rozmowa

Najlepszą formą pamiętania o moim dziecku jest pełne życie

Rozmowa z Justyną Wicenty

Najlepszą formą pamiętania o moim dziecku jest pełne życie
Joanna Załęska

„Kołysanka z huraganem” Justyny Wicenty to zapiski z dziennika, który prowadziła po śmierci swojego syna. Wyszła do nas ze swoją historią, między innymi po to, byśmy nauczyli się być z rodzicami po stracie. O tym też jest nasza rozmowa.

Przyznaję się uczciwie, nigdy sama nie sięgnęłabym po tę książkę. Śmierć dziecka jest tematem, który jako matka instynktownie odsuwam. Na początku czytałam kompulsywnie, zadaniowo, tak jakbym chciała się uchronić przed własnymi uśpionymi lękami i traumatycznym doświadczeniem innej matki. Ale Justyna napisała książkę, która nie odbiera i nie straszy. Słowami stworzyła przestrzeń, w której empatycznie przeżywa się coś bardzo blisko zupełnie obcej osoby. Trzeba ją czytać, bo żyjemy obok ludzi, którzy potrzebują naszej akceptującej bliskości.

Strata i żałoba jest doświadczeniem, przed którym wszyscy stajemy tak samo bezbronni i samotni. Nie ma języka do rozmawiania, nie ma narzędzi do bycia obok. Śmierć to tabu. Śmierć dziecka to zaprzeczenie porządku świata. Matka w żałobie to figura, trochę święta, a trochę trędowata.

Justyna, mama trójki dzieci, wychodzi do nas ze swoją historią, bo ma już na to siłę, jej żałoba ma swój koniec, jej życie znowu odzyskało światło. Przeczytajcie tę książkę i przeczytajcie naszą rozmowę, może znajdziecie w niej ukojenie dla własnego bólu, a może przytulicie kogoś cierpiącego obok.

Rozmowę przeplatają fragmenty książki.

Muszę ci się przyznać, że jesteś dla mnie wyzwaniem, jako rozmówczyni.

Wiem to, ale mam nadzieję, że każda osoba już po rozmowie bądź w trakcie, czuje, że buduję bezpieczną przestrzeń do tego rozmawiania. Mam w sobie na tyle dużo otwartości, że z bezpiecznym dystansem dla samej siebie, zapraszam kogoś do świata moich doświadczeń.

Śmierć, strata, żałoba, to sfera życia, która jest bardzo nieobecna, zepchnięta na margines, z różnych względów wyrugowana. I co teraz, kiedy przechodzisz przez śmierć dziecka, śmierć kogoś najbliższego, jak dalej funkcjonować wśród ludzi, którzy, na szczęście, tego doświadczenia nie mają? Niektórzy je mają, ale o tym nie wiesz, bo raczej to chowają gdzieś bardzo, bardzo głęboko. Chcę, na ile to jest możliwe, pozwolić innym osobom się zbliżyć do tego doświadczenia i próbować, jak możemy na ten temat rozmawiać. Mam takie poczucie i nadzieję, że się uczymy.

Wydając książkę, miałaś świadomość, że zaczniesz rozmowy, które będą właściwie jedną i tą samą, i wiele rzeczy będziesz musiała powtórzyć?

Książkę pisałam, będąc w żałobie. Kiedy redagowałam, a potem znalazłam wydawcę i nieustannie do niej wracałam już z redaktorką, wtedy towarzyszyło mi jakieś poczucie misji. To był element mojej żałoby, żeby z tym wyjść do innych, szczególnie, że doświadczyłam niesamowitej samotności w żałobie. Tą książką chciałam samotność przełamać albo wyjść do innych rodziców po stracie i podzielić się moją historią, choćby po to, żeby ktoś zobaczył, że nie jest z tym sam. Śmierć dziecka jest bardzo dewastującym emocjonalnie doświadczeniem, wydaje ci się, że tylko tobie przytrafiło się coś tak strasznego. W swoim otoczeniu nie miałam koleżanek po stracie i nie znałam innych historii, nawet z pokolenia rodziców, może gdzieś dalej coś słyszałam i wypierałam, bo to jest naturalne. Miałam poczucie, że tylko ja i mój mąż jesteśmy jakimiś rozbitkami po burzy. Samotni, niemający z kim podzielić tego, co się stało.

