tata

O pracy, pracy nad sobą i pracy nad byciem tatą

Rozmowa z Wojtkiem Zielińskim

O pracy, pracy nad sobą i pracy nad byciem tatą
archiwum prywatne

Przestałem myśleć, że jestem operatorem filmowym, a zacząłem myśleć, że pracuję jako operator. Mentalnie to była duża zmiana – mówi Wojtek Zieliński, przedstawiciel grupy kreatywnych i intensywnych zawodów z tzw. nieregulowanym czasem pracy, prywatnie partner Julity Olszewskiej, tata dwójki.

Rozmawiamy więc o dzieciach na planie, o synchronizowaniu rytmu zawodowego i rodzinnego, ale przede wszystkim o tym jak być zaangażowanym tatą kiedy kolejny projekt wyłącza cię z codziennego trybu na wiele dni i godzin. A wszystko zaczęło się od pewnego wpisu na Instagramie…

Jednym z pretekstów do naszej rozmowy był post Twojej żony, Julity, który stanowi dobry start do dyskusji o łączeniu życia zawodowego i wychowania dzieci w zawodach kreatywnych, gdzie nie istnieje coś takiego jak jedno miejsce pracy i godziny „od – do”. Ile najdłużej nie było Cię w domu w związku z pracą na planie?

Jak zaczęliśmy ze sobą być, to bardzo szybko Julita zaszła w ciążę. Urodziło się dziecko, potem, po trzech latach kolejne. Ja miałem wtedy skok w rozwoju kariery w świecie reklamy, bywało, że wyjeżdżałem na miesiąc-dwa i nie było mnie nie tylko w domu, ale w ogóle w Polsce. Tyle, że to doprowadziło do tego, że nasze małżeństwo prawie się rozpadło. Wtedy wziąłem pół roku wolnego, praktycznie nie pracowałem i pierwszy raz wyjechaliśmy na farmę do Portugalii. Dzięki temu wszystko wróciło mniej więcej do normy. A ja też zrozumiałem, że życie może być ciekawsze niż praca. Przestałem myśleć, że jestem operatorem filmowym, a zacząłem myśleć, że pracuję jako operator. Mentalnie to była duża zmiana.

W Portugalii to w ogóle rozważałem, że zostanę tam i będę jeździł Uberem. Faktem jest, że inaczej postrzega się pracę i sukces zawodowy tutaj, gdzie jest on jakąś treścią życia, niż tam, w świecie przyrody, oceanu i przestrzeni. Gdzie nie ma ciśnienia na karierę, ludzie pracują w sklepie, mają jakieś firmy online, pracują w turystyce lub zajmują się wychowaniem dzieci.

Teraz jest inaczej z Twoją obecnością domową?

Tak i nie. Nie mam aż tak długich wyjazdów, ale np. właśnie dwa tygodnie temu skończyłem projekt dla platformy streamingowej, który zaczął się przed 15 stycznia, niemal całoroczny. Realnie na zdjęciach byłem 90 dni. Te zdjęcia co prawda częściowo były w Warszawie i okolicach, ale też częściowo poza. To było 90 dni, ale rozciągnięte na pół roku. Sporą część tego czasu można potraktować jako moją nieobecność. Niestety plan na polskich fabułach trwa 12 godzin. Z dojazdem, nawet względnie niedalekim, nie ma cię 13 godzin w domu. Były dni, że nie widziałem w ogóle dzieci. A czasem wstawałem po nocnym planie o siódmej rano, żeby je zobaczyć, co z kolei skutkowało zmęczeniem. Wracasz do domu taki zmęczony i nie ma energii, żeby się zająć dziećmi, które na ciebie wskakują, bo po prostu chcą atencji, zabawy. A ja mam ochotę posprzątać w kuchni, bo mnie wkurza bałagan. Z jednej strony spełniłem w tym projekcie swoje marzenie, z drugiej dostałem od tego marzenia mocno po dupie.

To wróćmy do słonecznej Portugalii, z której teraz właśnie wróciliście z krótkich wakacji. Czy tam jest inaczej z życiem rodzicielskim? Czy jest inne podejście do dzieci, rodziny, wychowania? Masz obserwacje dotyczące różnic?

