adopcja trójgłos

Czekając na dziecko

Trzy opowieści o adopcji

Czekając na dziecko

Posłuchajcie opowieści o przebiegu procesu adopcyjnego w Szwecji, Polsce i Wielkiej Brytanii.

Morze miłości i morze formularzy. Druczki, szkolenia, nakazy, zakazy, telefony, niedyskretne pytania, częste wizyty i ustawiczne tkwienie w zawieszeniu – oto na co decydują się rodzice adopcyjni czekający na nowe dziecko. Jednocześnie każdy z nich przeżywa własną historię na swój sposób. Mimo wspólnych mianowników, każda historia jest przecież osobna. Prześledźcie, jakie wymogi stawiane są wobec osób chcących adoptować dziecko lub stać się rodziną zastępczą w trzech krajach: Szwecji, Wielkiej Brytanii i Polsce.

Swoimi doświadczeniami podzielą się Dana Juszczyk – architektka i autorka pięknych makatek, Aga Spencer – fotografka prowadząca bloga Odessa says abracadabra oraz Edyta Florek, dziewczyna ze Szczecina, która cierpliwie i z dużą pogodą stawia czoło adopcyjnej papierologii. Byle jak najbliżej szczęśliwego finału. Poznajcie się.

***

Dana od wielu lat mieszka z mężem Bartem w Szwecji, a od pół roku jest mamą polskiego chłopca, który przybył do niej za sprawą adopcji międzynarodowej. Jako jedyna z naszych bohaterek może już cieszyć się obecnością dziecka, na które tak długo czekała.

 

 

Jak długo trwały wasze starania o adopcję dziecka?

Pięć długich, bardzo długich lat. A dokładniej – ten wyczekany telefon zadzwonił do nas po 4 latach, 11 miesiącach i 3 tygodniach. Potem kolejne 3 miesiące oczekiwania na pozwolenie spotkania się z naszym synkiem.

Jak wyglądał ten proces, z jakich etapów się składał?

Międzynarodowa adopcja to bardzo długi, żmudny, wyczerpujący i kosztowny proces. Naszą drogę rozpoczęliśmy od spotkania w urzędzie, w mieście w którym wówczas mieszkaliśmy. Potem odbyliśmy kilkumiesięczny, obowiązkowy kurs dla rodziców adopcyjnych. W przeciwieństwie do szkoleń adopcyjnych w Polsce, nie odbywają się one w domach dziecka, a w różnych ośrodkach szkoleniowych. Następnie wybraliśmy organizację, która przeprowadziła naszą adopcję. Spośród kilku autoryzowanych ośrodków wybraliśmy jeden, który jeszcze do niedawna oferował adopcję z Polski. Następnie zabraliśmy się do kompletowania ogromnej dokumentacji, składającej się między innymi z zaświadczeń lekarskich, wyciągów z różnych urzędów, z naszych miejsc pracy. Zaświadczenia te – w większości płatne – należało odnawiać co dwa lata. Kolejną fazą były rozmowy z psychologami. Szczegółowe, czasem nawet bardzo, pytania z każdej dziedziny życia. Godziny spędzone z testami w ręku. Potem oczekiwanie na oficjalną zgodę i wreszcie nasze dokumenty – po dwuletnim oczekiwaniu w kolejce w Szwecji – mogły znaleźć się w 2 z 3 polskich ośrodków, przeprowadzających adopcję zagraniczną, które zaaprobowały nasz wniosek.

 

 

Co było dla was w tym czasie najtrudniejsze? 

Mówiąc szczerze, cały okres oczekiwania był dla nas bardzo trudny. Szczególnie ostatnie dwa lata. Najtrudniejsza jest niewiedza, brak kontroli nad własnym życiem.

Jak odreagowywaliście stres i napięcie spowodowane niepewnością decyzji i długim oczekiwaniem? 

