rodzew2022

Teraz moje ciało należy do mojego dziecka #rodzew2022

Historie tegorocznych przyszłych mam

Teraz moje ciało należy do mojego dziecka #rodzew2022
archiwa prywatne

Dwieście osiemdziesiąt dni. Czterdzieści tygodni. Trzy trymestry. Tyle czasu trzeba, by powstał nowy człowiek, który zanim się narodzi, przez kilka miesięcy dojrzewa w ciepłym kokonie maminego ciała. Ogromną przemianę przechodzi również przyszła mama. I mimo że każda ciąża ma pewne punkty styczne, to każda jest inna i wyjątkowa. Jak to jest być w tym przedziwnym i cudownym rozdwojeniu? W cyklu #rodzew2022 przedstawiamy trzy ciążowe opowieści.

Dziewięć miesięcy to dużo i mało jednocześnie. Dla dziecka to całe życie, dla mamy zaledwie jego cząstka. Ciąża to czas oczekiwania, przygotowywania i przeobrażania, a także radości, obaw, bliskości, miłości i całej palety jeszcze wielu innych uczuć i emocji. O to, jak się czują w czasie ciąży i jak ją przeżywają, zapytaliśmy bohaterki kolejnej edycji cyklu #rodzew2022. Gosia i Julianna mamami zostaną po raz drugi i obie czekają na córeczki – Hanię* i Krysię. Natomiast Martyna wkrótce powita swoje pierwsze dziecko, syna Harrisona.

*Już po rozmowie, ale przed ukazaniem się materiału na świat przyszła Hania. Zarówno mamie, jak i maluszkowi życzymy pięknego czasu razem.

GOSIA GRODZKA

#upcykling

Zielona królowa upcyklingowej mody, projektantka i twórczyni marki Maruna. Projektuje ubrania w duchu zero waste, w których nie używa nowych materiałów. Ubiera się w second handach i vintage shopach. Prowadzi warsztaty propagujące upcykling jako skuteczną formę walki z wyniszczaniem środowiska. Dla swoich dzieci pragnie świata pełnego serdeczności i miłości.

#sensżycia

Jestem jedną z tych kobiet, które zawsze wiedziały, że chcą  mieć dzieci. W dzieciństwie bawiłam się lalkami, które wyglądały jak bobasy, a jako nastolatka opiekowałam się młodszymi kuzynami. Od mojej mamy często słyszałam zdanie: „Dzieci to sens życia”. Odkąd pamiętam, marzyłam więc o dwójce dzieci i wspaniałej, zgranej rodzinie. Jednak nie było to takie łatwe i proste, jak bym tego chciała. Jedenaście lat temu zostałam mamą Bronia, lecz moje pierwsze małżeństwo po kilku latach się rozpadło. I kiedy straciłam już nadzieję na udane życie rodzinne, pojawił się Dawid, z którym dziś tworzymy patchworkową rodzinę i oczekujemy narodzin naszej córeczki. Nie jestem jednak osobą, która mogłaby poświęcić cały swój czas i uwagę wyłącznie rodzinie. W życiu potrzebuję równowagi, dlatego sfera zawodowa jest dla mnie również bardzo ważna i dbam o to, by osiągnąć zdrowy balans. Wtedy czuję, że rodzicielstwo daje mi najgłębsze spełnienie.

