dom na wschodzie dzikie dzieci

„Nie ma takiego muru, którego człowiek by nie pokonał”

Rozmowa z Joasią, Markiem, Frankiem, Ignacym i Marysią z Domu na Wschodzie

„Nie ma takiego muru, którego człowiek by nie pokonał”
materiały organizatorów

Sześćset nietoperzy, dwa psy, stadko dumających na gałęzi kur i pięcioosobowa rodzina, która przypadkowo rejestruje ukrytą kamerą skrywające się w lesie osoby uchodźcze. Las z filmu Lidii Dudy bywa świetlisty, pogodny, pełen świeżych zwierzęcych tropów i szeleszczących pod stopami ziół, ale też mglisty, ciemny i nieprzyjazny. Bohaterowie filmu, Asia, Marek, Franek, Ignacy i Marysia, stworzyli konstelację rozświetlających mrok emocji i najserdeczniejszych odruchów, jakie kiedykolwiek widziało kino.

Nie dajcie się zmylić, że „Las” jest o beztrosce, dzikim wychowaniu i edukacji domowej. Po kilku minutach od rozpoczęcia seansu jasne się staje, że to tylko tło dla bardziej złożonej opowieści. Osią, która spina i determinuje narrację, jest kryzys humanitarny na granicy polsko-białoruskiej i to, jak żyjąca od kilkunastu lat w puszczy rodzina angażuje się w pomaganie.

Reżyserka Lidia Duda podpatruje, słucha i chodzi krok w krok za swoimi bohaterami, aż uchwyci migotliwy gest, za pomocą którego Asia, Marek i ich dzieci raz się ukrywają, a innym razem odsłaniają. Najwyraźniej Duda uwielbia przekopywać się przez zasoby portretowanej rodziny i czule podkradać z nich to, co posłuży opowiadaniu tętniącej życiem historii. Tak powstało obrazowo-dźwiękowe imaginarium, złożone z metafor ze świata przyrody, jasnych i czytelnych dla wszystkich.

O legalności pomagania, porzucaniu strachu i burzeniu murów między ludźmi rozmawiałam z bohaterami filmu dokumentalnego „Las”, który zobaczycie podczas 21. Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity w kategorii „bohaterowie są wśród nas”.

Na rozgrzewkę przed naszą rozmową mam dla was ćwiczenie z podróżowania w czasie. Wyobraźcie sobie, że stoicie przed waszym nowym domem, wybudowanym 11 lat temu, zupełnie nieświadomi tego, co was czeka. Co widzicie?

Marek: W tamtym momencie urzekła nas dzika przyroda, jezioro Siemianówka, Puszcza Białowieska.

Asia: Szczególnie puszcza!

M.: I to, że można się przeprowadzić w takie miejsce, gdzie jest prąd, ale funkcjonuje się poza kłębowiskiem ludzi. Byliśmy wtedy dużo młodsi…

Franek: I ambitniejsi! [śmiech]

M.: Mieliśmy masę energii. Ale wtedy też nie mieliśmy jeszcze naszego agroturystycznego Domu na Wschodzie i do wszystkiego podchodziliśmy bardzo idealistycznie.

Marzyciele, którzy urwali się z miasta, by mieszkać w puszczy.

M.: Wszyscy pukali się w głowę.

A.: Patrzyliśmy z zachwytem na te tereny i ten zachwyt do dziś nie minął, w każdym razie jeśli chodzi o przyrodę. Może nawet bardziej ją teraz doceniamy, gdy ją lepiej poznaliśmy. Więc to nie jest tak, że wszystko zmieniło się na gorsze.

A co się zmieniło na lepsze?

A.: Przede wszystkim udało się zatrzymać wycinkę puszczy. Po przeprowadzce myśleliśmy, że wszystko jest takie piękne, że pewnie samo się zrobi i ułoży. Mieliśmy chyba takie podejście jak nasi goście, którzy przyjeżdżają bez świadomości tego, ile pracy trzeba było i wciąż trzeba wkładać w to wszystko, jak ogromne jest to dla nas wyzwanie. Wtedy jednak tego nie widzieliśmy, a w kontekście uchodźców, o których opowiada film „Las” Lidki Dudy, nie mieliśmy pojęcia, że przyjdzie nam się mierzyć z takim problemem. To miała być nasza ostoja, azyl. Tutaj można było spacerować godzinami i nikogo nie spotkać. Aż nagle to wszystko tak bardzo się zmieniło.

Zakończenie filmu „Las” Lidii Dudy odczytuję pesymistycznie. Wydajecie się wyczerpani, osamotnieni i pozbawieni nadziei w kontekście kryzysu na granicy i tego, w jaki sposób osoby uchodźcze są traktowane w naszym kraju. W filmie jest taka piękna scena, w której odlatują żurawie. Pomyślałam sobie wtedy, czy i wy nie mieliście chęci, by rzucić to wszystko i odlecieć?

M.: W tamtym czasie, gdy kryzys uchodźczy był najbardziej nasilony, niejednokrotnie myśleliśmy, że źle wybraliśmy. Z drugiej strony zamieszkanie tutaj nie było kwestią wyboru, bo my zawsze działaliśmy bardzo spontanicznie i emocjonalnie. Trafiliśmy tu trochę przypadkiem i w tamtym momencie uwiecznionym w filmie uznaliśmy to za złe zrządzenie losu.

A.: Jednocześnie cały czas myśleliśmy o tym, że włożyliśmy tu mnóstwo pracy, a w takiej sytuacji trudno jest wszystko rzucić i odlecieć. Wszystko, co tutaj stoi, budowaliśmy z pasji, z serca, własnymi rękami i w pocie czoła. Tu przyszły na świat nasze dzieci i tutaj się wychowywały, a potem, gdy troszkę podrosły, zaczęły nam pomagać. Zbyt wiele emocji wiąże się z tym miejscem, żeby je opuścić. Znamy też wielu ludzi, którzy tu zostali, choć przeżywają dokładnie te same rozterki, co my.

M.: No, powiedzcie, dzieciaki, chcielibyście stąd wyjechać i zamieszkać gdzieś indziej?

Franek, Ignacy, Marysia: O nie, to by była najgorsza rzecz w świecie!

Gdybyśmy chcieli zrobić spis wszystkich domowników, to jak długa byłaby ta lista? Widzę dwoje rodziców, troje dzieci, psa… Kogo brakuje?

A.: Tu się przewinęło bardzo dużo zwierząt. Obecnie mamy jednego własnego psa i jednego, który szuka domu.

A co z kurami? Mnie rozczuliło to, że wy im postawiliście pod drzewem drabinkę, aby mogły trenować wzlatywanie szczebel po szczebelku, a potem gałąź po gałęzi. I dzięki temu one mogą siedzieć na gałęzi jak sowy i komentować rzeczywistość.

M.: Niestety, tych kur już nie mamy. To jest cena życia blisko przyrody, bez płotów i klatek.

Co się stało?

M.: Jakiś czas temu osiedliła nam się w stodole kuna. Jako że mieszkała tam długo i była nieszkodliwa, nie zwracaliśmy na nią większej uwagi. Aż pewnego dnia weszła do kurnika i wybiła niemal wszystkie kury. Ocalała tylko jedna, ale po nią po pewnym czasie przyszedł lis.

A.: Kury były z nami przez wiele lat, zżyliśmy się z nimi i wciąż jesteśmy w żałobie. Powoli rozglądamy się za nowymi, ale boję się, że sytuacja może się powtórzyć.

M.: Najpierw musimy odzwyczaić lisy od myślenia, że kury wciąż tu są. Lisy przyzwyczajają się do łatwego łupu i po udanych łowach często wracają w to samo miejsce. Może jeśli przez jakiś czas nie będą ich spotykać, to przestaną przychodzić pod nasz dom.

Bardzo te kury polubiłam. Myślę, że wielu widzów będzie je ciepło wspominać.

M.: Ceną za wolność było ciągłe narażenie na niebezpieczeństwo i ataki dzikich zwierząt. Ale takie było nasze założenie od początku: nie więzimy zwierząt. Myślę, że one były z nami bardzo szczęśliwe.

Kto jeszcze przychodzi pod wasz dom, poza lisami? W filmie można zobaczyć żubry, jelenie, łosie. A może kamera nie złapała któregoś sprytnego, niedającego się złapać podglądacza?

M.: Przychodzą wilki, które trudno zauważyć.

