kobieta Anniel

Kobieta Anniel: Olga Łacna

Wierna przedmiotom

Kobieta Anniel: Olga Łacna
Edyta Leszczak

„Nie lubię niepotrzebnych rzeczy” – wyznaje zapytana o rolę przedmiotów w swoim życiu Olga Łacna, mama nastoletniego Tytusa i 2-letniej Wandy oraz dyrektorka Instytutu Fotografii Fort.

Zawodowe zawiłości, kulinarne słabostki, reklamy Orbisu, pierścionki po babci, sygnowane talerze i zdjęcia kobiet szukających schronienia w gąszczu włosów i drzew – zebrane w akord, wybrzmią czysto i miarowo w rozmowie z Olgą Łacną. Olga prowadzi Instytut Fotografii Fort, miejsce wystaw fotograficznych i spotkań, i w jego przestrzeniach pozwoliła się nam odpytać i sfotografować.

Oto kolejna odsłona cyklu Kobieta Anniel, w którym spotykam się z kobietami związanymi ze światem sztuki, użyźniającymi artystyczne poletko – tym razem fotograficzne – które się wtrąca do innych dziedzin, nawiązuje i dyskutuje. O fotografii, jej miejscu w życiu, jej mocach i rozwinięciach, opowiada Olga Łacna.

Twoje pierwsze spotkanie z fotografią?

Trudno mi ustalić jeden moment, bo fotografia jest obecna w moim życiu od zawsze. Mój tata był fotografem, skończył Szkołę Filmową w Łodzi na Wydziale Operatorskim. Co prawda nie związał się ze światem filmu, ale w latach 70. i 80. pracował jako fotograf reklamowy, m.in. dla Orbisu i FSO. My z bratem regularnie jeździliśmy z tatą na sesje, ale także w nich występowaliśmy. Jeśli rzuciło ci się w oczy dwoje blond dzieciaków w reklamie Orbisu z lat 80., to zapewne byliśmy my.

Nad czym jeszcze wspólnie pracowaliście?

Kiedy tata założył studio fotograficzne w naszym małym mieszkaniu na Ursynowie, zaczął robić zdjęcia kulinarne, i my znów całą rodziną mu w tym pomagaliśmy.

Kąpałaś się w fotografii od dzieciństwa.

Tak, to był dla mnie chleb powszedni. Do tego stopnia, że w chwili gdy kończyłam liceum i nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, postanowiłam, że będę studiować fotografię w PWSTiTV. Dość szybko przygotowałam się do egzaminów.

Udało się za pierwszym razem?

Udało, ale już w drugim semestrze odkryłam, że znacznie większą frajdę niż samo robienie zdjęć sprawia mi ich oglądanie, analizowanie, poznawanie historii fotografii, teorii i związanej z nią filozofii obrazu. Tak więc rzuciłam to i zaczęłam studiować grafikę na ASP,  z planem zajęcia się grafiką wydawniczą.

Skąd ten plan?

Zawsze chciałam wydawać książki i przygotowywać wystawy, a wszystkie moje zagraniczne podróże kręciły się właśnie wokół wystaw i muzealnych księgarni, pełnych photobooków. Kiedy zaczęłam pracować jako dyrektor artystyczna w prasie, poznałam wielu znakomitych fotografów, miałam przyjemność opracowywać z nimi koncepcje sesji, edytować, wybierać i układać zdjęcia. Po pewnym czasie gazeta zaczęła upadać, zdecydowałam się odejść i w tym samym czasie, jakimś zrządzeniem losu, spotkałam obecnego fundatora Instytutu Fotografii Fort. Zapytał mnie, jaki mam pomysł na ożywienie tej przestrzeni.

I ty go miałaś.

I miało go jeszcze parę innych, zaangażowanych w projekt osób. Wspólnie wymyśliliśmy strukturę fundacji, której filarem są galeria i czytelnia, udostępniająca blisko 2 tysiące książek fotograficznych i teoretycznych o sztuce. Pamiętam, że miałam wielką przyjemność z katalogowania i układania ich w zbiory, co jednocześnie bardzo mi pomogło w rozplanowaniu realizacji ambitnych planów, jakie stanęły przed Instytutem. Pierwsza wystawa okazała się wielkim sukcesem.