#przeczucie

Obie moje ciąże były planowane i wyczekiwane, ale przyznam, że nie umiałam się tym tak od razu głęboko cieszyć. Kiedy razem z Dawidem zrobiliśmy test i okazał się pozytywny wynik, pojawiła się we mnie radość, ale też niedowierzanie. Trudno było mi uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, choć już od pierwszego miesiąca miałam nudności i byłam bardziej zmęczona. Przez prawo i politykę naszego państwa na tym wczesnym etapie ciąży czułam też spory lęk. Zastanawiałam się, czy dziecko jest zdrowe, czy dostanę odpowiednią opiekę, w razie gdyby coś było nie tak. Z tego powodu zdecydowaliśmy się na badania genetyczne, a później prenatalne, które mnie uspokoiły, i od tej pory już w pełni mogłam się cieszyć moim stanem i czekaniem na Hanię. Od początku zresztą czuliśmy, że to będzie dziewczynka. Nie wiem, skąd się bierze takie przeczucie, bo płeć nie miała dla nas żadnego znaczenia, ale na jakimś głębszym poziomie wiedziałam, że będę miała córkę i tyle! (śmiech) Wiedziałam też, że po jej narodzinach mój świat ponownie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni, tak jak wtedy, kiedy urodził się Bronio. Pamiętam, że byłam szczęśliwa i spełniałam się w roli mamy, ale jednocześnie tęskniłam do dawnej siebie. Dziś wiem, że to są przejściowe etapy i potrafię się nimi w pełni cieszyć. Teraz moje ciało należy do mojego dziecka i nie przejmuję się już tym, jak szybko się męczę czy ile kilogramów przytyłam. Raduję się każdym kopniaczkiem! Czasami sobie z Hanią pogadamy. Rozśmiesza mnie, jak się tak kręci i wierci, mimo że czasem mnie to boli. Mówię do niej wtedy: „Hanka, błagam, nie po nerkach!”. (śmiech) Dawid też lubi mówić do Hani i wyczekiwać kopniaczków. Mam od niego duże wsparcie, jesteśmy w tym razem. Zaskakuje mnie każdego dnia. Poznał mnie jako aktywną, pracowitą, radosną i atrakcyjną kobietę. Teraz, gdy to już końcówka ciąży, mam swoje humorki i dwadzieścia kilogramów więcej, jestem coraz bardziej ociężała, dużo śpię i odpoczywam. Planowałam być aktywna fizycznie i do samego końca chodzić na jogę, ale już wiem, że nie dam rady. Mimo to Dawid uważa, że wyglądam pięknie, i chce się mną nacieszyć taką, jaka jestem teraz. Bardzo to doceniam.

#relacja

Odkąd na świecie pojawił się mój syn, czyli już od jedenastu lat, myślę, jaką chcę być mamą. Skupiam się bardziej na relacji niż na wychowywaniu. Bliska jest mi idea Rodzicielstwa Bliskości. Mam wspaniałego syna. Pomimo wielu trudności w naszym życiu jest bardzo pogodnym i szczęśliwym dzieckiem. Ma wspaniały kontakt ze swoim tatą, ze mną i Dawidem. Cieszy się, że będzie miał siostrzyczkę. Miałam dużo obaw, kiedy wchodziłam w nowy związek, mając dziecko, ale jestem pozytywnie zaskoczona, że w ogóle nie musi być trudniej w takim układzie, wręcz przeciwnie. Dlatego teraz nie mam żadnych obaw – będzie nam pięknie w czwórkę!

 

JULIANNA JONEK-SPRINGER

#pasja

Redaktorka naczelna Wydawnictwa Dowody na Istnienie. Zanurzona w świecie literatury. Uwielbia swoją pracę. Kocha reportaż. Niedługo po raz drugi zostanie mamą, nie zwalnia jednak tempa. Najchętniej pracowałaby aż do porodu. Więc póki jej stan na to pozwala, domyka wszystkie projekty, by zdążyć przed narodzinami córki Krysi. Jej drugą pasją są podróże. Będąc w ciąży, odwiedziła kilka krajów, by nasycić się chwilami wolności.

#urodzinowyprezent

Krysia planowo ma urodzić się czwartego października. Moje urodziny wypadają cztery dni wcześniej – pierwszego. Z kolei gdy sześć lat temu byłam w ciąży z Kazikiem, termin porodu przypadał na szóstego czerwca, dokładnie w dzień urodzin mojego męża Filipa. Ostatecznie nasz syn przyszedł na świat kilka dni później, ale i tak uznaliśmy to za idealny prezent urodzinowy. Śmiejemy się, że z naszą córką będzie podobnie. Chyba nic lepszego w dzień urodzin nie można sobie wymarzyć (śmiech). A że trochę musieliśmy na nią poczekać i zajście w ciążę wcale nie było takie proste jak za pierwszym razem, to radość jest tym większa. Przyznaję, że miałam tak silną emocjonalną potrzebę posiadania drugiego dziecka, tak go pragnęłam, że było to racjonalnie niewytłumaczalne. Bardzo też chciałam, aby Kazik miał rodzeństwo, aby nie był sam. I udało się. Wszyscy czekamy na nowego człowieka.