Wasi bliscy nie umieli z wami rozmawiać na ten temat?

Nasi bliscy, czyli nasi rodzice, wspierali nas w inny sposób, na tyle, na ile mogli. Mogli zająć się naszą córką, gotowali nam obiady, na początku bardzo nas pilnowali, byliśmy w naprawdę potężnym kryzysie psychicznym i bardzo kiepsko funkcjonowaliśmy. Czuwali nad nami, byli przy nas, ale rozmowa, że umarł nasz syn, a ich wnuk, była czymś zbyt trudnym. Na początku, to widać w mojej książce, mnie to szalenie frustrowało, byłam wściekła, czułam niemoc. Zajęło mi trochę czasu, żeby zrozumieć, że tam nie ma złych intencji, że to jest powszechne.

Nie wiem, jak było w innych czasach, nie wyobrażam sobie, że przeszłość była taka wspaniała, a ludzie otwarci. Może kiedyś śmierć była czymś powszechniejszym, a ludzie mieli więcej rytuałów żałobnych, więc przez to było łatwiej, ale trzeba było mnie i mojemu mężowi spojrzeć na to w dojrzały sposób, i przestać oczekiwać i obwiniać kogoś, że nie potrafi z tobą na ten temat rozmawiać.

Ale jednocześnie nie da się z tymi wszystkimi niewypowiedzianymi słowami zostać.

Zrozumieliśmy, że to są tak trudne tematy, poruszające emocje, że jeśli mamy potrzebę rozmawiać, to wolimy znaleźć osoby, które mają już język, zajmują się tym. W dzisiejszych czasach są to psycholodzy, być może psychiatrzy, albo ktoś, kto jest blisko tematu żałoby z racji innego wykonywanego zawodu. Nie miało znaczenia, że to były obce osoby, fakt, że nie były tak emocjonalnie zaangażowane, otwierał bezpieczną przestrzeń do rozmowy. Ci ludzie nie przyjmują na siebie emocji osób przychodzących po pomoc, radzą sobie z tym. Pomagają ci wejść w twoje emocje i z tym pracować. Szybko zrozumieliśmy, że to nam pomaga, i z rodziną raczej pozwoliliśmy sobie na to, żeby popracował czas.

Czego potrzebuje rodzic, który traci dziecko, od życzliwych mu osób?

Akceptującej bliskości. Bądź ze mną w tym momencie. Jeżeli ja teraz płaczę, to pozwól mi na ten płacz. Jeżeli muszę się wygadać i mówię rzeczy bardzo emocjonalnie trudne, to spróbuj to wytrzymać i pozwolić mi to powiedzieć. Jeśli nic nie chcę mówić, to też bądź. Czasem nie chcę być z kimkolwiek, chcę być sama, uszanuj to i nie bierz do siebie. Ja przez bardzo długi czas bardzo często potrzebowałam być sama, bo to, co się dzieje w twojej głowie, z twoimi emocjami, tak cię rozsadza, że tam już nie ma przestrzeni na drugą osobę. Jeżeli już jesteś blisko, to staraj się podążać za mną w tym, gdzie jestem.

Są jeszcze czysto praktyczne rzeczy, spoza komunikacji, bardzo pomocne, jak to, że możesz takiej osobie ugotować obiad i go przywieźć albo upiec ciasto, którego ona przez najbliższy rok sobie nie upiecze. Albo supertort, może nie poczuje tego smaku, ale można pokazać, że o kimś myślisz, że chcesz mu ulżyć. Na początku te praktyczne rzeczy są najbardziej adekwatne, bo jest się w tak potężnej rozsypce emocjonalnej, że samo wstanie z łóżka jest heroizmem.

Padają słowa, które chciałyby być wsparciem, ale nie działają w ten sposób?

To takie zdania: „nie mówmy o tym”, „nie wracajmy do tego”, a już na pewno „będzie dobrze” – to jakby ktoś wymierzył ci policzek. To jest tak nieadekwatne. Albo „weź się w garść”, „pamiętaj, że masz drugie dziecko i jako matka, rodzic musisz się nim zająć”. Ja to doskonale wiem. Nie muszę być jeszcze dodatkowo strofowana, że powinnam to robić.

Powiedzenie prosto, że „ja nie wiem, co czujesz, nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale jeśli chcesz mi o czymś powiedzieć, to mów, jak chcesz płakać, płacz”. Chodzi o akceptowanie, co się z tą osobą dzieje, bo przez długi czas nie ma możliwości, żeby było jej lepiej czy łatwiej.

„Proszę, spraw, żebym nie oszalała. Wezmę antydepresanty, których nigdy nie potrzebowałam, wszystkie te nasenne, bez których jakoś się wcześniej obywałam. Tylko żebym nie zwariowała. Żebym nie uschła od głowy, od serca, od środka”.

Czytając twoją książkę, podziwiałam cię, jak bardzo walczyłaś o siebie. Rzuciłaś się w wir terapii, co wydaje się być heroicznym zadaniem w takim momencie. Miałaś moc zadbania o siebie, żeby nie zamieszkać w piekle, które pojawiło się po śmierci Tadka.

Mogę spojrzeć już z perspektywy czasu, bo kiedy tego doświadczałam, to miałam poczucie absolutnej bezsilności i utraty jakiejkolwiek kontroli nad moim życiem. Było to dla mnie czymś desperackim jak to, że kiedy toniesz, chwytasz się wszystkiego. Nie masz poczucia, że decydujesz o swoim życiu, tylko nie chcesz umrzeć i zrobisz wszystko, żeby się uratować. Wiesz, że pogrążyłaś się w całkowitej ciemności i ten świat naprawdę przestał istnieć na długo. Wszystko zniknęło.

Przechodziłaś wcześniej przez terapię? To była dla ciebie znana droga?

Nie miałam doświadczeń bycia w terapii, więc to nie było dla mnie oczywiste, że idę do psychiatry i psychologa. Mam to szczęście, że jedna z moim przyjaciółek znała dobrą psychiatrę i natychmiast mnie z nią skontaktowała, a ona na tyle przejęła się tym, w jak tragicznym momencie jestem, że bezzwłocznie przyjęła mnie na wizytę. To był pierwszy krok ratujący mnie przed zapaścią, jakimś rodzajem szaleństwa, przekroczeniem granicy, za którą nie potrafiłabym wrócić do siebie.

Obok był mój mąż, rozpaczaliśmy razem, płakaliśmy, ale na ile mogliśmy, cały czas rozmawialiśmy. I patrząc na mojego męża, zrozumiałam, że ze mną dzieje się coś bardzo, bardzo złego. To jest oczywiste, że rozpaczamy po śmierci naszego dziecka, ale ja się zapadałam.

U psychiatry dowiedziałaś się, że masz zespół stresu pourazowego, zaburzenie będące reakcją na traumę.

Tak i natychmiast trafiłam na terapię do psycholożki, która się specjalizuje w PTSD (red. posttraumatic stress disorder). To jest niewiarygodnie ważny moment. Poprzez książkę i rozmowy chciałam pokazać innym mamom i rodzicom w kryzysie, jak ważne jest, że kiedy czujesz, że ogarnia cię otchłań i przestajesz mieć kontrolę nad swoim życiem, to możesz zwrócić się po pomoc do psychiatry.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało, że żałoba jest chorobą. Żałoba jest czymś naturalnym.

PTSD nie jest częścią żałoby.  

Nie jest, to jest poważne zaburzenie, bardzo dewastujące i niebezpieczne, które może mieć dalekosiężne, negatywne skutki na dalsze funkcjonowanie. Może doprowadzić do trwałej zmiany osobowości, staniesz się zalęknioną, trwożliwą, wiecznie spiętą osobą. Gdzieś na najbardziej intuicyjnym poziomie czułam, że dla mnie samej jest to nieogarnialne. Błagałam o pomoc. Na pierwszym spotkaniu z poleconym psychologiem zorientowałam się, że ten człowiek tego nie dźwignie. Powiedziałam mojej psychiatrze, że muszę znaleźć kogoś, kto specjalizuje się w żałobie, bo inaczej to będzie bez sensu.

Justyna, a czym jest żałoba?

Żałoba to jest bardzo bolesny proces godzenia się z tym, że twoje dziecko umarło, że śmierć jest czymś nieodwracalnym i twoje życie nieodwracalnie się zmieniło, bo doświadczyłaś przepotężnej straty. Już zawsze będzie inaczej, ale nie znaczy to, że nie masz szansy żyć dobrze, być szczęśliwą, być zadowoloną, lubić siebie, żeby czuć miłość, kochać bycie mamą. Mozolnie idziesz do przodu, czasem się cofasz w tym procesie, bo taka jest jego istota.

Ja jednocześnie cały czas byłam mamą dla mojej Róży i czasem myślałam, że ze względu na nią nie mogę wchodzić w te emocje i nie powinnam rozpaczać, bo tym skrzywdzę moją córkę, ale zrozumiałam, że nie ma innej drogi, żeby się z tego jakoś oczyścić.

Powiedziałaś, że żałoba to coś, co się kończy. Wydaje mi się to bardzo wzmacniające.

Na początku jesteś w tym w całości i masz poczucie, że twoje życie się skończyło. Został tylko ból i smutek. Myślisz, wierzysz, czujesz, że zawsze już tak będzie. To jest potwornie dewastujące. Na szczęście moje parcie ku życiu kazało mi się zbuntować przeciwko temu i powiedzieć: „Nie, ja tu nie zostanę”. Często powtarzałam, dodając sobie otuchy, że „Co jeżeli jest mi dane żyć jeszcze  50 lat? Czy chcę te 50 lat cierpieć, ciągnąc życie po to, żeby dobrnąć do własnego końca?”. To dało mi siłę, żeby zbuntować się przeciwko własnemu myśleniu, że to się nigdy nie skończy. Odzyskałam poczucie sprawczości w swoim życiu, tym, że zajęłam się moimi emocjami.

W trakcie żałoby chciałaś rozsadzić świat?

Miałam poczucie, że gdybym wzięła kij bejsbolowy, to bym wszystko rozpieprzyła. Cieszyłam się, że nie mam siły jechać do sklepu po ten kij, bo nic by się nie uratowało. To było wyzwanie dla siebie samej, żeby poszukać ujścia dla agresji, złości i gniewu. Niektórzy są bardziej na zewnątrz, ale ja raczej chowałam to do siebie, musiałam zdać sobie sprawę z konsekwencji, kiedy będę to tłumić. Myślę, że najwięcej gniewu spaliłam, pisząc tę książkę i potem ją redagując. To jest niecenzuralne, ale pisałam to na takim prawdziwym wkurwie, to było paliwo, które paradoksalnie pozwalało mi iść dalej.

„Umarło mi dziecko. Oksymoron, żadne ze słów w tym zdaniu do siebie nie pasuje. Śmierć zrobiła swoje i poszła po inne dzieci. A ja musiałam samą siebie na nowo oswoić. Jak? Nie ma w dzisiejszych czasach niemal żadnych rytuałów żałobnych, musiałam znaleźć własny”.

Zaskoczyło cię coś, kiedy przeczytałaś swoją książkę?

W toku redakcji dużo rzeczy zniknęło, ale jeszcze zanim zaczęłam szukać wydawcy, to przede wszystkim zobaczyłam, jak bardzo oddalam się od pewnych miejsc. To była niesamowita ulga, zauważyć, że mniej boli, że mogę bezpiecznie tam siebie zostawić, bo ja już jestem gdzie indziej. To było zaskoczenie, które było dla mnie budujące i utwierdziło mnie w przekonaniu, że mogę szukać wydawcy i tę historię upublicznić.

W książce pokazany jest wasz związek z mężem, opisujesz go po cichu, zwykłymi rzeczami. Bez słów o wielkiej miłości, ale niewielka miłość nie jest chyba w stanie dźwignąć takiej sytuacji. Wy to zrobiliście razem, pozwalając sobie odsuwać się i zbliżać, tak to czytam. Tak to czujesz?