Co jeszcze, poza szukaniem ładu i planowaniem, daje ci w pracy największą radość?

Po 4 latach funkcjonowania Instytutu Fotografii mogę śmiało powiedzieć, że jednym z najmilszych momentów jest spotkanie z nowym artystą. Staramy się pokazywać jak najwięcej debiutów, ludzi ze świeżym spojrzeniem, podejmujących trudne, aktualne tematy.

Są wyzwania?

Są, przede wszystkim finansowe. Prowadzenie instytucji oznacza w dużej mierze bycie księgową. Ponad połowę mojego czasu zajmuje wypełniane tabelek, liczenie i zdobywanie funduszy. Są też i bardziej przyziemne wyzwania w rodzaju szukania sposobów na radzenie sobie z tym, że nieustannie zalewa nas podczas burz.

Jaki inny rodzaj sztuki równie słodko jak fotografia do ciebie przemawia?

Jestem wielką fanką sztuki w przestrzeni publicznej, land artu, sztuki zaangażowanej społecznie i prowadzącej do zmian. Jednym z przykładów fantastycznych wydarzeń, w których brałam udział 20 lat temu jako widz, była akcja Pawła Althamera w jego mrówkowcu na Targówku. Rzecz polegała na wyświetleniu napisu 2000. Byli w nią zaangażowani wszyscy mieszkańcy bloku, zsynchronizowani tak, by w odpowiednim momencie włączyć lub wyłączyć światło. Interesuje mnie każdy przejaw sztuki, który uruchamia więcej niż jeden zmysł.

Do czego masz słabość?

Do jedzenia i gotowania. Jestem w stanie wydać na dobre jedzenie każde pieniądze. Planowanie wolnego czasu, weekendów czy wakacji, spotkań z przyjaciółmi kręci się u mnie wokół jednego tematu: co będziemy jeść? Przyjemność, którą daje mi jedzenie, jest nie do zastąpienia.

Lubisz kupować?

Z reguły jestem rozważnym konsumentem – zanim kupię, sprawdzę jakość i materiał, porównam ceny, doczytam. A jak się do czegoś przywiążę, używać będę latami, tak jak od 20 lat używam tych samych perfum. Jestem w tym trochę autystyczna: akceptuję tylko jeden rodzaj splotu bawełny, jeden typ spodni czy swetra, to mi daje poczucie bezpieczeństwa. Gdyby się ubrania nie niszczyły, to pewnie w kółko chodziłabym w tym samym, zupełnie szczęśliwa.

Uwielbiam za to kupować ubranka dla mojej córki, co mnie zaskoczyło. Gdy mój prawie 15-letni syn Tytus był mały, nie było w sklepach ładnych rzeczy i ja też nie zwracałam na tę modę dziecięcą szczególnej uwagi. Ale gdy urodziła się Wanda, oszalałam. Nadal stawiam na wygodę, ale bardzo się angażuję w organizowanie jej garderoby, dbam o jej spójność. To może być zaskakujące dla moich znajomych, bo uchodzę za abnegata w dziedzinie mody i zakupów.

Opowiedz o swojej prywatnej kolekcji fotografii.

Doceniam fotografię malarza piaskarza, wykonaną przez Michała Szlagę w ramach cyklu dotyczącego Stoczni Gdańskiej. Ten hipnotyzujący portret pełnej sylwetki stoczniowego malarza w stalowo-błękitno-rdzawych kolorach wisi u nas w domu.