Ciężko mi mówić o świecie rdzennym, portugalskim, bo tak naprawdę kiedy tam byliśmy, to głównie spędzaliśmy czas z ekspatami, których jest szczególnie dużo w Algarve, podobno około 40%… Ignacy chodził tam do brytyjskiej szkoły. Kumplowaliśmy się z rodzinami podobnymi do naszych. Teraz niektóre z tych dzieci przeszły na naukę online. Co oczywiście sprzyja bardziej mobilnemu życiu, podróżom. Wzruszało mnie obserwowanie ojców z synami surfujących w wodzie po lekcjach. My po szkole też codziennie chodziliśmy na plażę, tam praktycznie można to robić przez cały rok. Na pewno styl życia jest bardziej wyluzowany.

Mógłbyś/chciałbyś w ogóle zarzucić pracę na długi czas aby przejąć opiekę nad dziećmi?

Wiesz co, chyba bym to bardziej traktował nie jako zarzucenie pracy na rzecz opieki nad dziećmi, tylko zarzucenie tego świata, stylu życia tutaj na rzecz dzieci i siebie. Po to by spędzać więcej czasu z żoną, z dziećmi, ale także z samym sobą, ze swoim ciałem, z surfingiem, z fotografią lub innym rozwojem osobistym. Rozmyślam czy nie mam odwagi, by porzucić swoją strefę komfortu finansowego, czy naprawdę miałoby to sens mieszkać tam i wyjeżdżać co chwilę do pracy w Polsce czy gdzieś w Europie. Nie wiem czy taka zmiana się kiedyś wydarzy. Musiałbym wygrać w totolotka, w którego nie gram.

Oboje z Julitą jesteście freelancerami. Zakładam, że oprócz Twoich planów zdjęciowych pracujecie sporo z domu. W imieniu swoim i czytających zapytam o to jakie rytuały wypracowaliście, aby ta praca z domu szła sprawnie. W momencie kiedy rozmawiamy, moja partnerka siedzi w zamkniętym pokoju z naszym 7-miesięcznym synem, aby były warunki do rozmowy, więc sam wiem, że nie zawsze jest łatwo. Jak sobie radzicie kiedy jesteście wszyscy na miejscu?

Wiesz, tak się składa, że mieszkamy w domu, a nie mieszkaniu, więc mamy przestrzeń, np. Julia ma swój gabinet, z którego korzysta. Ale z drugiej strony musimy na niego zarobić co wiąże się z poświęcaniem czasu i energii na pracę zamiast na życie rodzinne. Życie sprowadza się często do logistyki, kto zawiezie, kto odbierze, kto zrobi zakupy. I to wszystko jest potwornie mało sexy i w ogóle nie ma w tym poezji. Ale godzę się z tym, no bo każdy to ma. Żeby lepiej sobie radzić mamy wspólny kalendarz. Muszę przyznać, że jest w naszym związku jakieś poczucie nierównowagi. Ja jestem mniej obecny i Julita czuje, że musi poświęcić swoje rzeczy na rzecz tego, że mnie nie ma. Odbiegam trochę od Twojego pytania, ale tak mi się to cały czas nasuwa, że wiesz, moja praca jest taka, że nie mogę rano wstać i zadzwonić Słuchajcie, nie przyjdę bo dziecko ma gorączkę. Bo mój zawód ma taki charakter, że jak ja nie przyjdę, to wszystko stoi i kilkadziesiąt osób nie może nic zrobić. Wtedy Julita rzuca swoje plany i zostaje z dziećmi. Może jestem nadodpowiedzialny, bo przez dwadzieścia parę lat ani razu nie zawaliłem dnia zdjęciowego.

Macie jakieś zasady „fair play”, że kiedy kończysz projekt i wracasz, to wtedy robisz w domu więcej? Długo zajmuje Ci wdrożenie się w codzienny tryb życia rodziny po zakończeniu dużego projektu?

No mi się wydaje, że tak, że robię więcej. Co prawda moja żona nie zawsze tak uważa, ale chyba tak jest. Teraz, po zakończeniu tego dużego niemal rocznego projektu, specjalnie pojechaliśmy od razu na wakacje, żeby nie przeskoczyć od razu do codzienności, tylko najpierw przewietrzyć się troszkę. Staram się jak mogę. Wiesz, na przykład nie mam czegoś takiego jak czas z kolegami. Albo pracuję, albo zajmuję się domem. Nie oczekuję za to medalu, ale właśnie tak jest…

No właśnie, a propos, co z tym medalem dla żony, od którego zaczęliśmy, bo odpowiedź gdzieś nam umknęła…

A, tak. Julita mówiła mi Wiesz, ja chyba na koniec dostanę jakiś jebany medal, za ten cały wysiłek, jak Ty już skończysz ten projekt. Więc tak sobie pomyślałem, że właściwie ja mogę zrobić jej ten medal. Kupiłem go, wygrawerowałem specjalnie na tę okazję. Myślę, że było to całkiem wzruszające. To był bardzo miły wieczór, bankiet kończący całą pracę przy tej produkcji, gdzie Julita powiedziała, że jest dumna z tego co zrobiłem, zdobyła się na to, żeby odrzucić cały swój gniew i zareagować w miły sposób. Medal był takim moim symbolicznym podziękowaniem. A mniej symbolicznie to staram się być obecny. Byłem z dzieciakami na basenie wczoraj, zawiozłem dzisiaj z rana do szkoły. Kładę je spać wieczorem, bo one cały czas jeszcze chcą, mimo że mają  11 i 7 lat, żeby je przytulać czy poczytać książkę na dobranoc. A czas kiedy są w szkole staram się wykorzystać na coś dla siebie. No i zaczęliśmy pracować z Julitą razem, w domu, nad tekstami, co jest w sumie fajną koncepcją. Może to nam wyjdzie na dobre, pozwoli mieć bardziej wspólny rytm domowy. A mi być bardziej obecnym w domu. A może kiedyś pozwoli także znowu pojechać gdzieś na pół roku i tę pracę literacką robić online.

A na razie, póki pojawiasz się na planach filmowych – zabierasz dzieci czasem ze sobą do pracy, czy starasz się te dwa światy rozdzielać?

Czasami jestem w stanie je zabrać na dokumentację, kiedy nie mają szkoły, np. w wakacje. Co prawda Ignacy wtedy często czyta sobie po prostu komiksy, bo spędzenie ileś tam godzin na planie jest dla nich nudne. W ogóle bycie na planie, ale nie jako osoba zaangażowana, tylko obserwator, jest supernudne. Głównie się czeka i jeśli nie jesteś osobą z ekipy, to nie jest to w ogóle intrygujące. Aczkolwiek przez pierwsze dwie wizyty na planie Ignacy i Wiera byli całkiem zainteresowani, pytali o wszystko odwiedzali garderobę, Wiera mówiła „akcja” przez radio. Oni w sumie dużo oglądają, i już niekoniecznie kreskówki, więc zobaczenie tego po raz pierwszy z drugiej strony było dla nich początkowo ciekawą przygodą.

Twój zawód to głównie praca z obrazem, kadrami, zmysłem wzroku. Starasz się swoje dzieci uwrażliwiać wizualnie? Stymulować je do przywiązywania do tego większej uwagi?

Raczej uważam, żeby nie narzucać im czegokolwiek w kwestiach zainteresowań, czy tym bardziej przyszłości zawodowej. Zwłaszcza, że zawód związany z pasją, ambicjami to trochę pułapka, która bardzo mocno cię wkręca i czasem pożera. Bywa, że myślę, że dużo zdrowiej jest być na przykład dekarzem. Co do zmysłu wizualnego, to nie wiążę go z kadrami, tylko raczej ze światem dookoła, zachęcam moje dzieci, by doceniały estetyczne piękno wokół, które w Polsce jest niestety mocno ułomne. Ale mam wrażenie, że potrafią zachwycać się choćby naturą, pięknem przyrody. Ignacy czyta dużo komiksów, które też, myślę, kształtują w nim jakiś zmysł estetyczny. Ciekawe jest to, że oglądając filmy czy seriale potrafi zwrócić uwagę na to, że tam jest sztuczna krew i twierdzi, że to widać. Wiera z kolei zaczęła być bardzo wrażliwa na modę. Bywa, że przed wyjściem do szkoły potrafi się przebrać trzy razy żeby wyglądać tak jak jej się podoba.

A byłbyś gotów pracować ze swoimi dziećmi na planie już tak stricte zawodowo? I jak to jest właściwie z tymi dziećmi na planach. Co jest w pracy z dzieciakami najfajniejsze, a co najtrudniejsze?

My mieliśmy już taki epizod z moją córką, że w pandemii, jak to się wszystko nagle zamknęło i wszyscy wpadli w panikę, przyszedł taki pomysł, że nakręcimy po prostu reklamę czekolady w domu. Ona powstała i normalnie poszła do emisji. Kręciliśmy ją w jakimś superokrojonym składzie, cały czas w domu, gdzie ja byłem operatorem, aktorem i zajmowałem się z reżyserem wszystkim, łącznie z prasowaniem zasłon. Choć myślę, że miało to dla Wiery też trudne momenty. Ona miała wtedy pięć lat i niespecjalnie potrafiła odróżnić moje role taty i operatora. Męczyło ją powtarzanie siedemnaście razy jednej czynności, a ona jest osobą, która nie potrafi za bardzo usiedzieć w miejscu. Po prostu cały czas się rusza, czego nie mogła wtedy robić bo znikała z kadru. Więc w końcu zaczęła walić głową w kanapę i powiedziała że już nie chce i to jest koniec. I to rzeczywiście był koniec. Więc chyba nie chcę chodzić z moimi dziećmi na plan i zmuszać ich do tych wszystkich nudnych i powtarzalnych czynności.

Nie męczyć ich tym.

Tak, bo wiesz, na planach bywa różnie, choć od jakiegoś czasu warunki stają się bardziej ludzkie, działają związki zawodowe czy inne organizacje, które pilnują żeby dzieci nie spędzały na planie więcej niż sześć godzin. Więc reklamą nie chcę moich dzieci męczyć, może bardziej w jakichś fajnych fabularnych sytuacjach, żeby było to przygodą przy okazji. Jeśli chodzi o pracę z dziećmi na planie tak generalnie, to są one oczywiście nieprzewidywalne. Nie da się do wielu rzeczy dziecka zmusić. Raz byłem na planie świadkiem sytuacji, w której mama mówiła do córki Słuchaj, musisz to zagrać, przecież wiesz, że babcia jest chora i zbieramy na operację.

Straszne obciążanie dziecka odpowiedzialnością…

Tak, chore, jakieś obciążanie, przekupstwo. Już bardziej fair wydaje mi się wzięcie syna na plan i wypłacanie mu co ujęcie, nie wiem, 100 złotych w gotówce, żeby on po prostu widział, że jest to zdrowy układ materialny, jest już na tyle duży, że chyba by to zrozumiał. Ale nie przekupywanie go np. czekoladą, żeby zagrał kolejny raz. Dzieci potrafią też np. zasnąć w połowie ujęć. Jest to zupełnie naturalne przecież i na pewno trzeba do nich inaczej podejść. Na szczęście, jak wspomniałem, sytuacja na planach się normuje, na naszym ostatnim była Zosia, która jest pedagogiem, trochę też trenerką. I ona zajmowała się dziećmi od początku do końca, przebywała z nimi na wyjazdach, ćwiczyła z nimi role, była dla nich taką poduszką. I to jest super.

Na koniec pytanie, które zadaję każdemu twórcy. W Twoim przypadku o film. Gdybyś miał polecić swoim dzieciom któryś, z dedykacją na całe życie, co by to było?

Hmm, trudne pytanie. Nie wiem, może „Czas Apokalipsy”, żeby pokazać im bezsens walki i wojny. Zwłaszcza, że moje dzieci ostatnimi czasu notorycznie o coś się kłócą i walczą ze sobą i bardzo trudno nam z Julitą coś z tym zrobić. No i może „Stutz” w reżyserii Jonah Hill. Polecam.

*

Wojtek Zieliński operator filmowy, fotograf, mąż Julity, tata 11-letniego Ignacego i 7-letniej Wiery. Jako operator współtwórca wielu produkcji reklamowych dla najpopularniejszych marek, a także teledysków (m.in. Dawid Podsiadło, Sokół).

Wojtek Terpiłowski domowy myśliciel, biegacz, kolekcjoner winyli, miłośnik owsianki. W przeszłości m.in. dziennikarz muzyczny, aktualnie kieruje marketingiem w jednym    z klubów sportowych. Hurtowo pochłania wszystko, co da się przeczytać. W niekończącym się procesie tworzenia debiutu pisarskiego. Zafascynowany medytacją i jej okolicami. Tata siedmiomiesięcznego Janka.

Coś dla Ciebie

Na Farmie

Na Farmie

Dodaj komentarz