#jogaocala

Co mi pomaga, kiedy mam spuchnięte nogi albo obolałe plecy, albo rozhuśtany nastrój? Kiedy moje ciało niedomaga, bo wynajmuje przestrzeń mieszkalną sublokatorce? (śmiech) Joga. Joga mnie ocala. Świetnie się czuję, gdy ćwiczę. Robię to zazwyczaj wcześnie rano. Z tego względu, że co roku lato spędzamy w moim rodzinnym domu na Mazurach, mam ten komfort, że mogę wyjść na zewnątrz, poćwiczyć i pobyć w samotności. No, jestem prawie sama, ponieważ mam jednego wiernego towarzysza – kota o imieniu Pasztet, który gdy tylko zaczynam ćwiczyć, układa się w pobliżu mojej maty. Jest cisza i spokój. Czasem tylko znad jeziora dobiegają odgłosy żurawi. To jest mój wspaniały, jakościowy czas. Strawa dla ciała i ducha. Dzięki jodze nie mam doskwierających bólów pleców, które towarzyszyły mi przy pierwszej ciąży. Czuję się sprawna, mimo że mój brzuch jest już duży, i odczuwam w związku z tym ogromną satysfakcję. W ogóle staram się sporo ruszać. Razem z Filipem chodzimy na długie spacery. Jak przejdę kilka kilometrów, czuję, że mam moc. Uzależniłam się nawet od zegarka, który mierzy mi kroki. Jestem zresztą ciekawa, jak ta moja aktywność wpłynie na sam poród. No ale o tym przekonam się wkrótce…

#mocsprawczości

W ciąży nasiliła mi się potrzeba podróżowania. Do tego stopnia, że Filip łapał się za głowę i musiał powstrzymywać mnie przed realizacją niektórych moich szalonych pomysłów (śmiech). Choć przyznaję, że i tak w tej drugiej ciąży jestem znacznie ostrożniejsza i bardziej zachowawcza przy wyborze destynacji niż wtedy, gdy byłam w ciąży z Kazikiem – kiedy wybrałam się do Tajlandii, Laosu i Birmy. Miałam zaplanowaną tę podróż od dawna, a że nie znosiłam zmieniać planów – uznałam, że ciąża to nie choroba, i poleciałam. Dziś – czyli sześć lat później – już nie byłabym tak odważna. Po różnych trudnych przeżyciach wiem, że wszystko może się zdarzyć, i wolałabym nie wylądować na oddziale położniczym w szpitalu w Laosie. Poza tym doświadczenie pandemii nauczyło mnie luzu i zaczynam doceniać, że nie muszę tak obsesyjnie trzymać się planu. W tym roku – przyznaję – wiosną i latem sporo podróżowaliśmy, ale były to wypady skrojone na miarę moich możliwości, z założenia zrezygnowaliśmy z niekoniecznych podróży lotniczych. Zjeździliśmy Austrię, Niemcy, Danię. Było wspaniale. Wizja, że po porodzie nadejdzie jesień, a my będziemy uziemieni z maluszkiem, była dla mnie bardzo mobilizująca. Chciałam jak najwięcej pooddychać pełną piersią, jeszcze trochę podoświadczać. Moja głowa w tych podróżach była wolna, bez wielkich oczekiwań, bez napinania. Wystarczały spacery, dobre jedzenie, plac zabaw pośrodku winnicy pod Wiedniem, moczenie stóp w jeziorze mijanym po drodze. Towarzyszyła mi też podczas tych wyjazdów moc sprawczości. Szczególnie istotna w momencie, kiedy moje ciało trochę przestało do mnie należeć. Niby ciągle moje, ale już poza kontrolą. To oczywiście naturalne, ale denerwują mnie tego typu ograniczenia. Natomiast w podróży miałam poczucie, że jeszcze mogę zrealizować wyznaczone cele – i to niezwykle dobrze działało na moją psychikę. Choć – co tu ukrywać – pojawiały się też nowe wyzwania związane z ciążową fizycznością, ale wtedy od razu przychodzili mi z pomocą Filip i Kazik – moi wybawcy ratujący z każdej opresji (śmiech).

