styl życia

Rozmowa o życiu w Meksyku z Sylwią i Marcinem Luks

W dżungli z dziećmi nie zginiemy

Rozmowa o życiu w Meksyku z Sylwią i Marcinem Luks
archiwum rodzinne

Wyjechali z Sopotu na Jukatan najpierw na chwilę, by przeczekać z trójką małych dzieci czas najostrzejszego lockdownu. A potem w tydzień podjęli decyzję, że przenoszą swoje życie do Tulum. Jak wygląda ich rodzinne życie w Meksyku?

W Sopocie zostawili nie tylko przyjaciół i całe dotychczasowe życie, ale także część swojego biznesu, czyli sklep Looks by Luks. Ich pomysł? Osiedlić się w okolicach Tulum, zobaczyć, czy im tam dobrze, a firmę prowadzić zdalnie. Ich syn Teoś miał wtedy 7 lat, córeczka Mia 5 lat, a najmłodsza Zoe nie skończyła jeszcze 2 lat.

Jak wygląda zaczynanie wszystkiego trochę od nowa? Jak to się udaje, kiedy w rodzinie są małe dzieci? Czy ich życie ma rajski smak jak mleko kokosowe? Sylwia i Marcin zdecydowanie mają w sobie krew nomadów. Chcielibyście podjąć taką decyzję jak oni?

Właśnie wyjechaliście na weekend.

Sylwia: Ostatnio dużo pracujemy, więc bardzo się cieszymy, że możemy być gdzieś indziej, niż w Tulum.

Marcin: To tak śmiesznie brzmi, że wyjeżdżamy na wakacje z miejsca, które jest postrzegane jako wakacyjne. Ale dla nas Tulum to normalność, dom, praca.

Wyjechaliście z Polski, bo kiedy w Europie trwał lockdown, chcieliście normalności dla swoich dzieci?

S: Tak, choć przeprowadzkę zaplanowaliśmy jeszcze przed pandemią. To miała być Ibiza, którą kochamy i na którą jeździmy od dawna, mamy tam przyjaciół. Meksyk już znaliśmy, przyjeżdżaliśmy tu na wakacje.

M: Mieliśmy kiedyś pomysł, by kupić nieruchomość w Meksyku, ale upadł, bo wydawało się nam, że to za daleko. Dziś Tulum jest najszybciej rosnącym miastem na świecie. Powstaje tu wiele nietypowych inwestycji, jak 80-metrowa statua w samym centrum dżungli, na najwyższym poziomie będzie restauracja z tarasem widokowym, a w brzuchu tej figury – motylarnia. Jak to miasto będzie wyglądać za 5 lat? To będzie na pewno całkowicie inne miejsce.

S: Poczuliśmy, że daje duże możliwości. Powiedziałam Marcinowi: „A może zamiast do Hiszpanii przeniesiemy się tutaj?”. A Marcin odpowiedział: „Też sobie o tym pomyślałem”. I podjęliśmy decyzję, że to będzie Meksyk. Dużo, dużo dalej niż Hiszpania, w szczególności w kontekście pracy zdalnej.

M: Mama Sylwii przyjechała z nami na cztery pierwsze miesiące i nam pomagała. Wszystko było nowe: nowe mieszkanie, nowy samochód, nowa szkoła. Teraz otacza nas lokalna społeczność. My ją współtworzymy, dobieramy sobie ludzi trochę nam podobnych. Bardzo dużo sobie nawzajem pomagamy, zarówno w prostych rzeczach sąsiedzkich typu pożyczenie cukru, awokado czy samochodu, przez zajmowanie się dziećmi, po odwożenie ich sobie nawzajem co drugi dzień do szkół lub stawianie baniek. A czasem – robienie sobie zakupów, bo np. tylko w jednym miejscu jest tu superchleb, który nam przypomina chleb z Polski.

Jak wyglądała adaptacja dzieci do tego nowego życia?

M: Nasze dzieci nie zaznały polskiego systemu szkolnego. Teoś poszedł tutaj do pierwszej klasy, Mia do przedszkola, Zoe mogłaby chodzić do żłobka, ale to się nam logistycznie nie zgrywa. Na początku dzieci były podekscytowane, ale pierwsze dwa tygodnie, do półtora miesiąca w przypadku Mii, okazały się ciężkie. Dzieci odczuły, czym jest bariera językowa. Są mocno społeczne i lubią obecność innych dzieci. Chcą się bawić, rozmawiać, śmiać, i nagle się okazało, że nie mogą tego robić. Mia nie chciała zostawać w przedszkolu, płakała, musieliśmy być tam z nią razem.