Trafnie to nazywasz, tak właśnie było. To bycie obok, przechodzenie razem przez ten kryzys oznacza, że musisz rozumieć, że ty jesteś tu, a twój partner jest tu. Że jesteśmy różni, ja jestem kobietą, on mężczyzną. Ja wyrażam emocje tak, a on tak. Ja nie mam na nic siły, zostaję w domu, jestem na zwolnieniu lekarskim i totalnie nie wiem, co dalej z moim życiem zawodowym, bo go nie ma, uległo rozsadzeniu, a on chodzi do pracy, i żyjemy w różnych światach. Ja się chowam w skorupie, pozwalam sobie na bycie sama ze sobą, a on jako mój mąż i ojciec, który stracił dziecko, jest codziennie z ludźmi w pracy i tam też musi się opancerzyć, żeby to w ogóle wytrzymać. Potem wraca do domu, ja chcę się wygadywać, a on marzy o tym, żeby mieć chwilę spokoju dla samego siebie.

To naprawdę trudne, żeby wyjść poza siebie i zrozumieć emocje tej najbliższej, ukochanej osoby. Do tego jeszcze zrozumieć, że to wszystko tak nas rozsadza, że musimy dać sobie przestrzeń, oddech. To było zawsze takie patrzenie na to, co działa, a co nie, i jak to funkcjonuje. Często musiałam się powstrzymywać przed tym, żeby ciągle przy nim nie gadać, nie nadawać, nie raz musiałam gryźć się w język, bo widziałam, jaki umęczony jest mój mąż, i jeśli teraz wyleję mu to, co się we mnie kotłuje, on tego nie dźwignie. Zaczniemy się wydzierać na siebie albo zamilkniemy. Wtedy pisanie dziennika było dla mnie wentylem bezpieczeństwa – tam mogłam dowolnie wygadywać się ile chciałam.

Bardzo dużo nam dało to, że mój mąż i ja trafiliśmy do psycholożek, które towarzyszą rodzicom w żałobie. Tam zobaczyliśmy, że idziemy razem, ale każde zupełnie inną drogą i to jest w porządku, że to jest dobre, i że w jakimś momencie możemy się rozdzielić, możemy się oddalić, możemy dać sobie większą przestrzeń, że to jest sposób na przetrwanie naszego związku.

To wielka siła, często nieosiągalna dla par po stracie.

Z rozmów, które prowadziłam, wynika, że bardzo często związki nie są w stanie tego przetrwać. Śmierć dziecka jest przyczyną rozpadu związku, rozwodu albo całkowitego zamrożenia emocji między ludźmi.

Razem z mężem jesteśmy kinomanami i kilka lat przed tym, jak w ogóle chcieliśmy mieć dzieci, obejrzeliśmy „The Broken Circle Breakdown”, czyli „W kręgu miłości”. To film o stracie dziecka. Niesamowicie realistycznie oddaje emocje i właśnie tę trudną dynamikę związku, aż do rozpadu. I kiedy sama przechodzisz przez to, widzisz i możesz ocenić, co tam nie zagrało. To był dla nas drogowskaz, że tych dwoje ludzi nie potrafiło ze sobą rozmawiać i bardzo szybko oddalili się od siebie emocjonalnie, tak daleko, że nie wiadomo było, gdzie można się jeszcze spotkać. To nas napędzało, że my tak nie chcemy. W tym wszystkim nie chcemy jeszcze, żeby nasz związek się tragicznie skończył czy załamał. Mamy też córkę, o którą chcemy zadbać.

Róża miała ponad dwa lata i potrzebowała akurat dużo więcej od ciebie, niż od taty. Karmienie, zasypianie, zakładanie rajstopek… Jak to jest zajmować się dzieckiem, kiedy właśnie odeszło drugie? 

To momentami tragicznie ciężkie. Musisz mobilizować całą swoją siłę po to, żeby wstać i dać dziecku śniadanie. Ja tą książką chciałam pokazać, jak to jest być mamą w potężnym, życiowym kryzysie psychicznym, że nie przestajesz nią być. Straciłam syna, ale nadal mam córkę. Mogę bez wyrzutów sumienia nadal być dostatecznie dobrą mamą. W miarę szybko zaczęłam myśleć, że nie dam jej więcej niż to, co mogę dać, że najważniejsze jest to, że muszę o siebie zadbać, dać przestrzeń na moje potężne, eksplodujące emocje.

