Zegarek

Pośpiech nas wykańcza

10:10, 16:16, 20:20 – „Urodziny godziny” – wykrzykuje Igi, jak tylko na zegarku zobaczy odpowiednie cyferki. I strasznie go to cieszy. Jest dumny, że zna się na zegarku. Jego intelekt pojmuje liczby, ale czy pojmuje czas? Śmiem wątpić, szczególnie w szkolne poranki. Ostatnio trafiliśmy do szkoły o 7:57, inni rodzice wesoło zagaili nas „Co się stało? Co tak wcześnie?“. Ha ha ha. Bardzo śmieszne. Ani ja, ani Igi, ani Wierka się nie zaśmialiśmy. Cała trójka uciekła gdzieś wzrokiem, gadka się nie skleiła. Poranek to najbardziej wymagająca część życia, sterroryzowana przez nieubłaganie płynący czas. Jest wypełniony pośpieszaniem i upominaniem. Ja krzyczałam, Wierka się spłakała, Igi przeklina swoje życie pod nosem, głównie mnie: „gdybyś chciała być dobrą mamą, byłabyś milsza”. Gdybym była milsza, w życiu nie dotarlibyśmy do szkoły przed 11:00.

Jeśli kiedyś wydarzy się jakiś dramat w mojej rodzinie, to właśnie przez zegarek. Mam przekonanie graniczące z pewnością. Pośpiech nas wykańcza. Wskazówki wyznaczają stres. Czy mogę to olać? Teoretycznie tak, ale nie chcę „rozwalać rytmu” lekcji (bo Pani Monika jest super) oraz obawiam się braku zrozumienia przez resztę społeczności. Aczkolwiek co wielkiego stanie się, jeśli nie będziemy na czas? Nic. Ale są zasady… Żyjemy w społeczeństwie, „trochę dyscypliny nikomu nie zaszkodziło”, mam „te dzieci wychować nie dla siebie, a dla innych”, bla bla bla. Czyżby? No, w dorosłym życiu może będą na czas, a może nie, tego się nie uczysz za młodu. Mam kilka bliskich typiar, które nigdy nie są na czas i nie odziedziczyły tego bo babce czy matce. Nie wiem nawet, czy próbują być na czas. I co? Nic. Wiadomo, jakie są, i albo to akceptujesz, albo się z nimi nie widujesz. Pierwsze kilka razy mnie to drażniło, teraz planuję dzień i biorę ich obsuwę w swoje obliczenia. Jak Gosia mówi, że spotkamy się w południe, to szykuję się na 15:00. Świetnie to działa. Nikt się już nie spina.

Jak im (moim dzieciom w przyszłości) pociąg czy samolot ucieknie, to się czasu nauczą. Tak myślę. Nie chcę ich nakręcać. I cisnąć, mimo że sama jestem punktualna, głównie dlatego, że planując dojazd, poranek, ogarniam je z dużym zapasem czasowym. Potem połowa tego się rypie, a ja jestem na czas.

Mam ważne pytanie powiązane z tematem – jaki jeszcze gatunek budzi swoje dzieci rano? No, kto się tak znęca? Kozy? Krówki? Mrówki? A może suki budzą szczeniaczki? No, nie. Zwierzęta strofują swoje małe na wypadek zagrożenia. A co nam grozi, jeśli zawalimy grafik? Lubię sobie powtarzać w takich sytuacjach w głowie „przecież mnie nie zabiją”, bo prawda to, i od razu mi lżej. Nie ma co się jeszcze więcej w życiu chlastać.

Naukowcy grzmią – dzieci powinny spać, spać ile mogą. Dla dzieci w wieku szkolnym jest to 9-11 godzin snu. Ich mózgi lepiej działają, gdy są wyspane. A co na to system? Start szkoły o 8:00. Przedszkola i żłobki czynne od 7:00, żeby rodzice mogli przepracować odpowiednio dużą liczbę godzin w swoim życiu. Zróbmy jakąś rewolucję. Śpijmy, ile chcemy!

„Tylko nie druga zmiana, tylko nie to” słyszałam od koleżanek matek, bo wszystko nam to powywraca w napiętym jak struna życiu. A może trzeba doprowadzić do tego, żeby pierdolnęła… ta żyłka, struna czy inna metafora napięcia. No, to jak już pęknie, to wyobraźmy sobie szkołę na późniejszą godzinę. Ja to widzę. Lepsze światło, zjedzone (przeżute, nie połknięte) śniadanie, dzieci same naciągają skarpetki na stopy. Mnie byłoby lżej. Dzieci byłyby wyspane, co znaczy, że byłyby milsze, mniej dupkowate i jęczące, a gdyby były mniej jęczące – ja byłabym milszą osobą z większą energią, którą mogłabym zainwestować w rodzinę, pracę czy siebie. Myślę, że skorzystałoby na tym całe społeczeństwo. Cały świat i nasze PKB.

Wielkie firmy pracują nad wprowadzeniem sześciogodzinnego dnia pracy. Krócej w pracy, dłużej w łóżku! Jeszcze pośpimy kochani, jeszcze się wszyscy wyśpimy, tylko trzeba spuścić to napięcie, przerwać tę żyłkę.

Kocham weekendy. I jeśli ktoś mnie zmusza w te dni do umówienia się konkretnie „na godzinę”, moje serce płacze. Odrzucam takie propozycje. Chcę spędzić dzień zgodnie z rytmem, jaki się naturalnie wytworzy. Kupię sobie gazetę, gdy dzieci będą spały, wypiję samotnie kawę. Potem poprzytulam się z rodziną w łóżku, nieśpiesznie. Może zrobimy śniadanie, a może pobawimy się Lego, a może obejrzymy bajkę. Może ugotujemy obiad, a może wbijemy do kogoś, a może pizza na telefon. Żadnych pewników. Czas płynie i się snuje, a nie dyryguje nami.

Wojtek w piątek mówi: „Już weekend. Nic nie musimy”, a ja odpowiadam: „Nic. Najlepiej”.

Chciałam coś dobrego wymyślić dla zegarka, żeby wpis nie był jednostronny. Pustka. Nico. Na zegarek zerkam  tylko, jak się nudzę. Kiedy jest nudne spotkanie, długa podróż i nie mogę się doczekać końca, to zerkam na zegarek z nadzieją, że przy kolejnym spojrzeniu okaże się, że mojej udręki czas się kończy. Czyli zegarek w moim życiu albo mi grozi, że jestem w niedoczasie, albo mi przypomina, że zdycham z nudów i jeszcze chwilę to potrwa.

Ale, ale… Mam w domu Omegę, w moim wieku. Vintage. Piękny. Wszystko się zgadza, klasa, szyk, choć trzeba nakręcać, więc jeśli nawet zdarzy się, że sobie o nim przypomnę i go założę, to nie wskazuje dobrej godziny. Dla mnie zegarki mogłyby nie istnieć. „Szczęśliwi czasu nie mierzą” czy jak to tam szło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *