instagram

Macierzyństwo z Instagrama

Raport o zjawisku

Macierzyństwo z Instagrama
archiwa prywatne

Macierzyństwo jest jak rzeka, która potrzebuje ujścia. Za sprawą czynników takich jak samotność, brak wsparcia, brak czasu, brak siły lub czystych ubrań, by wyjść do ludzi, dekadę temu rozgościło się w social mediach, zapuszczając tam mocne, rozgałęzione korzenie. Przeczytajcie raport o zjawisku instamacierzyństwa, spisany bez wartościowania.

Pod tagiem #instamatki mieści się ponad 1,5 miliona wyników, niewiele mniej ukaże się po wyszukaniu #jestembojestes. Brytyjska prasa ukuła nawet termin na dzielenie się zdjęciami potomstwa: gene bragging (tłum. chwalenie się genami). Czy zastanawialiście się kiedyś nad żywotnością instamacierzyństwa? Co doprowadziło do powstania tego trendu i jaka będzie jego przyszłość? Czy warto budować w jego ramach zaplecze biznesowe? I jak to jest zupełnie nie istnieć w instamamowej sieci i wieść satysfakcjonujące, macierzyńskie życie? O to pytać będę psychologów, doświadczone insta- i nieinstamamy, oraz ekspertkę biznesową. Z szacunkiem i ciekawością rozgryzam trend jak słodko-gorzki batonik, z nadzieją, że nie połamię sobie na nim zębów.

CO TO JEST INSTAMACIERZYŃSTWO?

Zacznijmy od genezy, czyli skąd wzięło się instamacierzyństwo i instarodzicielstwo w ogóle. Odpowiada psycholog i terapeutka, specjalizująca się w poradnictwie dla osób doświadczających kryzysów w relacjach, kłopotów z samooceną i samoakceptacją, Katarzyna Kucewicz: Instarodzicielstwo to efekt przenoszenia całej swojej prywatności do sieci. Dzielimy się nie sporadycznie, tylko już dziś niemal nieustannie tym, co robimy, jak żyjemy, a co za tym idzie – także tym, jak wychowujemy dzieci. Równocześnie porównujemy swoje życie do życia innych użytkowników, nierzadko zapominając, że oni – tak jak i my – pokazują zwykle tylko część prawdy o sobie, taką część, którą chcą się aktualnie dzielić.

Kto z was ostatnio poczuł się nieswojo tylko dlatego, że podejrzał czyste szyby, obiad w garnkach, ciasto na paterze i niczym niezmącone wakacyjne szczęście u popularnej instamatki? Kasia zwraca uwagę na bezcelowość takich reakcji: Instagram stał się miejscem, w którym jest pięknie i estetycznie, ale często też surowo. Wiele osób jest zagubionych podwójnym standardem – z jednej strony nawołuje się do pokazywania swojego prawdziwego rodzicielstwa, a z drugiej, jeśli pokażemy coś, co się komuś nie spodoba, to może nas spotkać lincz i atak. 

Weteranką i ikoną instamacierzyństwa jest Malwina Obrzut, czyli @nanuszka.pl, którą obserwuje ponad 62 tysiące użytkowników. Jak według niej zmienił się Instagram i wizerunek instamacierzyństwa na przestrzeni tego czasu? Mam wrażenie, że w chwili, gdy zaczynałam, atmosfera była bardziej kameralna. Blogów było raptem kilka, wszyscy dopiero oswajali się z tym medium, badali grunt. Instagram jednak bardzo szybko przybrał na znaczeniu i sile. Zaczęło pojawiać się coraz więcej kont z pięknymi zdjęciami, zaczęło też przybywać kont zorientowanych parentingowo. Zrobiło się to bardzo modne, ale też otworzyło wielu ludzi na nowe możliwości. 

DZIECKO NA INSTAGRAMIE

Dwa zdjęcia dziecka dziennie, a może jedno? Ile to jest dużo, a ile mało? Gdzie jest granica, jak ją namierzyć i jej nie przekroczyć? Zapytałam o to moją redakcyjną koleżankę, aktywną użytkowniczkę Instagrama, Polę Luberę: Moje dzieci i część naszego prywatnego świata została pokazana publicznie jeszcze przed Instagramem. Wybrałam sobie taki zawód, że od lat moja twarz i wypowiedzi pojawiały się w mediach. Gdy założyłam bloga, to dzieci mimochodem też stały się jego bohaterami. Bardzo pilnuję, by te treści były wyłącznie pozytywne. Unikam publikowania czegokolwiek na ich temat, co w przyszłości mogłoby być dla nich źródłem wstydu czy skrępowania, a już całkowitą granicą są dla mnie sfera intymna, nagość czy fizjologia. Z jednej strony mam więc luz, bo pokazuję dzieci w sieci. Z drugiej wiem, że są osoby o dużo dalej przesuniętej granicy. Matki wpisują sobie daty urodzenia dzieci w biogram, albo piszą o ich nauce nocnika. Są fotografki dokumentalistki pokazujące bardzo intymne momenty porodu czy zupełnie nagie dzieci. A dla mnie – nawet w artystycznej formie – to byłoby zbyt śmiałe. Publikuję zdjęcia moich dzieci, bo jestem z nich dumna. Dużo z nimi rozmawiam o zagrożeniach w sieci, są bardzo świadome świata cyfrowego. Jednocześnie żyją analogowo – wśród przyrody, z nosem w książkach, poznając odcienie świata rzeczywistego – dodaje Pola.