Czułam też, że muszę jej zapewnić możliwie niezaburzony rytm, mimo że nie chodziłam do pracy, nadal posyłałam córkę do żłobka, chciałam, żeby ona utrzymała jakąś rutynę, żeby była w bezpiecznym otoczeniu, gdzie płyną też pozytywne impulsy. Wiedząc, że mam PTSD i jak tragicznie to przeżywam, wiedząc, jak trudna jest terapia, wiedziałam, że muszę się odseparować od mojej córki, chociaż na te kilka godzin dziennie, żeby skutecznie sobie pomóc.

Poczułam, że muszę pozwolić sobie na to, żeby przy niej pokazywać emocje. Ukrywanie emocji pochłania taką niewiarygodną ilość energii, że już nie starczy jej na zajęcie się czymś innym. To żonglowanie drobinkami energii.

Jak pokazuje się tak trudne emocje małemu dziecku?

Na początku mówiłam jej, że to są łzy, to jest smutek. Jest mi smutno, bo Tadek odszedł. Powtarzałam to każdego dnia, wiele razy. Tak się rozmawia z dzieckiem na tym etapie rozwoju. Wałkujesz to samo. Ja się tego uczyłam.

Szukałaś pocieszenia w Róży?

Nie chciałam się na nią żarłocznie rzucić. Nie miałam takiego pomysłu, żeby wszystko skierować na nią, jej się kurczowo trzymać, żeby czegoś nie czuć. To jest bardzo trudne i dla mnie to była metoda prób i błędów. Widziałam, co działa, a co nie. Byłam spokojna, kiedy ona po prostu zaczynała się bawić w jakimś momencie. Ja płaczę, ona płacze, krzyczy, ale po chwili idzie się bawić.

Jedną z najbardziej motywujących rzeczy, która kazała mi iść w terapię i szukać pomocy, to to, że na jakimś najbardziej intuicyjnym poziomie bardzo chciałam nie przerzucić traumy na moją córkę, żeby to się nie ciągnęło za nami przez całe życie.

Rozmawiacie teraz o Tadku?

Róża ma teraz 5,5 roku, zadaje coraz trudniejsze pytania. Coraz częściej, żeby zyskać trochę czasu, mówię jej „pozwól mi pomyśleć o tym, może jutro do tego wrócimy”, bo ona ten temat odejścia Tadka drąży coraz bardziej. Sama muszę sobie doczytywać, co na tym etapie mogę jej powiedzieć, a czego nie. Ostatnio mnie spytała: „skoro Tadek był zdrowy, to dlaczego umarł?”.

Nie na wszystkie pytania są odpowiedzi.

Nie ma. To jest takie doświadczenie, z którym moja córka będzie się musiała mierzyć przez cały okres dojrzewania. Pewnie nie raz będzie trudno, bo będzie starsza i zrozumie, czym jest śmierć, i że jest ona nieodwracalna. Zadaje mi pytania typu: „Jak to jest, że ktoś umiera i znika?”. Ja na tym etapie nie powinnam jej tłumaczyć, że my, jako ludzie grzebiemy ciała umarłych w ziemi lub je palimy, bo ona nie będzie w stanie przyjąć czegoś tak niezrozumiałego dla niej.

Rozmawiamy często o Tadku, bo razem z mężem chcemy, żeby on był bratem obecnym. Że to dziecko w jakimś sensie jest. Jest punktem odniesienia. Róża go pamięta. Jego zdjęcia są w naszym domu. Róża ustosunkowuje się do tego, że jest coraz starsza, a on jest ciągle maleńki. Też próbuje sobie w swoim dziecięcym umyśle układać, a my przyjęliśmy strategię, że podążamy za nią. Jeśli ona chce o czymś rozmawiać, o czymś mówić, to my tego nie ignorujemy nigdy, podejmujemy temat. Jak jest za trudno, to mówię, że musimy się zastanowić, doczytuję, sprawdzam. Postawiliśmy na to i to chciałam w książce powiedzieć, że czymś dobrym i zdrowym dla nas było pozwalanie sobie na szczerość i uczciwość wobec dziecka, czyli mówisz mu to, w co naprawdę wierzysz i co jest twoim autentycznym doświadczeniem, nie opowiadasz dziecku bajek, pomocnych historyjek. Mocno się odtrułam na bajki, jakie dziecku często sprzedajemy. Nie robię tego, staram się ich unikać, bo w zetknięciu z brutalnością życia to przestaje mieć jakąkolwiek rację bytu.

Poza tym bardzo szybko dziecko jest na tyle dociekliwe, że weryfikuje, co jest prawdziwe, a co nie, gdzie ty się jakąś hipokryzją wykazujesz. Dzieci są takim testem na człowieczeństwo – tego nie wiedziałam o macierzyństwie, że one wiecznie sprawdzają i podkopują twoje dobre mniemanie o sobie.

To ciekawe, co mówisz. 

Oczywiście mam pozytywne doświadczenie bycia mamą, rodzicem, ale jest to wyzwanie na całe życie. Okazuje się, że masz takie lustro obok siebie i wszystko wraca do ciebie. Często możesz się z tego pośmiać, jak dziecko cię parodiuje i naśladuje. Od razu widzę, jakie głupie gesty robię, jak pretensjonalnie rozmawiam przez telefon, albo jak zaciskam zęby w złości i moja córka robi to samo. To bywa śmieszne.

Półtora roku temu urodziłaś trzecie dziecko. Jakie to jest doświadczenie? 

Pełne paradoksów. To jest i olbrzymia radość, i też wielki strach, z którym trzeba się było mierzyć, zwłaszcza na początku. Strach na każdym poziomie i na każdym etapie, począwszy od ciąży, przechodzenia przez ciążę, mojego lęku, czy znowu nie poronię, bo miałam też takie doświadczenie, komplikacje, ciąża zagrożona. Trudno się przez to przechodzi i zastanawiasz się milion razy, czy jesteś na to gotowa.

Jak sobie odpowiadałaś na to pytanie?

Że nigdy się nie jest gotowym. Od nas bardzo dużo pracy to wymagało. Nie chcę za bardzo wchodzić w ten temat, ale to były trudne pierwsze miesiące, że coś złego jej się wydarzy, że ona może umrzeć. To nie są dla mnie już abstrakcyjne lęki. Musiałam sobie to tak przepracować, żeby odwrócić myślenie i zaufać ponownie życiu. Zanurzyć się w chaosie życia z przyzwoleniem, że na wiele rzeczy nie mam wpływu. Skupiam się na tym, na co mam wpływ. Nie chcę mojej córki obdarzyć tym lękiem, więc muszę coś z nim zrobić. Polubić na nowo ten chaos i życie w pewnej nieprzewidywalności, pogodzić się z tym.

Życie w kolejnej odsłonie.

To jest chyba ważne, że dziecko za ciebie niczego nie załatwi. Dziecko nie jest receptą na ból i rozpacz. To ja, jako dorosła osoba, muszę sobie z tym poradzić, zanim pomyślę o następnym dziecku. Mam też wśród bliskich osoby, które z różnych względów nie mogą już mieć kolejnego dziecka, mimo że tego pragnęły. Inne nie chcą być już w ciąży. To jest tak delikatna, indywidualna sprawa…

Co jest dla ciebie najważniejsze w pamiętaniu o Tadeuszu, w czynieniu go obecnym?

Tak z moim mężem o tym rozmawiamy, że chyba najlepszą formą pamiętania o nim jest pełne życie. Bycie zanurzonym na nowo w życiu. Taką chcemy mu dać pamięć i wtedy czujemy, że on może być najbardziej obecny w naszym życiu, że gdyby mógł coś aprobować, to może byłby z tego zadowolony. Trzymamy się życia, jesteśmy otwarci na to, że wiele rzeczy jest przed nami.

*

Justyna Wicenty – absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Pracowała jako kierowniczka produkcji filmów animowanych, animatorka kultury i kuratorka projektów filmowych; związana z trójmiejskim Stowarzyszeniem A KuKu Sztuka, a następnie z Muzeum Emigracji w Gdyni. W ostatnich latach zajmowała się macierzyństwem. „Kołysanka z huraganem” to jej debiut.

Książkę wydaną przez Dowody na Istnienie kupicie tu.

 

 

Dodaj komentarz