Byliśmy dla siebie wsparciem, podnosiliśmy się wzajemnie w momentach zwątpienia. Najwięcej energii poświęciłam na utrzymywanie się na powierzchni, na nieodchodzenie od zmysłów. Wtedy odnalazłam tkanie – godziny spędzone na splataniu pozwoliły mi w pewnym sensie na ucieczkę od myślenia, Znalazłam także ukojenie czytając o buddyzmie, o jego filozofii, o pracy nad sobą.

 

Jak przygotowywaliście się na przyjęcie dziecka?

Ze względu na to, że nie wiedzieliśmy na kogo czekamy i ile dziecko będzie miało lat, trochę błądziliśmy w ciemnościach. Zaczęliśmy około dwóch lat przed końcem naszej drogi. Kupiliśmy trochę niezbędnych rzeczy. Kubki, talerzyki, pościel, trochę zabawek, trochę dekoracyjnych elementów do pokoju. No i moje ulubione książki. Rok przed telefonem, zakupiliśmy łóżeczko i urządziliśmy pokoik. Dostaliśmy sygnały, że to już, że za chwilę. Informacja jednak okazała się chybiona. Wytrzymaliśmy z urządzonym pokojem prawie rok. Niestety w końcu zdecydowaliśmy się na pochowanie większości rzeczy. Okazało się, że po kilku miesiącach musieliśmy z powrotem wszystko skręcać. Po telefonie zaczęliśmy ostatnie kompletowanie wyprawki naszego syna. Dom wypełnił się ciuszkami, zabawkami i kolejnymi książeczkami.

 

Jak jest teraz, kiedy dziecko jest już z wami?

Jesteśmy rodziną już od pół roku. Teraz, gdy już wszyscy jesteśmy razem w domu, czas leci jak szalony. To wszystko jest trochę jak sen. Zupełnie nowa rzeczywistość. Jestem teraz z Viktorem w domu, jego tata jest z nami cztery dni w tygodniu. Po lecie wracam do pracy i mój mąż zaczyna swój urlop tacierzyński. Uczymy się z synem siebie nawzajem. Zakochujemy po uszy. Czas przyspieszył, rytm dnia zwolnił. Nagle znalazł się czas na wielogodzinne zabawy, na zatrzymywanie się przy każdym kamieniu, każdym robaczku. Na odkrywanie świata na nowo. Na zmianę priorytetów. To naprawdę niezwykły okres. Całe to doświadczenie bardzo nas zmieniło, szczególnie mnie. To nie jest tak, że z chwilą pojawienia się synka zapomniałam o latach i trudach oczekiwania, ale na pewno wszystko nabrało głębokiego sensu. Jestem ogromnie wdzięczna losowi, że dał nam szanse odnaleźć nasze dziecko.

***

Agata, Tim i ich córka Odessa spełnili już wszystkie wymogi stawiane wobec rodzin zastępczych w Wielkiej Brytanii i wciąż czekają na foster child. Odessa marzy o tym, by pokazać mu Szkocję, a Aga niedawno skończyła remont mieszkania. I choć już dwa razy byli o krok od szczęśliwego finału, nie tracą wiary, że telefon z dobra wiadomością zadzwoni lada chwila. Trzymamy kciuki!

 

 

Jak długo staracie się o miano rodziny zastępczej?

Rodzina zastępcza to temat, który krążył wokół Tima i mnie od dluższego czasu. Mamy już dość wszechobecnego egozimu i chieliśmy coś zrobić, coś zmienić, komuś pomóc. Ostateczną decyzję podjęliśmy przez telefon podczas moich letnich wakacji w Polsce. Pamiętam, jak siedzialam u mojej mamy w ogródku i zajadałam sie malinami, kiedy zadzwoniła do mnie jedna z mam ze szkoły Odessy. Płakała, bo jej dwoje dzieci trafiło do opieki społecznej do domów tymczasowych. Groziła im przeprowadzka na drugi koniec Anglii, zmiana szkoły i środowiska. Ja te dzieci znałam dobrze – chłopiec był i nadal jest jest z Odessą w klasie, często spędzali razem czas. To była długa i trudna rozmowa, w tle Odessa beztrosko bawiła się w ogrodzie, z buzią umorusaną malinami, na bosaka goniła kota mojej mamy. A ja myślałam o tym chłopcu, który nagle został zabrany z domu, przez obcych ludzi do obcych ludzi. W wakacje, kiedy – tak samo jak moja córka – powinien beztrosko bawić się do późnych godzin na dworze. A on w wieku 7 lat musiał nagle wydorośleć. Powiedziałam jego mamie, że chcę pomóc, i że dzieci mogą z nami zostać. Wiedziałam, że Tim zrobiłby to samo.