I HATE YOU TOO

Każda z instamam przynajmniej raz spotkała się z hejtem. Psycholog Kasia Kucewicz szuka jego źródeł w poczuciu, że dzieci są w przestrzeni wirtualnej „sprawą publiczną”, do której wszyscy roszczą sobie pewne prawa i na temat których każdy ma coś do powiedzenia: Dlatego tak często pojawia się krytyka ze strony innych mam, które uzurpują sobie prawo do wyrażenia swojego zdania często w bardzo nieprzyjemnych słowach, których by w życiu nie użyły w kontakcie twarzą w twarz. Takie krytykowanie wynika często z presji, jaka tworzy się w nas, gdy nasiąkamy obrazami idealnego rodzicielstwa, prezentowanymi w social mediach. Dlatego najlepsze, co można zrobić, to zdystansowanie się od treści oglądanych na Instagramie i słuchanie rad odnośnie rodzicielstwa kilku, maksymalnie trzech zaufanych osób z naszego otoczenia, a nie obcych użytkowniczek. 

Julita Olszewska, scenarzystka oraz mama Igiego i Wiery, ma do internetowego hejtu bardzo klarowne, zerojedynkowe podejście: Hejt jest, bo ludziom się wydaje, że mogą matkom dawać instrukcje jak żyć, jak zajmować się dziećmi. I zadziwia mnie, że mimo to nie czepiają się moich nawiązań do narkotyków czy heheszków z kościoła katolickiego czy polityki PiS. Ale jak dziecko ma fotelik/nosidło/za dużo pluszaków czy cokolwiek innego, co eksperci życia uważają za okropne, to się odzywają. Nie kumam, skąd przekonanie, że obchodzi mnie ich opinia. U mnie nie ma za dużo hejtu, bo ja taką osobę blokuję, nie dyskutuję – wciskam ikonkę „zgłoś” i po sprawie. Dziesięć osób w tę czy w tę – whatever.

Malwina Obrzut na własnej skórze doświadczyła hejtu, z którym trudno się zmierzyć, ale który też pozwala sprawdzić realną wartość długoletnich relacji: Myślę, że każdy, kto w jakimś sensie stał się popularny, doświadczył hejtu. Ja pamiętam ten czas na samym początku mojej drogi, kiedy zaczynałam z blogowaniem. Pochodzę z bardzo małego miasta i wiem, jak trudny dla takich osób może być start w Warszawie. Do tego doszedł blog, a wraz z nim pokazywanie ładnego otoczenia, mieszkania. Ludzie zaczęli sobie dopowiadać, błędnie interpretować moje słowa, i pojawiły się jad i zawiść. To bolało najbardziej, bo to byli ludzie, których znałam, z którymi chodziłam do szkoły. Trwało to chwilę, później zaczęłam się od tego odcinać, żeby mieć wolną głowę. Teraz spotykam się z tym rzadko. Cenię sobie konstruktywną krytykę, jednak jeśli jest to zwykłe plucie jadem czy obrażanie mnie lub rodziny, ucinam to. Szkoda mi na to czasu i energii.

Znamy przypadki podszywania się pod inną osobę, plagiatów, kopiowania zdjęć i treści bez zgody autora, czy kalkowanie w stosunku 1:1 formy biznesowej. Pamiętajcie, że plagiatorzy nie są bezkarni, a wy macie swoje prawa – i w przypadku nadużyć należy je natychmiast zgłosić. W ten sposób chronimy też innych przed podobnymi niebezpieczeństwami.

FRIENDS FOREVER

Przyjaźń z Instagrama – prawda czy fałsz? Jak twierdzi Kasia Kucewicz, to wielka wartość, szczególnie w czasach pandemii: Gros kobiet poznaje się i zaprzyjaźnia za pomocą sieci w tym za pomocą Instagrama, ponieważ zbliża je podobieństwo doświadczeń i często podobne zainteresowania, oraz estetyka. To całkiem dobre w dobie pandemii, gdy ograniczamy kontakty z nowymi osobami, i jako psychoterapeutka często zachęcam ludzi do nawiązywania znajomości przez sieć, oczywiście w bezpieczny sposób. Relacje w sieci mogą nawet pozostać w niej – bez spotykania się, a i tak są wartościowe, bo czasami łatwiej jest zwierzyć się ze swoich kłopotów i rozterek komuś obcemu. Chociaż z moich doświadczeń wynika, że większość znajomości przenosi się potem do życia realnego. Będąc młodą mamą, mamy tak mało czasu dla siebie i na pielęgnowanie realnych znajomości, że posiadanie instaprzyjaciółek może być zbawienne dla utrzymania wewnętrznej równowagi psychicznej – dodaje psycholog.