Bardzo lubię sztukę i fotografię uprawianą przez kobiety. Szczególnie cenna jest dla mnie teczka Doroty Buczkowskiej, która tworzy kolaże rysunków i fotografii. Dorota pracuje na fotografiach archiwalnych, skanuje je, dorysowuje i dokleja elementy i w ten sposób powstają magiczne obrazy. To charakterystyczne dla jej prac zanikanie i przenikanie się światów bardzo do mnie przemawia. W dodatku mamy wspólny fetysz, czyli włosy. Większość jej prac była poza moim zasięgiem finansowym, aż pojawiła się limitowana teczka. Wtedy zmusiłam męża, by mi ją kupił na urodziny. Kilka prac wisi w sypialni, a ja uwielbiam na nie patrzeć. Wyrywają z codzienności i wołają o spojrzenie.

Na co obecnie polujesz?

Na ten moment nie poluję, ale oprawiam to, co już mam. Czekają inne fotografie Doroty Buczkowskiej oraz Justyny Mielnikiewicz i Karoliny Gembary. Wszystkie wpisują się w nurt mojej mikrokolekcji, zbudowanej wokół kobiet chowających się za włosami czy krzakami.

Jak często zdarza ci się otrzymywać sztukę w prezencie? 

Dość często. Nie lubię niepotrzebnych rzeczy, mam specyficzne wymagania i wcale nie jest mnie łatwo obdarować. W czasach przed naszym ślubem Wojtek zapytał moją koleżankę o radę, a ta podpowiedziała, by kupił mi krążek parmezanu albo słoik pasty truflowej. I faktycznie, to najbezpieczniejsze opcje, a cała reszta jest wysoce ryzykowna.

Moja babcia, którą przez ostatnie lata jej życia się zajmowałam, przy każdej wizycie wyciągała jakąś błyskotkę ze swojej szkatułki i wręczała mi ją, mówiąc, że jej już się nie przyda. W ten sposób oddała mi ją całą, w kawałeczkach. Mam od niej pierścionek z czarnym kamieniem i kilkoma diamencikami oraz nietypowy dla mnie wielki wisior, który – mimo uwielbienia dla rzeczy prostych i skromnych – pokochałam. Tak to już ze mną jest: jak coś do mnie przemówi, to nie umiem nosić nic innego. Jestem wierna przedmiotom.

Skąd masz ten piękny talerz?

To unikat autorstwa Malwiny Konopackiej, prezent od przyjaciółek, który dostałam na moim weekendzie panieńskim. Na odwrocie widnieje napis Olga nr 1. Pierścionek zaręczynowy też jest unikatem, wykonanym i zaprojektowanym przez markę Takk, według pomysłu mojego męża. Wojtek naprawdę trafia z prezentami, choć na pewno korzysta z porady moich przyjaciółek. Nie zdradził się z tym, ale przeczuwam, że odbywają się za moimi plecami grupowe konsultacje.

Jakie to kochane! Dziękuję za rozmowę.

KWESTIONARIUSZ ANNIEL

Guilty pleasure?

Kupowanie ubranek dla Wandy (to jest bardzo guilty, bo generalnie nie lubię i nie chcę niczego kupować)

Ukochane comfort food?

Draże Korsarze i risotto cytrynowe

Ulubiona książka?

„Opowieść o miłości i mroku” Amosa Oza

Ulubiony magazyn?

„GUP”

Ulubiona płyta?

Faith No More: „King for a day, fool for a lifetime”

Ulubiony zapach?

Wnętrze torebki po misiach Haribo i kwitnące bzy (oddzielnie)

Ulubiony film?

Tu muszą być trzy, bo jak podam jeden, to nie odda pełnego spectrum: „Godziny”, „Gladiator” i „Łowca Androidów”

Ulubiony reżyser?

Z poprzedniego pytania wynika, że Ridley Scott, choć nigdy tak o nim nie myślałam. Aktualnie kocham Noah Baumbacha, ale nie przeszedł jeszcze mojej próby czasu – za 10 lat będę mogła powiedzieć na 100%.

Ulubiona dyscyplina sportu?

Brazylijskie jiu-jitsu

Ulubiony model Anniel?

Anniel Heel Naomi.

Zdjęcia pochodzą z wystawy „Abzgram” Karoliny Wojtas, otwartej do 29.11.2020 r. w Instytucie Fotografii Fort.

Dodaj komentarz