Jak potoczyła się historia tych dzieci?

Niestety, z różnych przyczyn, nie mogły z nami zamieszkać. Ale na szczęście znalazły stabilne miejsce w Londynie, a ich mama walczy o nich teraz w sądzie i mam nadzieję, że wkrótce znów będą razem. Ale, mimo że nie mogliśmy im pomóc, nasza decyzja się nie zmieniła. Nagle staliśmy się gotowi na to, żeby przyjąć nowe dziecko do naszej rodziny. Po powrocie do domu usiadłam przed komputerem i wypełniłam formularz zgłoszeniowy: imię, adres i to, czy mam wolny pokój. 15 minut później dostałam telefon z agencji, która mnie teraz reprezentuje.

Jak wygląda ten proces, z jakich etapów się składa?

Proces jest intensywny, wymaga dużo cierpliwości i grona bliskich przyjaciół – referencje są bardzo ważne! Pierwszy etap to krótki wywiad przez telefon – o mojej sytuacji rodzinnej, finansowej, dlaczego chcę zostać rodziną zastępczą, jak to sobie wyobrażam itd. Potem jest pierwsza wizyta u nas w domu. Na ogół agencja przysyła jednego z pracowników, żeby poznał nas osobiście, ale też sprawdził jak mieszkamy. Potem zaczynają się trudniejsze rzeczy. Po przejściu przez pierwszy etap został nam przydzielony niezależny pracownik społeczny. I przez następne 6 miesięcy Francisca była regularnym gościem w naszym domu. Przeszliśmy przez serię intensywnych i bardzo osobistych rozmów. Obydwoje z Timem musieliśmy przerobić całe nasze dzieciństwo. Odessa też miała parę spotkań z Franciscą – bardzo jej się spodobało, że była odpowiedzialna za opis naszych zwierząt. Do tej pory w naszej aplikacji można przeczytać, że Dante jest humorzasty, Beatrice nie jest zbyt mądra, Pumpkin to najlepszy kot na świecie, a Betty została przyniesiona przez Mikołaja, dlatego jest magiczna.

Co jeszcze było konieczne, by spełnić wszystkie warunki?

Nasi przyjaciele i rodzina musieli wypełnić formularze z setką pytań, a potem spotkać się z Franciscą osobiście. Agencja skontaktowała się też ze szkołą Odessy, naszym lekarzem pierwszego kontaktu, sprawdziła czy nie mamy żadnej odnotowanej działalności kryminalnej, niezapłaconych mandatów, niespłaconych kredytów. Sprawdzili nawet naszą aktywność na portalach internetowych! Gdy już było po wszystkim, miałam dostęp do zebranych wiadomości i byłam w szoku, ile udało im się dowiedzieć. Byłam też wzruszona tym, co napisali o mnie moi przyjaciele, jestem im bardzo wdzięczna za wsparcie i wysiłek, który w to włożyli. Ostatnim etapem jest spotkanie z komisją, która oficjalnie cię akceptuje. Albo i nie (śmiech).