MARTYNA RODERICK

#wojowniczka

Mieszka w Nowej Zelandii, do której na stałe z Polski przeprowadziła się sześć lat temu. Prowadzi aktywne życie. Regularnie chodzi na siłownię i basen. Uczy się biegać. Jest typem wojowniczki.  Na swoim instagramowym koncie przemyca dużą dawkę humoru i pokazuje, jak wygląda życie z protezą nogi, która jest pamiątką po wygranej walce z rakiem. Teraz przygotowuje się do nowej roli. Wkrótce zostanie mamą Harrisona.

 

#zaskoczenie

Ze względu na przebytą chemioterapię nie byłam do końca pewna, czy w ogóle będę mogła mieć dzieci. Nastawiałam się raczej na długą i wyboistą drogę do tego, by zostać mamą. Na szczęście się myliłam. Już niedługo razem z moim mężem będziemy rodzicami! Dobrze pamiętam dzień, kiedy mu o tym powiedziałam. Było to podczas walentynkowej kolacji – mieliśmy więc podwójną okazję do świętowania. Widziałam ekscytację na jego twarzy, kiedy pokazałam mu pozytywny test. Oboje bardzo się ucieszyliśmy. Wraz z upływem dni i tygodni zaskoczyło mnie to, jak dobrze znoszę ciążę. A miałam różne obawy. Myślałam, że po kilku miesiącach moja proteza przestanie pasować i będę musiała wymienić część łączącą ją z ciałem lub że będę musiała chodzić o kulach. Szczęśliwie dalej mogę funkcjonować tak jak do tej pory i nic niepokojącego się nie dzieje. W protezie aktywnie spędzam cały dzień. Ponadto mogę nazwać siebie prawdziwą szczęściarą, bo ominęły mnie nawet poranne mdłości! Ze względu na protezę i niefizjologiczny chód dość wcześnie zaopatrzyłam się w podtrzymujący pas ciążowy i używam go już od kilku miesięcy. Poza lekkim bólem pleców, który jest powszechny w trzecim trymestrze, nic mi nie dolega. W zasadzie to czuję się świetnie! Przez większość ciąży nie zauważyłam prawie żadnej różnicy w moim funkcjonowaniu i do ósmego miesiąca mogłam robić to, co zazwyczaj – trenować na siłowni, pływać w basenie czy chodzić na spacery. Kiedy czasami nie mam motywacji, żeby poćwiczyć, myślę o tym, że gdy ciało jest silne, to lepiej znosi ciążę – i to mi pomaga. Staram się też dużo czytać na temat samego porodu, żeby wiedzieć, jak on może przebiegać. Chciałabym rodzić w wodzie, ale nie przygotowuję sobie szczegółowego planu – jestem otwarta na różny rozwój wydarzeń.