S: Mia mówiła: „Mama, nie jedź. Nie zostawiaj mnie tu. Nikt mnie nie rozumie, ja nic nie rozumiem”.

M: No, ale wiedzieliśmy, że musimy to przetrwać i sobie z tym poradzić. Teraz dzieci mówią po hiszpańsku lepiej niż my.

S: Poprawiają nas.

M: Dziś już nie jest dla nich ważne, czy ich znajomi to dzieci ekspatów czy Meksykanie, i tak wszyscy mówią po hiszpańsku. Mam grupę dzieci, którą zawożę i odwożę ze szkoły lub znamy się z urodzin, i wiem, że choć tam są Niemiec, Francuz, Meksykanie i Polacy, to muszę do nich mówić po hiszpańsku, bo inaczej musiałbym każdemu tłumaczyć w jego języku… Ostatnio w szkole Teosia odbył się Festiwal pokoju i każda rodzina przygotowała danie ze swojego kraju. Mogliśmy próbować przysmaków z różnych części Meksyku, z Francji, z Japonii… Dzieciaki rozmawiają, pytają, co to jest, jak to jest zrobione, próbują. Niektóre potrawy im smakują, inne nie. Ale chłoną różnorodność.

S: To jest szkoła głównie oparta o metodykę waldorfską, czerpie też z innych systemów edukacyjnych. Tu dużo mówi się o emocjach i pozwala się dzieciom eksplorować. Nasze dzieciaki codziennie wracają do domu brudne, czy to w farbach, czy to w błocie. Nie ma czegoś takiego jak zła pogoda, a szkoła jest w dżungli. Rodzice są mocno zaangażowani w życie szkoły, biorą udział w różnych zajęciach, w przygotowywaniu festiwali. Ta wspólnota rodziców i nauczycieli żyje w dużej bliskości. Mamy podobny światopogląd i to jest fajne. Wiemy, że żyjemy w bańce, i cieszymy się, że mamy taką możliwość. Dzięki temu to, co się dzieje na świecie, trochę mniej nas dotyka.

M: Wielu ludzi tutaj przyjeżdża z tego samego powodu, co my – szukają wolności. Są zmęczeni albo nie zgadzają się z tym, co się dzieje na świecie, i chcą normalnego życia.

Czy w tej różnorodności kultur i zdarzeń trzeba jakoś inaczej dbać o poczucie bezpieczeństwa dzieci? O jakąś stałość, bazę?

S: Każde dziecko jest inne. Są dzieci, które koniecznie potrzebują rutyny, i takie, które się odnajdują świetnie bez niej. Znamy rodziny wielodzietne, w których dzieci uczą się w różnych systemach – np. jedną dziewczynkę mają na nauczaniu domowym, a druga  chodzi do szkoły publicznej, bo tego chciała i potrzebowała. Nasze dzieciaki są przyzwyczajone do tego, że się musi coś dziać. Z drugiej strony, mocno ograniczamy dzieciom dostęp do technologii. Nie są przyzwyczajone do tego, żeby siedzieć w miejscu i oglądać bajkę. Mają swoje walkie-talkie, lornetkę, latarkę, biegają i same organizują sobie zabawy. Ważną rzeczą, o którą dbamy, jest dostęp do ruchu. Tutaj dzieci po prostu idą na podwórko – biorą ze sobą najmłodszą Zoe, bawią się patykami. Spędzając czas na świeżym powietrzu, są szczęśliwe, spełnione. Potem kładą się spać, a my mamy trochę czasu na pracę.

Co radzicie ludziom, którzy chcieliby wyjechać, tak jak wy?

S: Mówimy, że przeprowadzka i zmiana całego życia nie jest dla każdego. Jeżeli ktoś jest przyzwyczajony, że ma wsparcie rodziny czy znajomych, a nie jest osobą, która bardzo łatwo nawiązuje kontakty, to może mu być trudno. Wszystko zależy od charakteru. Tęsknię za moimi przyjaciółmi z Polski, ale tutaj dość szybko zbudowałam nowe przyjaźnie. Dzięki nim mamy namiastkę rodziny. Ale jeżeli dla kogoś ważna jest dobra pogoda, tak jak dla mnie, świetnie odnajdzie w takich klimatach jak ten.