Musieliśmy też z Timem skończyć kurs przygotowujący nas do bycia rodziną zastępczą, co było bardzo fajne, bo my nigdy wcześniej nie uczęszczaliśmy na żaden kurs razem! Poznaliśmy też innych ludzi w tej samej sytuacji i właśnie wiedza, którą zdobyłam na kursie, była dla mnie najtrudniejszym momentem. Bo ja lubię robić rzeczy po swojemu, szczególnie we własnym domu, a tu nagle się okazuje, że będę musiała podążać za całym kodeksem zasad – tego co wolno, a nawet trzeba, a czego zdecydowanie nie wolno. Zawsze zamykać łazienkę na klucz, nie brać dziecka na kolano, przytulać jedną ręką, wkładać szlafrok na piżamę, zabrać do kościoła, jeśli dziecko chodziło i uszanować zwyczaje religijne, nawet jeżeli się z nimi nie zgadzam. Wszystkie problemy muszą być odnotowane, każda decyzja konsultowana. Ja lubię, gdy wszystko dzieje się naturalnie, szczególnie jeśli chodzi o wychowanie Odessy, a tym razem dostanę dziecko z instrukcjami.

Podczas kursu po raz pierwszy miałam okazję zapoznać się z profilami dzieci, które szukały domu. Nie była to łatwa lektura. Naszym zadaniem była analiza konkretnych przypadków, musieliśmy decydować o tym, jak możemy pomóc, co byśmy zrobili w danej sytuacji, kogo powinniśmy poprosić o pomoc kiedy nie wiemy co zrobić. Mnie szczególnie boli, że te dzieci często nie mają szans, żeby cokolwiek osiągnąć. Notorycznie nie radzą sobie w szkole, nie mają przyjaciół, są zaniedbane. Ja wierzę, że ludzka natura jest zbyt skomplikowana, a dzieci z natury zbyt plastyczne na etykietki. Decydowanie o przyszłości dzieci, o ich możliwościach, o tym, gdzie pasują zanim one same mają szansę dowiedzieć się kim są, wydaje mi się szczególnie okrutne.

Co było dla was w tym czasie najtrudniejsze?

Dla nas najważniejsze jest to, żeby Odessa była przygotowana. Żeby rozumiała zmiany, które nadchodzą, ale też o nic się nie martwiła. Dużo rozmawiamy, ale na luzie, bez stresu. Wytłumaczyłam jej, dlaczego mama i tata podjęli taką decyzję. Powiedziałam, że mam nadzieję, że znajdzie w dziecku, które z nami zamieszka przyjaciela, że następnym razem, gdy pojedziemy pod namiot, będzie miała towarzystwo. Ale nic na siłę. Natomiast nie dałam jej żadnych wskazówek jak powinna się zachować. Wierzę, że ona będzie wiedziała najlepiej, co zrobić. Ostatnio planujemy wakacje w Szkocji. Odessa często wspomina, że lepiej zostać w kraju bo foster child może nie mieć paszportu. I że na pewno też marzy o tym, żeby pojechać do Szkocji, bo to podobno marzenie każdego dziecka.

 

Jak odreagowywaliście stres i napięcie spowodowane niepewnością decyzji i długim oczekiwaniem? 

Przez ostatnie parę tygodni byłam zajęta przygotowaniem pokoju dla dziecka, a przy okazji postanowiłam wyremontować całe mieszkanie – sama oczywiście bo, jak już wspomniałam, ja lubię robić wszystko po swojemu. Potem tego żałowałam, bo przewróciłam mieszkanie do góry nogami, ale Tim się zlitował na koniec, pomógł mi i pokój jest gotowy. Ma piękne światlo i dobrą enegię. Na razie jest nazywany pokojem kotów, bo wiecznie tam przesiadują.

Jak się czujecie z myślą, że dziecko niebawem będzie z wami?