F.: Ja widziałem raz wilka!

M.: Tu jest mnóstwo dzikich zwierząt, większych i mniejszych. Teraz nad naszymi głowami fruwają jaskółki. [Marek przesuwa komputer w taki sposób, bym mogła je zobaczyć]. Właśnie budują gniazdo i jak co roku…

A.: Jak co roku będą robiły sobie z naszego domu toaletę. [śmiech]. A my będziemy ratować ich małe, które wypadają z gniazda.

M.: A gdy są duże upały, te gniazda wysychają i spadają, taka natura. Raz się zdarzyło, że gniazdo spadło nam prosto do rąk. Mieszka też u nas kilkaset nietoperzy.

F.: Kilkaset tysięcy!

A.: Nie, tysięcy to nie, może sześćset. One żyją w zewnętrznych ścianach budynku. Wieczorami, gdy się budzą, piszczą cichutko i wylatują na zewnątrz. Kiedyś fruwały nam po pokojach, ale założyliśmy moskitiery w oknach. To wszystko też sprawiło, że inaczej podchodzimy do zwierząt.

Co masz na myśli?

A.: Już się ich nie boimy. Początkowo okrywaliśmy się kocem i próbowaliśmy otwierać okno żeby jakoś je przegonić. Teraz już wiemy, że one same wylecą, a te wszystkie historie o wplątywaniu się we włosy to mity, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Czyli to nie z powodu nietoperzy ścięłaś włosy?

A.: [śmiech] Mam mocne włosy, które szybko odrastają, dlatego co kilka lat oddaję je dla fundacji wspierającej osoby w trakcie leczenia onkologicznego.

Czy w waszych okolicach spotykacie moje ukochane ptaszki, raniuszki, których w żadnym warszawskim parku nie mogę spotkać?

M.: Raniuszków nie widujemy, ale przy karmniku gromadzą się sikorki, mazurki, sójki, dzwońce, dzięcioły, trznadle, szczygły i grubodzioby. Odwiedzają nas także drapieżniki.

A.: Ostatniej zimy gościliśmy krogulca, który podczas lotu uderzył w szybę. Ułożyłam go w kartonie, bo panował mróz. Zupełnie się nie ruszał i nie wiedziałam, czy przeżyje. Zadzwoniłam się skonsultować i dowiedziałam się, że trzeba go zostawić i poczekać, on sam sobie poradzi. I faktycznie, przespał się w domu, a rano wyniosłam go na ganek, skąd odleciał.

M.: Kiedyś przyleciała też do nas sowa płomykówka.

Taka jak z opowieści o Harrym Potterze?

M.: Tak, z białą szlarą.

A.: Myślałam, że śnię, gdy zobaczyłam ją o świcie i we mgle. Zatoczyła koło nad naszym domem i odleciała. Po jakimś czasie wróciła i przesiadywała na tarasie. Zamarzyło nam się, żeby się u nas osiedliła, ale koniec końców się nie zdecydowała. Komary nam dzisiaj nie dają spokoju! [Marek i Asia od początku naszej rozmowy okadzają się specjalną mieszanką ziół przeciw komarom].

Z jakich ziół jest to kadzidło?

A.: Wrotycz, bylicę i krwawnik obwiązaliśmy sznurkiem i ususzyliśmy. Tak oto powstało naturalne kadzidło odstraszające komary, które dodatkowo pięknie pachnie.

Macie tu całe gromady podglądaczy, ale wy też trochę jesteście podglądaczami. Chodzicie do lasu, obserwujecie zwierzęta i zastawiacie kamery pułapki, by przyjrzeć się z bliska ich zwyczajom. Przypadkowo nagraliście osoby uchodźcze, które szukały schronienia w lesie. To musiało być dla was duże wydarzenie, bo oto kryzys nabrał realnego wymiaru. Już nie był odległym tematem z telewizji, tylko czymś bardzo namacalnym.

M.: Początkowo nie mogliśmy uwierzyć w to, co się dzieje. Mówiło się o Usnarzu Górnym, ale nikt się nie spodziewał, że to będzie miało ciąg dalszy. Co prawda takie sytuacje, że ktoś przekroczył granicę nielegalnie, zdarzały się przez całe lata, ale dotąd były to pojedyncze przypadki.