#nakrańcuświata

Do Nowej Zelandii przeprowadziłam się w 2016 roku – zaraz po skończeniu studiów. Razem z moim mężem, który jest Nowozelandczykiem, mieszkamy blisko oceanu, co uwielbiam, bo możemy chodzić na plażę nawet codziennie. Minusem jest niestety odległość dzieląca Nową Zelandię od Polski. To naprawdę najodleglejszy kraniec świata! Już dalej chyba nie mogłam się wyprowadzić (śmiech). A jak wygląda tutejsza rzeczywistość? Zwykle kobiety w ciąży są aktywne zawodowo do kilku tygodni przed porodem, nie przysługuje im zwolnienie lekarskie z powodu ciąży. Opieka medyczna jest darmowa, a ciążę prowadzi położna, chyba że pojawią się komplikacje – wtedy włącza się również lekarz. Co istotne – ta sama położna, która prowadzi kobietę przez dziewięć miesięcy ciąży, obecna jest również przy porodzie. Popularne są tu porody rodzinne i partnerzy są we wszystko zaangażowani. Nie wiem, jakie są statystyki, ale coraz częstsze są porody domowe. Jednak nadal dużo kobiet decyduje się na poród w szpitalu, szczególnie pierwszego dziecka. W Nowej Zelandii istnieje też coś takiego jak „birthing centre”, czyli coś pomiędzy domem a szpitalem. Takie centra porodowe, prowadzone przez położne, są wyposażone we wszystko, co może się przydać podczas porodu. Panuje w nich spokojna, miła atmosfera, a rodząca ma komfortowe warunki, by powitać na świecie dziecko. Oczywiście w razie komplikacji transportuje się ją do szpitala. Jeśli chodzi o urlop macierzyński, to niestety jest on krótszy niż w Polsce i trwa tylko sześć miesięcy, później można go jeszcze wydłużyć maksymalnie do roku, reszta jest już jednak bezpłatna. I to niekoniecznie mama musi zostać z dzieckiem w domu, urlop można podzielić pomiędzy oboje rodziców. Większość mam wraca do pracy po sześciu miesiącach ze względu na to, że żłobków jest tutaj dużo i są łatwo dostępne. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało u nas. Oboje z mężem pracujemy, więc obowiązkami domowymi również się dzielimy, i tak samo będzie przy wychowywaniu dziecka. Tutaj często widzi się ojców spędzających czas z dziećmi, czasami to oni biorą wolne w pracy, kiedy dziecko jest chore, ta odpowiedzialność nie spoczywa wyłącznie na barkach mamy. Wydaje mi się, że partnerstwo w rodzicielstwie świetnie się sprawdza.

 

#siłaakceptacji

Gdy miałam dziesięć lat, zachorowałam na nowotwór kości. Diagnoza trwała kilka miesięcy. Lekarze przekonywali, że to zwykłe bóle wzrostowe. Dopiero kiedy moja noga spuchła, skierowali mnie na dalsze badania. Na początku próbowali ją uratować, ale guz był już zbyt duży, by mogli go bezpiecznie wyciąć, więc zdecydowali się na amputację. W przyszłym roku minie dwadzieścia lat, odkąd żyję z protezą. Stała się ona częścią mnie. Ponieważ byłam jeszcze dzieckiem, gdy amputowano mi nogę, nie za bardzo rozumiałam, jakie będą tego konsekwencje. Myślałam, że po założeniu protezy moje życie będzie takie samo jak przedtem. Dlatego nigdy nie byłam w dołku z tego powodu. Przez jakiś czas nie nosiłam jednak krótkich spodni czy sukienek. Może się trochę tego wstydziłam? W końcu nie widziałam ludzi takich jak ja wokół mnie, w telewizji czy w gazetach. Ukrywałam protezę, żeby się nie wyróżniać. Dopiero kiedy trafiłam na osoby po amputacjach w internecie, uświadomiłam sobie, że posiadanie protezy nie czyni mnie kimś gorszym i latem mogę śmiało założyć spódniczkę, zamiast przegrzewać się w długich spodniach. Bardzo się cieszę, że w mediach coraz częściej pojawiają się osoby o różnych ciałach – nie tylko tych idealnych. I choć cały czas w przestrzeni publicznej za rzadko widuje się osoby po amputacjach, to świat idzie w dobrym kierunku. Ja też na moim Instagramie staram się, by ta kwestia nie stanowiła tabu. Marzę o tym, aby ludzie widywali osoby z protezami znacznie częściej i w końcu przestali uważać je za coś dziwnego czy nienaturalnego. Nie chciałabym, żeby moje dziecko żyło w świecie, w którym będzie szykanowane za swoje przekonania czy wygląd. Chciałabym, aby wyrosło na empatycznego i pewnego siebie człowieka, który nie boi się podążać własną drogą.

Dodaj komentarz