Cierpliwie czekamy. Mamy już za sobą dwa skierowania, które skończyły się niepowodzeniem, co zawsze jest przykrym doświadczeniem. Z jednej strony staramy się żyć jak zawsze – rano biegnę z Odessą do szkoły, potem z psem, po psie kawa, po kawie sprzątanie, czasami lunch z koleżanką. Po szkole basen, taniec, pianino, wieczorem książka, w weekend na ogół uciekamy na wieś. Z drugiej strony czuję, że funkcjonujemy w zawieszeniu, ciężko cokolwiek zaplanować, skupić się na czymś innym. Staram się niczego nie idealizować i nie oczekiwać. Zdaję sobie sprawę, że pewnie będzie trudno, szczególnie na początku. Ale powoli zaczyna mnie ogarniać bardzo nietypowy dla mnie optymizm. Myślę sobie, że nie musi być idealnie, żeby tylko było dobrze. Przed zaśnięciem zamykam oczy i wyobrażam sobie nas wszystkich na tej małej szkockiej wyspie, o której marzy Odessa, pod namiotem z latarką, książką i psem w nogach. Miejmy nadzieję, że Odessa ma rację i wakacje w Szkocji spędzimy razem, bo przecież są marzeniem każdego dziecka.

***

Edyta od ponad roku podejmuje intensywne starania o adopcję. I jest w niej pokora, skromność i zgoda na ten trud oczekiwania, niepewności i ciągłe trwanie w zawieszeniu. Wie, że na końcu tej drogi świeci słońce. Będzie cudowną mamą, oby jak najprędzej!

 

 

Jak długo trwają wasze starania o adopcję dziecka?

Do ośrodka adopcyjnego zgłosiliśmy się w lutym 2016 roku. Dzisiaj mija więc rok i trzy miesiące. Sama myśl o adopcji pojawiła się w nas oczywiście znacznie wcześniej.

 

 

Jak wygląda ten proces, z jakich etapów się składa?

Istnieje powszechne przekonanie, że proces adopcji jest bardzo długi i trudny. Wiele osób jest zdziwionych, że nie „wybieramy” sobie sami dziecka. Spotkaliśmy się z opiniami pełnymi oburzenia, że skąd pomysł szkolenia, „bo przecież żadni biologiczni rodzice przez coś takiego nie przechodzą”.Wszystko odbywa się jednak po coś i w określonej kolejności.

Ten pierwszy etap to zebranie odpowiedniej dokumentacji i złożenie jej w ośrodku. Lista nie jest krótka, ale nie przypominam sobie, żeby jej skompletowanie przysporzyło nam jakichkolwiek problemów. Konieczny jest akt zawarcia małżeństwa, zaświadczenie o zarobkach i zatrudnieniu, zaświadczenie o zameldowaniu oraz niekaralności. Potrzebne są również zaświadczenia lekarskie: od lekarza rodzinnego, od ginekologa i lekarza psychiatry. Do tego aktualne zdjęcie, kserokopia dowodów osobistych i najważniejsze: podanie zawierające krótką motywację decyzji o adopcji oraz życiorys poszerzony o informacje dotyczące rodziny.

Drugi etap to spotkania, na które byliśmy zapraszani do ośrodka. W naszym przypadku były to cztery spotkania: dwa z psychologiem i dwa z pedagogiem.

Trzeci etap to wywiad adopcyjny w miejscu zamieszkania kandydatów, czyli spotkanie u nas w domu.

Etap czwarty to szkolenie grupowe, które w naszym ośrodku odbywało się przez sześć kolejnych weekendów. Uczestniczyło w nim 9 par i pomimo faktu, że etap ten wzbudza zazwyczaj najwięcej emocji, uważam, że jest on bardzo ważny i potrzebny. Przede wszystkim daje możliwość poznania innych, którzy wybrali taką samą drogę jak my, a tylko w oczach tych ludzi można znaleźć pełne zrozumienie. Przez te kilkadziesiąt godzin próbujemy teoretycznie przygotować się na pojawienie się w naszym życiu dziecka, które będzie potrzebowało nie tylko naszej miłości, ale również wiedzy, troski, uważności, wyczulenia na wiele symptomów, które mogą pojawić się z racji biologicznego pochodzenia dzieci.

