dzikie dzieci wychowanie

Wszystkie dzieci są dzikie

Co robić, kiedy gorące i gwałtowne emocje dziecka są dla nas niczym ciężki test wydolnościowy? Jak uzupełniać pokłady cierpliwości i skąd brać siły na bycie wystarczająco dobrym rodzicem?

Wszystkie dzieci są dzikie
Lidka Dzwolak

Co robić, kiedy gorące i gwałtowne emocje dziecka są dla nas niczym ciężki test wydolnościowy? Jak uzupełniać pokłady cierpliwości i skąd brać siły na bycie wystarczająco dobrym rodzicem? W jaki sposób budować bezpieczną więź z dzieckiem, nawet wówczas, gdy czujemy się nieszczególnie kompetentni? W ramach współpracy z wydawnictwem Natuli – dzieci są ważne – rozmawiamy z Eliane Retz i Christiane Stellą Bongertz – autorkami książki „Wild child, czyli naturalny rozwój dziecka”.

Ten niezwykły poradnik, pełen badań i przykładów, przekazanych przystępnym językiem, oferuje konkretne i merytoryczne wsparcie każdemu zaangażowanemu rodzicowi. Dostarcza nie tylko ogromnej dawki potrzebnej wiedzy o rozwoju dzieci, ale też pozwala spojrzeć na swoją rolę przewodnika z dystansem i nieco większym spokojem. Podejście bliskościowe i ukierunkowane na więź – choć nie staje się nagle wolne od wyzwań – wydaje się znacznie bardziej naturalne, wręcz intuicyjne. Co więcej, pocieszająco działa uświadomienie sobie, ilu poprzeczek nie musimy nieustannie podnosić.

Kim jest tytułowe „dzikie dziecko” i jakie wyzwania wychowawcze stoją przed jego rodzicami?

Zasadniczo wszystkie dzieci są „dzikie” w całkiem naturalny sposób. Mają swój wrodzony wewnętrzny „program”, aby – oczywiście z czasem – wyzwolić się, tj. uniezależnić od swoich rodziców. Jednocześnie długo potrzebują od nich bezpieczeństwa, miłości i troski, bez względu na wszystko. Podążanie za tymi sprzecznymi potrzebami autonomii i przywiązania, a także pilnowanie zdrowej równowagi pomiędzy nimi wiąże się z dużym wysiłkiem i nieuchronnie prowadzi do napięć i frustracji opiekunów oraz dzieci. Te wszystkie aspekty jednak są budulcem zdrowej relacji.

Małe dzieci mają mnóstwo naturalnych ograniczeń: są za małe, za słabe, nie opanowały jeszcze zdolności motorycznych niezbędnych do wykonywania tego, co chcą, muszą się nauczyć, jak radzić sobie z emocjami. Jeśli zatem wpadają w złość, gdy nie dostają lodów, których tak bardzo pragną, lub gdy nie udało im się samodzielnie zapiąć swetra, potrzebują raczej pomocy, zrozumienia i pocieszenia ze strony tych kochających i troskliwych dorosłych niż karania czy nagany. To jest chyba największe wyzwanie współczesnych rodziców! Być tą osobą, która bez narzekania odniesie się do ich emocji i da dobry przykład, jak najlepiej sobie z tymi emocjami radzić, a tym samym pokazywać, jak przekształcać je w uczucia, które można opanować (obecnie w psychologii coraz częściej odróżnia się emocje od uczuć – te pierwsze są pierwotne, wyłaniają się z ciała i są w ciele odczuwane, te drugie – etykietujemy już świadomie, w procesie, i możemy nad nimi pracować). Ten proces trwa latami i wymaga dużej dawki rodzicielskiej cierpliwości. Na szczęście coraz więcej rodziców jest gotowych na to zadanie, ponieważ rozumieją, że zachowanie dzieci nie wynika z chęci wymuszania czy manipulacji, ale z braku kompetencji wobec różnych rozwojowych zadań.

Wielu współczesnych rodziców zdaje sobie też sprawę, że chociaż kara czy nagana mogą skutecznie wytworzyć u dziecka określone zachowanie, nie jest ono wówczas wynikiem zrozumienia, a strachu, i nie prowadzi do prawdziwego postępu.

Nawiasem mówiąc, gdy używamy słowa „rodzice”, mamy na myśli każdą osobę, do której dziecko jest przywiązane. Nie ma wymogu, by byli to rodzice biologiczni. W takim samym stopniu dotyczy to rodziców adopcyjnych, dziadków czy innych osób, które regularnie sprawują troskliwą opiekę nad dzieckiem, okazują mu miłość czy pomoc w potrzebie. W języku niemieckim słowo „Eltern” etymologicznie oznacza „starszyznę”, czyli każdą osobę starszą, z którą dziecko wytworzy więź.

Skoro już mowa o więzi, to co stanowi bazę bezpiecznej więzi? Czy istnieje minimum, które możemy zrobić, aby ją stworzyć, jeśli na początku rodzicielstwa nie czujemy się kompetentni lub brakuje nam odpowiedniego wzorca do naśladowania?

U podstaw bezpiecznej więzi leży chęć zapewnienia dziecku opieki i okazywania miłości, kiedy ono tego potrzebuje. Oznacza to, że za każdym razem, gdy niemowlę sygnalizuje potrzebę płaczem lub nawoływaniem, a rodzic zaspokaja te podstawowe potrzeby tak szybko, jak to możliwe, więź między nimi się wzmacnia. Psycholożka Mary Ainsworth nazwała to w latach siedemdziesiątych „wrażliwością macierzyńską”, my wolimy, aby ten termin zastąpić „wrażliwością rodzicielską”, żeby obejmował on również ojców.

Dopóki dziecko jest niemowlęciem, czułe zaspokajanie jego potrzeb rzeczywiście powinno odbywać się tak szybko, jak to możliwe. W ten sposób w dziecku buduje się podstawowe poczucie zaufania.

Z czasem jednak do potrzeb dołączają zachcianki i oczywiste jest, że nie każda z nich może (lub musi) zostać natychmiast zaspokojona. Wówczas, by dziecko nadal czuło się dostrzegane i traktowane poważnie, okazując miłość, wyjaśniamy, dlaczego to lub tamto – np. zjedzenie trzeciego batonika, wdrapanie się na regał z książkami, tłuczenie szklanek – nie jest dobrym pomysłem. Ponieważ to właśnie rodzicielska gotowość do dostrzegania i poważnego traktowania dziecka w jego indywidualnym emocjonalnym systemie jest kluczem do stworzenia silnego, bezpiecznego przywiązania. Przy czym warto zauważyć, że nie każdą sytuację trzeba rozwiązać perfekcyjnie lub że ta więź zostanie zerwana, jeśli rodzice co jakiś czas tracą cierpliwość czy krzyczą. Naprawdę nikt nie musi być idealny. Co więcej, w domach, w których rodzice działają przez większość czasu w sposób zorientowany na zrozumienie i przywiązanie, jest też spora przestrzeń na pomyłki. Aby być wystarczająco dobrym rodzicem, nie trzeba mieć doskonałych wzorców do naśladowania, np. we własnych rodzicach – zresztą szczerze mówiąc: prawie nikt ich nie ma – ale trzeba być otwartym na refleksję nad schematami z własnego dzieciństwa i nad swoim zachowaniem jako rodzica.

Piszecie w swojej książce, że budowanie bezpiecznej więzi od niemowlęctwa pozostawia ślady w mózgu i brzuchu. Jak to pracuje w dorosłym życiu?

Mózg i połączenia neuronowe w naszym mózgu, a także w naszym ciele – zwłaszcza w jelitach – są kształtowane przez nasze doświadczenia i sposób, w jaki sobie z nimi radzimy. Ostatnie badania wykazały na przykład, że oksytocyna, czyli hormon przywiązania, jest trwale ustawiona na wyższym poziomie w organizmach dzieci, których rodzice wykazują wspomniane wyżej wrażliwe zachowania. Takie dzieci szybciej i sprawniej radzą sobie z redukcją lęku i skuteczniejszą samoregulacją w sytuacjach stresowych. Efekty te wydają się być długotrwałe, co oznacza, że jako dorosła osoba także będzie sobie lepiej radzić w analogicznych momentach. Z kolei  ciało migdałowate – czyli nasz mózgowy czujnik alarmowy – u osób, które w dzieciństwie doświadczyły wiele stresu, jak np. bycie pozostawionym samym sobie, by nauczyć się zasypiania, jest ściślej związane z niższymi strukturami układu limbicznego w mózgu. Skutkuje to silniejszymi reakcjami emocjonalnymi na stosunkowo niewielkie bodźce. Osoby te w dorosłym życiu łatwiej ulegają przytłaczającym emocjom i często nie są w stanie zbyt dobrze kontrolować swoich reakcji. Ponieważ jednak – na szczęście – nasze mózgi i układy neuronalne są plastyczne, konsekwencjom tym można zaradzić – przynajmniej częściowo – przy pomocy profesjonalnej pomocy, na przykład psychoterapeutycznej.

Ustaliliśmy już zatem, że kluczowe są reakcje rodzica. Jak uwolnić się od przekonania, że podążanie za potrzebami dziecka nie jest tożsame z rozpieszczaniem go?

Ustaliliśmy, że podstawowe potrzeby dziecka należy zaspokajać jak najszybciej, aby budować istotne poczucie zaufania. Zapewnienie dziecku miłości, pomocy, uwagi, jedzenia itd. nigdy nie jest rozpieszczaniem, i to w żadnym wieku! Jeśli jednak rodzice cały czas dają coraz starszemu dziecku wszystko, czego ono sobie życzy (np. uważając, że chronią je w ten sposób przed stresem związanym z negatywnymi doświadczeniami i wyzwaniami), można to postrzegać jako niekorzystne rozpieszczanie. W miarę dorastania bowiem dzieci muszą – stopniowo, odpowiednio do ich możliwości rozumienia – opanowywać zdolność do czekania i radzić sobie z odmową. Ważne jest też, aby wiedziały, że inni ludzie także mają potrzeby i że to wyznacza granice. Najlepiej się to udaje, gdy rodzice wykazują zrozumienie dla emocji dziecka, a mimo to pozostają konsekwentni w swojej decyzji, czyli np. starają się spokojnie wytłumaczyć, dlaczego nie można ciągnąć kota za ogon albo kupić kolejnej przytulanki.

Tłumaczenie brzmi świetnie, ale przecież często jesteśmy zmęczeni lub przebodźcowani. Jak wówczas nie wybuchnąć i nie dać dziecku sygnału, że jego potrzeba jest dla nas utrapieniem?

Zamiast krzyczeć: „O rany, czy ty kiedykolwiek możesz zrobić coś sam?!”, kluczem jest – znowu – dostrzeżenie potrzeby dziecka i własnej, a potem nazwanie naszych motywacji lub uczuć. Weźmy głębszy oddech i zwięźle wyjaśnijmy, dlaczego nie możemy zaspokoić potrzeby dziecka natychmiast, w pełni lub wcale. Następnie, jeśli to możliwe, zaproponujmy coś w zamian lub kompromis. Kilka przykładów: „Rozumiem, że chcesz się ze mną pobawić, ale boli mnie głowa i muszę odpocząć. Może spróbujesz poukładać puzzle, a ja trochę ci pomogę, leżąc na kanapie?”. Lub: „Wiem, że kochasz risotto, ale zrobienie tego dania zajmuje dużo czasu. Możemy to zrobić w weekend, jeśli chcesz. Na razie mam czas wyłącznie na kanapki”. W ten sposób dziecko uczy się od nas jeszcze jednej ważnej lekcji – że dbanie o siebie jest w porządku.

Zaciekawiła mnie informacja, że u ssaków niespełna 5% ojców opiekuje się swoimi dziećmi. U ludzi zaś ok. 55% niemowląt tworzy więź z ojcami. Nawet w tym kontekście nie wydaje się to jednak pocieszającą statystyką. Co możemy zrobić, aby zwiększyć ten odsetek, i dlaczego jest to tak ważne?

To bardzo proste: wszyscy ojcowie powinni troszczyć się i być wrażliwi na swoje dzieci, tylko w ten sposób tworzy się więź. Kropka. Dla dziecka najważniejsze jest, by mieć przynajmniej jedną osobę, do której czuje się przywiązane w sposób bezpieczny. Nie ma znaczenia, czy jest to matka, ojciec, oboje rodziców, czy jeszcze ktoś inny. Oczywiście najkorzystniejsza sytuacja to taka, kiedy ma wokół siebie więcej niż jedną osobę, której ufa. Doświadczenie, że matki i ojcowie są w równym stopniu zdolni do opieki tworzy ponadto przekonanie, że można robić to samo w różny sposób oraz że nie jesteśmy skazani na pełnienie określonej roli lub kopiowanie jakichś zachowań wyłącznie ze względu na płeć. W dłuższej perspektywie takie postawy tworzą tolerancyjne społeczeństwo, w którym dzieci (a potem wyrastający z nich dorośli) ufają swoim możliwościom.

Co oksytocyna ma wspólnego z rodzicielstwem i jak może nam pomóc wiedza na ten temat?

Oksytocyna nazywana jest hormonem przywiązania, ponieważ przyczynia się do tego, że czujemy się bliżsi innym, ale także bardziej zrelaksowani, cierpliwsi, bardziej kochający i kochani, a stąd również – bardziej chętni do współpracy. Zatem robienie rzeczy, które stymulują produkcję tego hormonu, może nam bardzo pomóc w rodzicielstwie. Na szczęście sposobów na pobudzenie tego procesu jest bardzo wiele: noszenie dziecka, kontakt skóra do skóry, zarówno podczas karmienia piersią, jak i butelką, przytulanie, trzymanie się za ręce, rozmawianie i czułe patrzenie na siebie.

Dowiedziono także, że rodzice, którzy są bardzo zestresowani w kontaktach ze swoim rozemocjonowanym kilkulatkiem, mogą stymulować produkcję oksytocyny, patrząc na jego zdjęcia z okresu niemowlęctwa, a wówczas faktycznie czują, jak cudownie odbudowują się ich pokłady cierpliwości.

Opowiedzcie jeszcze, proszę, czym jest rodzicielska koregulacja.

W skrócie: zauważanie i akceptowanie emocji dziecka, nadanie jej nazwy (np. frustracja, radość, strach), a następnie pokazanie, jak sobie z nią poradzić. Przykładowo, jeśli dziecko się złości, bo ty chcesz wrócić z placu zabaw do domu, a ono nie, możesz powiedzieć: „Wiem, że to świetna zabawa, i rozumiem, że chcesz zostać. Kiedy ja się bawię, też nie chcę przestać, ale teraz jest mi naprawdę zimno i bardzo chcę iść do domu. Umówmy się na ostatnie dwa zjazdy ze zjeżdżalni i że niedługo tu wrócimy”. To nie zagwarantuje, że dziecko nagle się uspokoi i szczęśliwie wróci z nami do domu. Powtórzmy jednak – zauważanie pragnień dzieci (i dorosłych!) nigdy nie jest daremne, pokazywanie, że potrafimy rozpoznać czyjeś emocje i że ich posiadanie jest w porządku, zawsze służy budowaniu więzi i zdrowemu rozwojowi. Osoba czuje się widziana, a nie ignorowana. Złość dziecka w końcu minie i wtedy możecie się mocno przytulić – także dla tej dodatkowej dawki oksytocyny. Warto pamiętać, by zauważać i nazywać również szczęście, radość, przyjemność itp., choćby po to, by mały człowiek uczył się rozpoznawać, w jakich sytuacjach się one pojawiają, a tym samym – jak może je u siebie wywołać.

Osobiście za najbardziej wspierające w waszej książce uważam rozdziały o rodzicielskiej niekonsekwencji i nieporozumieniach. Gdzie szukać cierpliwości i wyrozumiałości dla samego siebie i naszego partnera w roli rodzica?

Ludzie są różni, rodzice są różni, a zatem prawie niemożliwe jest, aby mieli zawsze takie samo zdanie. Postępujemy różnie i to jest w porządku. Jeden rodzic wybierze wózek, drugi nosidło, jeden przed snem śpiewa kołysanki, drugi rozpęta bitwę na poduszki. Jeden rodzic uważa, że zasady są po to, by je łamać, drugi jest bardziej konsekwentny. Nie warto doszukiwać się w tym problemu, bo takie po prostu jest życie: różnorodne. Dzieci uczą się, że istnieją różne punkty widzenia, różne sposoby prowadzenia domu i różne sposoby wspólnej zabawy. Na dłuższą metę więc nabierają tolerancji i elastyczności w myśleniu.

Relacja między rodzicami a dziećmi nie jest ani bitwą, ani meczem sportowym, nikt tu nie zbiera punktów, ani nie „przegrywa”.

Nie trzeba się także obawiać robienia tzw. wyjątków. Powiedzmy, że w domu regułą jest chodzenie spać o siódmej wieczorem, ale jeśli dziś przyjeżdża ciocia, która mieszka daleko – można się przy tym nie upierać. Albo mama powiedziała najpierw, że nie kupi kolejnego pluszaka, a potem zmieniła zdanie, w drodze wyjątku. Ponieważ to oczywiste, że może zasady modyfikować! Bycie rodziną obejmuje wiele wyjątków, wiele kompromisów, wiele dyskusji – i dużo miłości. Co więcej, wyjątek można zrobić tylko wtedy, gdy istnieje reguła, a zatem on ją tylko – zgodnie ze znanym powiedzeniem – potwierdza.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

*

Dr Eliane Retz – pedagożka i terapeutka rodzinna, pracująca według założeń terapii systemowej, bada wpływ wczesnych doświadczeń więzi na rozwój człowieka i jego autonomię, mama dwójki dzieci.

Christiane Stella Bongertz – naukowczyni (zakres: komunikacja, konstrukcje rzeczywistości i in.) i dziennikarka, pisze m.in. dla niemieckojęzycznych magazynów parentingowych „Eltern” i „Eltern Family”, mama i bonusmama.

 

 

Dodaj komentarz