A.: Od czasu do czasu przyjeżdżała do nas straż graniczna i pytała, czy kogoś widzieliśmy. Kiedy gościły u nas osoby zza wschodniej granicy, strażnicy pytali, czy na pewno przyjechali odpoczywać. To oczywiście przekraczało naszą i gości granicę komfortu, ale przez te wszystkie lata zdążyliśmy się przyzwyczaić do tych nagłych przesłuchań. Poza tym działo się to bardzo rzadko. Pewnego dnia wszystko się zmieniło.

M.: Jesienią, po sezonie, zawsze wyjeżdżamy na urlop, żeby złapać oddech. Tym razem jednak zupełnie nie odpoczęliśmy bo cały czas dochodziły do nas informacje o znajdowanych w lesie uchodźcach. Tak więc zamiast odpoczywać, śledziliśmy sytuację. To nam nie dawało spokoju.

A.: I cały czas myśleliśmy o powrocie, a przecież na wakacjach myśli się o wszystkim, tylko nie o powrocie do domu. Wreszcie mieliśmy dużo wolnego czasu dla dzieci i przestrzeń, żeby odpocząć. W nas jednak rosła potrzeba działania i pomagania. Przez telefon nikt nie chciał powiedzieć, co naprawdę się tam dzieje, więc od razu po powrocie postanowiliśmy, że włączymy się do pomocy.

W filmie widzimy wasze regularne nocne wyprawy z noktowizorem do lasu. Na początku sami, z własnych środków, kupowaliście jedzenie i odzież dla osób uchodźczych i je im dostarczaliście. Potem założyliście zbiórkę i działaliście już przy wsparciu wolontariuszy, którzy pomagali segregować i pakować rzeczy.

A.: Do pewnego momentu organizowaliśmy pomoc z własnej kieszeni. Niejednokrotnie trzeba było zdjąć z siebie ciepłe ubranie i komuś je oddać. Sytuacja na granicy spowodowała jednak, że straciliśmy nasze podstawowe źródło utrzymania, zaczęliśmy więc organizować zbiórki. Przyszło do nas około 900 paczek. Niestety, część rzeczy, mimo że ofiarowana ze szczerego serca, zupełnie się do lasu nie nadawała.

M.: Jedna wielka dostawa rzeczy wyjechała do teatru.

A.: Nie mieliśmy miejsca, żeby te rzeczy magazynować. Na szczęście pojawili się wolontariusze. Dzieci też pomagały w sortowaniu. W filmie wygląda to może trochę strasznie, ale one miały przy tym wielką frajdę!

M.: I ogromne poczucie obowiązku.

Jak rozmawialiście z dziećmi o kryzysie humanitarnym na granicy? Skąd wiedzieliście, jak je bezpiecznie włączać w pomaganie?

M.: W zasadzie one same włączyły się w pomaganie, a my intuicyjnie tłumaczyliśmy, że są w lesie ludzie, którym trzeba pomóc.

A.: Dzieci w tym wieku są łatwe w obsłudze – zadają konkretne pytania i oczekują konkretnych odpowiedzi. Dlaczego zanosimy jedzenie do lasu? Bo tam są głodni ludzie. Skąd się tam wzięli? Przygnała ich wojna. Nie ukrywamy przed nimi zbyt wielu rzeczy.

M.: Bo przed dziećmi nie sposób niczego ukryć.

A.: Nawet gdy próbowaliśmy z innymi dorosłymi porozmawiać o trudnych kwestiach i prosiliśmy je, aby zostawiły nas samych, one i tak się skradały i podsłuchiwały. Czasem zdarzało się, że usłyszały coś, czego nie powinny były usłyszeć. Staraliśmy się im potem wyjaśniać te trudniejsze kwestie. Widzieliśmy też, że z biegiem czasu zaczęło to wpływać negatywnie na ich poczucie bezpieczeństwa. Stąd między innymi decyzja o tym, by przestać chodzić do lasu.

M.: W pomaganie zaangażowało się wtedy więcej osób z zewnątrz, wielka fala się skończyła, co pozwoliło nam wrócić do swoich obowiązków.

A.: Gdyby jednak ta sytuacja się powtórzyła, zachowalibyśmy się tak samo.