Potem pozostaje już tylko etap piąty, czyli najtrudniejszy – czekanie aż zadzwoni telefon. Bo dziecko, które zostanie nam przedstawione, wybiera ośrodek i nie my jesteśmy tu najważniejsi. To nie jest tak, że dla nas szuka się „najlepszego” dziecka, to jest proces odwrotny. To dla dziecka, które ma uregulowaną sytuację prawną, spośród wszystkich kandydatów wybiera się najlepszych rodziców.

 

 

Co było dla was w tym czasie najtrudniejsze, jak odreagowywaliście stres i napięcie?

Najtrudniejsza jest niepewność. Obawa przed tym, jak długo będziemy musieli czekać. Strach, że może już gdzieś jest, że nas potrzebuje, płacze, a my nie możemy go odnaleźć. Trzeba nauczyć się żyć w takim zawieszeniu, odkładać wiele spraw na później. I nie zwariować. Bo ta ciąża nie trwa 9 miesięcy. Czasami 16, czasami 20, innym razem 25. Nigdy nie wiemy, kiedy zadzwoni ten najważniejszy telefon.

Dlatego dobrze jest robić coś poza czekaniem. Błogosławieństwem okazuje się praca, hobby, pasje, psia miłość i drugi człowiek. No i wiara, że na końcu tej drogi zaświeci w końcu słońce, że to nie my jesteśmy tutaj najważniejsi. Nasze dziecko czeka tak samo jak my. Tak samo tęskni. Przerażone jest pewnie jeszcze bardziej od nas. To ta miłość daje najwięcej siły.

Jak przygotowujecie się na przyjęcie dziecka?

 

Czekamy, kochamy, staramy się wyciszyć, uspokoić emocje, otworzyć na wszystko co ma nadejść. Dużo też czytamy. Dzisiaj jest mnóstwo pozycji o rozwoju dziecka, historie spisane przez rodziny, które przeszły taką samą drogę. Szukamy kontaktu z innymi rodzicami, którzy odnaleźli swoje dzieci, grzejemy się w ich cieple i szczęściu. To dodaje otuchy i uspokaja. Niestety, nikt, kto nie był wcześniej w naszej sytuacji, nie jest sobie w stanie tego wyobrazić.

 

Szykujemy też wyprawkę, jak każde małżeństwo w ciąży, choć znacznie się ona różni od tej tradycyjnej. Nie wiemy w jakim wieku będzie nasze dziecko, ani jakiej będzie płci – nie kupujemy więc ubranek, kosmetyków, lalek, wózka, pieluch. Nawet wielkość łóżka w takiej sytuacji staje się problemem. Staramy się skupiać na rzeczach uniwersalnych i koniecznie w bezpiecznych kolorach. Mamy już całkiem sporą kolekcję misiów, klocków, poduszek, kocy. W pokoiku stoi też tipi i bujany konik. Taka duża ilość czasu daje mozliwość wybierania i wyszukiwania tylko tych wyjątkowych przedmiotów. Dużo staramy się robić sami. Nasza pasja w odnawianiu starych mebli świetnie sprawdza się również w przypadku małych krzesełek i stolika, który sami zrobiliśmy.

Jak się czujecie z myślą, że jesteście już tak blisko?

 

Nie wiemy jak będzie, kiedy nasze dziecko się pojawi. Zapewne oszalejemy ze szczęścia, wszystko się zmieni, czas się zatrzyma, wszystko się przewartościuje, będziemy chodzić niewyspani i pewnie długo nie będziemy mogli uwierzyć, że to sie naprawdę dzieje (śmiech). Podejrzewam, że każdy dzień będzie wyzwaniem. Każdy dotyk, uśmiech i zapach będzie jak narkotyk. Ale w tym całym szaleństwie staramy się też, chociaż odrobinę, myśleć racjonalnie – będzie śmiech, ale też pewnie i łzy, dni ciężkie i noce nieprzespane. Na to wszytko zbieramy siły. I czekamy. Cały czas czekamy.

 

***

Rozmawiała: Dominika Janik