Kasia, autorka bloga Travelicious, postrzega Instagram jako miejsce spotkań z osobami o podobnym systemie wartości, z którymi być może zbudujemy w przyszłości przyjacielskie relacje: Nie utożsamiam się z instamatkami, gdyż nie pokazuję synka i śledzę bardzo mało kont z dziećmi, nie szukam tam też porad dotyczących macierzyństwa. Jednak kiedy urodził się mój synek, bardzo lubiłam podglądać, co słychać u innych mam i jak sobie radzą z trudnościami, jak podróżują z maluszkami, jakie wprowadzają zmiany i ulepszenia. Zaprzyjaźniłam się również wtedy z Martą Urbańską i Anetą Zamielską, i to są przyjaźnie, które trwają do dzisiaj. Jednak zbudowałyśmy relacje na kanwie spotkań bez dzieci, wspólnych wieczorów, wyjazdów, wspierania się, ciągłych rozmów. Nie połączyły nas tematy dziecięce, a raczej kobiece. I za to jestem Instagramowi ogromnie wdzięczna.

Alicja Kost, prowadząca profil @mataja, twierdzi, że Instagram to też remedium na samotność i nudę: Często młode matki nie mają w najbliższym otoczeniu nikogo z dzieckiem w podobnym wieku, a fajnie jest wiedzieć, że pewne rzeczy są normalne i to nie tylko nam jest ciężko. One się najzwyczajniej w świecie nudzą, spędzając całe dnie w zasadzie tylko z dzieckiem, bo ileż razy dziennie można czytać książeczki o tym samym i karmić plastikowym sianem plastikowe krowy na plastikowej farmie z klocków? Telefon i Instagram stają się wtedy odskocznią i łykiem czegoś innego, niż dzień świstaka od rana do wieczora. 

PRZYSZŁAM TU PO WIEDZĘ I WSPARCIE

Instagram pełni funkcję dydaktyczną – twierdzi psycholog Kasia Kucewicz. Coraz więcej pedagogów, psychologów, coachów ma tu swoje profile i przekazuje innym fachową wiedzę. Warto docenić te zasoby, ale korzystać z nich z dystansem. Nie traktować jako wyznacznika czy poradni pediatrycznej. 

Natalia Klimas, aktorka i mama rocznej Zuzanny, przyznaje otwarcie, że czerpie z Instagrama wiedzę na wiele tematów. Zdążyła już zbudować wokół swojego konta zaufaną społeczność: Jest coraz więcej kont, które są czymś znacznie więcej niż tylko zestawem ładnych zdjęć. Czuję też sympatię i wsparcie od osób, które mnie obserwują, ale dopiero odkąd zaczęłam odrobinę dzielić się swoim życiem na Instagramie. Wcześniej, gdy wrzucałam ładne zdjęcie i emotikonkę, nie było przepływu. Teraz mam poczucie, że posiadam tu realne grono fajnych kobiet. Jest to ogromnie miłe.

Dlaczego udostępniamy prywatne informacje na temat dzieci oraz ich zdjęcia ludziom, których nie znamy? Wynika to z różnych pobudek – odpowiada blogerka pisząca o macierzyństwie, Alicja Kost. Przez co u jednych jest to działanie bardziej twórcze, u innych zapewne mniej. Z moich rozmów z kobietami wynika natomiast, że dla wielu z nich konta Instamam to fajne wsparcie, bo kobiety dzielą się bolączkami i przełamują społeczne tabu, o którym cicho-sza, bo nie wypada. Inne stają się inspiracją, bo pokazują ciekawe sposoby na spędzanie czasu z dziećmi. Jeszcze inne bawią, a kolejne skłaniają do refleksji. Możemy psioczyć, że Instagram wypiera życie towarzyskie i prawdziwe relacje, ale brutalna prawda jest taka, że wiele współczesnych matek jest – chcąc, nie chcąc – skazanych na pewien stopień izolacji społecznej. A Instagram i osoby na nim aktywne dają nam namiastkę koleżanek. I uważam, że to jest całkiem spoko – pointuje Alicja.