W filmie są dwie sceny pokazujące, jak próbujecie zrównoważyć stres i wysiłek przeżywany na co dzień. Pierwsza to moment, kiedy pijecie kawę z termosu, która tobie, Asiu, nie chce przejść przez gardło. Druga to kąpiel w ziołach. Czy robiliście jeszcze coś, by się o siebie zatroszczyć w tym trudnym czasie?

A.: W mediach nie mówiło się zbyt wiele o bardzo cennej inicjatywie, która pomogła nam i wielu innym wspierającym uchodźców osobom prawdziwie się zregenerować. Ludzie, którzy dysponowali domkiem lub pensjonatem agroturystycznym, udostępniali swoje miejsca na kilka dni. To było dla nas wybawienie, bo w tym czasie byliśmy skrajnie zmęczeni i nie mieliśmy środków, by dokądkolwiek wyjechać.

M.: Wspominamy ten wyjazd jako najlepszą formę pomocy.

A.: Raz dostaliśmy też drewno na opał, co było przemiłym, praktycznym gestem.

Lidia Duda często porusza w swoich filmach kwestie rodzinne, między innymi w „Pisklakach”, „Braciach” czy serialu dokumentalnym o samotnych ojcach. Znaliście je, zanim zdecydowaliście się z nią pracować?

M.: Lidia pokazała nam „Pisklaki”, żebyśmy mogli poznać jej sposób pracy. Zanim do nas przyjechała, nie słyszeliśmy o jej filmach.

A.: I początkowo wcale nie chcieliśmy z nią pracować.

M.: Ale ona była bardzo zdeterminowana.

A.: To był dla nas trudny czas – nie chcieliśmy żadnych kontaktów z mediami. Mieliśmy złe doświadczenia.

M.: Dziennikarze, z którymi mieliśmy do czynienia, często szukali krwi i te najcięższe sytuacje w lesie były dla nich najciekawsze.

A.: Niektórzy publikowali wywiady bez naszej autoryzacji i umieszczali w tekście nasze dane. Zdarzały się pogróżki, złe opinie w Internecie, w komentarzach pod naszą ofertą agroturystyczną. Nie chcieliśmy, by ten film wywołał kolejną falę hejtu i odbił się negatywnie na naszej pracy. Ale Lidia tak długo nas przekonywała, zapewniała o dobrych zamiarach, że w końcu zdobyła nasze zaufanie. Kiedy pokazała nam zdjęcia, które u nas zrobiła, wyczuliśmy w nich delikatność i emocje, dlatego się zgodziliśmy.

M.: Teraz myślę, że nikt nie zrobiłby tego filmu lepiej.

Jak chcielibyście, by ten film był odbierany przez widzów? Co chcieliście za jego pośrednictwem przekazać?

M.: Pomaganie jest legalne.

A.: A prześladowanie osób, które pomagają innym, jest wysoce obrzydliwe. Znamy wielu ludzi, którzy działali w porywie serca, dawali z siebie wszystko, a teraz nie dość, że odchorowują to psychicznie, to jeszcze są prześladowani przez służby i wymiar sprawiedliwości. Nie ma dnia, bym o tym nie myślała. To ogromna niesprawiedliwość – nie można wykorzystywać ludzi do zastraszania innych.

Was nie udało się im zastraszyć.

A.: My też się baliśmy. Nie wiem, co by było, gdyby nas aresztowano na 48 godzin – rodziców trojga dzieci, które codziennie wieczorem usypiamy. Ten strach był dla nas dużym obciążeniem. Pamiętajmy, że osoby uchodźcze nadal koczują w lesie, ale choćby nie wiem jakie zasieki postawiła straż graniczna, wszystko na nic. Bo nie ma takiego muru, którego człowiek by nie pokonał.

***

Więcej informacji o filmie „Las” Lidii Dudy i harmonogramie seansów znajdziecie na stronie mdag.pl.

21. Festiwal Filmowy Millennium Docs Against Gravity trwa w kinach od 10 do 19 maja, a w wariancie online od 21 maja do 3 czerwca.

Film ,,Las” zdobył główną nagrodę Amnesty International w kategorii filmów mówiących o prawach człowieka, nagroda za produkcję od Smak.jam oraz dla najlepszego polskiego dokumentu.

Dodaj komentarz