Dla mnie było jasne, że nie chcę zostawać w Polsce na siłę. Mimo że mam tam przyjaciół, kochającą rodzinę, firmę, to chcę spróbować czegoś nowego. I czasami trzeba po prostu iść za głosem serca. Ważne jest, żeby zapoznać się dobrze z miejscem, do którego jedziemy, i mieć świadomość różnicy kulturowej. Tu, w Meksyku jest dezorganizacja, bardzo duża biurokracja i dużo czekania na wszystko. Mówi się „ahorita”: wszystko jest „za chwilkę”, z tym że ahorita może trwać i trwać. Więc jeżeli ktoś jest ułożony, nie ma w sobie luzu, żeby odpuścić, będzie mu trudno. My też się tego odpuszczania uczyliśmy, stwierdziliśmy, że to jest fajne, że ludzie nie spinają się tym, że muszą wszystko robić na czas. Tu ludzie są zdrowsi, nie mają takich ambicji, jak my w Europie, żeby robić nie wiadomo co. Im jest dobrze z tym, co mają, nic więcej do życia po prostu nie potrzeba. Warto więc pojechać gdzieś na próbę, żeby sobie nowe miejsce życia przetestować.

Co dla was jest tu trudne?

S: To, że mamy 7 godzin różnicy czasu względem Polski. Pracujemy zdalnie, mamy własną firmę, a wspólny czas pracy z Polską, z naszym polskim zespołem, jest bardzo krótki. Marcin wstaje o 4:00 rano i pracuje. Nasze biuro zaczyna pracę o godzinie, która dla nas jest 1:00 w nocy. To rozwleka wszystkie procesy. Te godziny, w których mamy kontakt z biurem, to czas, kiedy dzieci są przy nas, szykujemy je do szkoły. Zdalne prowadzenie firmy jest dla nas najbardziej wymagające i to ono generuje kryzysy i konflikty między Marcinem a mną. Mamy spięcia, że ktoś czegoś nie zrobił na czas, nie odpowiedział na maila… Ten lekki stres czasem się odbija na naszym związku. Kłócimy się, o to, żeby każde z nas mogło popracować. Najmłodsza Zoe jest z nami i żonglujemy czasem opieki: jedno się nią zajmuje, drugie w tym czasie pracuje. Cała reszta to pikuś.

A kwestie stylu życia?

S: Meksyk zużywa ogrom plastiku. Wszystko jest pakowane w plastik. Rynek produktów ekologicznych czy zero waste nie jest tu rozwinięty. Przeżywam wewnętrzny konflikt, bo mam wartości, co do realizacji których musiałam zmienić swoje oczekiwania. Ten nasz rok tutaj jest na próbę, ale to, że codziennie otacza nas piękna natura, że żyjemy wśród ludzi podobnie myślących, wynagradza wiele. Meksyk nas bardzo otworzył na to, że wszystko można zmienić. Można się z trójką dzieci wyprowadzić na koniec świata, podejmując decyzję w tydzień.

Jak się z tej perspektywy myśli o przyszłości?

S: To, co się wydarzyło w ostatnich dwóch latach, pokazało, że nie ma co się zastanawiać nad przyszłością, ani planować. Oczywiście jakieś decyzje, np. odnośnie zabezpieczeń na przyszłość, podejmujemy. Ale staramy się być bardziej tu i teraz, nie mamy też zbędnych oczekiwań.

M: I samo miejsce zamieszkania nie ma dla nas kluczowego znaczenia. Naszym miejscem do życia nie musi być Meksyk.

S: Może za dwa lata się stąd wyprowadzimy i pojedziemy na Kostarykę albo do Miami…

M: Wybierając imiona dla naszych dzieci – Teo, Mia, Zoe – zakładaliśmy, że kiedyś będą mogli mieszkać gdzieś indziej niż w Polsce.

S: Póki co, bardzo się cieszymy, że mogą mieć prawdziwie analogowe dzieciństwo. Mogą wszystkiego doświadczać i są bardzo sprawne fizycznie.

M: Wejdą na palmę!

S: Zrywają kokosy, rozwalają je i piją z nich wodę. Jeśli będzie jakiś kataklizm, to z dziećmi w dżungli nie zginę. Bycie tu to dla nich lekcja, nie tylko języków, ale i umiejętności obcowania z innymi kulturami. To jest ten start, który chcemy im dać, to wsparcie rozwoju, które się przyda niezależnie od tego, jak się potoczy ich życie. Bo co będzie, to będzie.

Dziękuję wam za rozmowę.

Dodaj komentarz