa i czyta składy produktów. Kiedy w Kostaryce kupowaliśmy Czesiowi sandały, podał mi karton i poprosił o sprawdzenie składu (śmiech). A kiedy Helena prosi, żeby kupić jej jakąś zabawkę, Czesio kwituje, że mają ich za dużo i nie potrzebują więcej. Prawda jest taka, że ludzie w tak zwanym pierwszym świecie mają wszystkiego za dużo, konsumpcjonizm, materializm, zbieractwo nas dopada i dyktuje nasze zachowania. Ciężko oczywiście nagle odwrócić wszystko do góry nogami. Na pewno jednak możemy żyć w sposób bardziej świadomy i mądry, zrównoważony. I mam nadzieję, że tego w podróży nauczyły się nasze dzieci. Żeby nie było nam wszystko jedno.

Wróćmy do kuchni i zmysłów. Wasz największy kulinarny zachwyt?

Mrówka z Amazonii! To jest odkrycie Ameryki. Słodka, słona, kwaśna, pikantna, jakby wędzona. Trochę jak imbir i trawa cytrynowa. I wszystko to zamknięte w jednaj małej mrówce. Po prostu eksplozja smaków na podniebieniu. Zachwyciły nas oczywiście owoce. Cudowne, słodkie i soczyste mango. Awokado tak dobre, że nie potrzebuje żadnych przypraw i dodatków. Mango i awokado zajadaliśmy w odmianach, które w ogóle do nas nie docierają. Owoce w Kolumbii to już w ogóle jest kompletny odjazd. Na przykład feijoa, czyli akka sellowa. To zielony owoc wielkości limonki, który smakuje jak poziomka z gorzką skórką. Albo ciemnofioletowy mangostan, z mięsistymi, słodko-cierpkimi nasionami w środku, o wielu odmianach marakui nie wspominając.

Jeśli chodzi o kuchnię, moim odkryciem jest ta u Garifuna, czyli potomków niewolników zamieszkujących dziś kilka miejscowości w Belize i Gwatemali. Zachwyciłam się tam hudutu, prostą zupą kokosową ze smażoną rybą i pulpetem z platanów.

Było coś, czego nie chcieliście spróbować? 

Nie trafiliśmy na nic, co przekraczałoby nasze granice. Taką granicą są na przykład żywe larwy. Przyznaję, że jedzenie świnki morskiej, czyli peruwiańskiego specjału, nie jest ani przyjemne, ani smaczne. Mamy to za sobą, wystarczy. Zjedliśmy też termity, które w przeciwieństwie do mrówek, nie przypadły nam do gustu.

Po wielu doświadczeniach w różnych krajach, wyposażonych w owoce morza, próbując superświeżych w wioskach rybackich, ale też w najlepszych restauracjach świata w Limie, San Francisco czy Kopenhadze, nauczyliśmy się odmawiać jeżowców. Mimo że są uznawane za wyjątkowy przysmak, jak kawior czy trufle, dla nas są po prostu obrzydliwe (śmiech).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co dziś szykujecie, podobno to deser pełen afrodyzjaków! 

W przeciwieństwie do jeżowców, które też jako owoce morza są afrodyzjakami, cobbler – który dziś wspólnie upiekliśmy – jest przyjemny, pyszny i pełen afrodyzjaków. Użyliśmy bowiem truskawek i miłosnych przypraw, takich jak cynamon i gałka muszkatołowa.

A cobbler, jak napisaliśmy w „Ameryce”, to niemożliwie prosty i pyszny deser, który szczęśliwie napotkaliśmy na naszej drodze, przemierzając Stany Zjednoczone i Kanadę. I kolejny przepis poprawiający sytuację w lodówce. Studencką, a może taką w Vegas, na bankruta – porcelana jeszcze została przed lombardem, ale już w zamrażarce pusto (śmiech). Można użyć dowolnych owoców, świeżych i mrożonych. Można użyć dowolnych przypraw albo żadnych. Z bitą śmietaną, gałką lodów, cukrem pudrem albo sauté. Take it easy! Bo to po prostu owoce zapiekane z kruchym, półkruchym lub puszystym ciastem.

Podaję tu autorski przepis na wersję z niewielką ilością puszystego ciasta, które gdzieniegdzie cudownie przebija się przez owoce, dochodząc do jakże słusznego głosu. Uwielbiamy tak bardzo, że zazwyczaj wyjadamy jeszcze ciepłe, łyżką z formy. Co ważne, świetnie nadaje się na deser w podróży.

COBBLER

Składniki:

truskawki i czarna porzeczka: 500 g

mąka pszenna: 150 g + 2 łyżki

cukier trzcinowy: 180 g

masło: 80 g

mleko 3,2%: 180 ml

proszek do pieczenia: 1 łyżeczka

rum (tu ciemna Havana Club): 2 łyżki

ekstrakt waniliowy: 1 łyżeczka

cynamon: 1 łyżeczka

gałka muszkatołowa: szczypta

sól: szczypta

zest z 1 limonki

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180°C. W jednej misce wymieszaj owoce, 90 g cukru, 2 łyżki mąki, cynamon, gałkę muszkatołową, ekstrakt waniliowy i rum. Do drugiej miski przesiej mąkę i proszek do pieczenia. Dodaj sól, pozostały cukier i mleko. Wymieszaj. Na koniec dodaj roztopione masło i połącz. Do wysmarowanego masłem naczynia żaroodpornego (średnica 26-28 cm) wlej ciasto. Na wierzchu rozrzuć owoce. Nie mieszaj. Wstaw do piekarnika na 30-40 minut, aż ciasto będzie pięknie rumiane.

Na koniec chyba wypada życzyć tym, którzy za mocno zakotwiczyli, żeby jechali w świat, bliżej lub dalej, ale jechali. Smakować podróże i kolekcjonować wyjątkowe wspomnienia. Dziękuję za spotkanie i trzymam kciuki za przeprowadzkę La Ruiny!

Książkę „Ameryka! Drugi atlas z przepisami” kupicie na przykład w Ryzoweokulary.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.