Marta Biegaj, mama półtorarocznego Antona, prowadząca zamknięte konto na Instagramie, zwraca uwagę na komunikację będącą wartościową wymianą: Pamiętam, jak znudzona przeglądaniem ładnych obrazków, zaczęłam szukać czegoś bardziej wartościowego. Dostrzegłam wówczas, że poza tą ładną otoczką, pod „pięknymi” postami kryją się ciekawe rozmowy, nieocenione uwagi innych kobiet, które same często zaczynają tworzyć grupę wzajemnego wsparcia. „Zwykłe” mamy, które pomagają sobie, są dla siebie, zawiązują nową społeczność.

MAMA W SIECI NIE MUSI BYĆ INSTAMAMĄ

Według psycholog Kasi Kucewicz coraz więcej osób za pomocą Instagrama pokazuje prawdę o sobie: Osobiście myślę, że social media to świetny wynalazek przede wszystkim dlatego, że mamy możliwość dzielić się doświadczeniami i zbierać informacje od innych – mówi Kasia. Ale nie każda matka aktywna na Instagramie jest instamatką. Strasznie mnie wkurza, że jak już jestem matką i mam Instagram, to od razu jestem „instamamą” – mówi Julita Olszewska. To określenie kojarzy mi się albo z pastelowymi typiarami, z którymi nie mam nic wspólnego i nigdy nie zostałybyśmy koleżankami, albo z mamami rodzicielstwa bliskosci, które co prawda proponują bliższe mi treści i estetykę, ale są tak drażniące, że z miejsca robię „unfollow”. Jestem na Instagramie, pokazuję dzieci, czasami się wymądrzam, więc pewnie się wpisuję w ten trend, aczkolwiek chyba mi daleko do instamatkowego mainstreamu.

Pośród polskich mam, publikujących regularnie na Instagramie, wyjątkowo zżytą społeczność zbudowały również te, które obrały konkretny kierunek działania, inny niż macierzyństwo, np. podróże, kulinaria czy styl. Jednym słowem – influencerki i ekspertki w swojej dziedzinie. Wiele z nich nie udostępnia wizerunku dzieci, co najwyżej subtelnie sygnalizuje ich obecność. I tak Kasia aka @traveliocious i Kasia @thebigfivefamily skupiają wokół siebie mamy pragnące podróżować z dziećmi. Te, dla których kuchnia jest centralnym miejscem domu i świata, odwiedzają konta i komentują wpisy Elizy Mórawskiej-Kmity, Marty Wajdy lub Marty Śliwickiej. A ci, którzy chcą złapać za ogon dwie sroki, podglądają Martę Greber albo Natalię Sitarską. Po najwyższych lotów stylizacje użytkowniczki Instagrama wpadają do Kasi Szymków, Magdy Waluch i Kamili Mraz. Ale to tylko garść przykładów, która przyszła mi do głowy w pierwszej kolejności.

TU SIĘ PRACUJE

Gosia Lammers, ekspertka marketingu online i mama dwóch dziewczynek, dostrzega w Instagramie ogromny potencjał biznesowy dla mam: Rozwijanie biznesu na Instagramie i macierzyństwo można połączyć – sama określasz, co i jak często publikujesz – mówi Gosia. Warto jednak wiedzieć, że największym powodzeniem na Instagramie cieszą się marki, które mają charakter, osobowość i autentyczną historię. To są biznesy mam, które istnieją, żeby służyć innym, o których się pamięta, z którymi społeczność na Instagramie buduje długoterminową relację. Przykładem jest tutaj Agnieszka Witkowska, znana jako Architekt Porządku, która rozwija swoją markę Homzi, czy też znana chyba wszystkim mamom Mama Ginekolog i jej firma Roger Publishing.

Jedną z mam, które swój instagramowy sukces przekuły w zbudowanie mocnej marki, jest Paulina Wiśniewska, czyli @brunoszka. Te 14 tys. obserwujących to lata organicznej pracy – mówi Paula. Bez postów sponsorowanych, bez wielkich kampanii. To obserwatorzy, którzy są realni. To głównie kobiety, z którymi piszę w wiadomościach prywatnych, wymieniając się nie tylko emotikonami, ale też szczerymi radami. 

TO TYLKO WYCINEK RZECZYWISTOŚCI

Instagram nie obejmuje całości życia, a jedynie skrawek, często zupełnie przypadkowy. Julita mówi: Ludziom się wydaje, że jestem szczera, a przynajmniej bardziej szczera niż większość ludzi, bo mają instagramowy dostęp do naszego życia. To nieprawda – publikuję tam to, co znajdę w telefonie, ale to nie są intymne momenty. To nie są „nasze” prawdziwe momenty. Mój mąż uważa, że nikt z tych ludzi nie zna mnie prawdziwej, nawet mojego prawdziwego uśmiechu.

Instagram jest i zawsze był częścią naszego życia, bo jednak powstawał obok bloga, którego prowadzę do dzisiaj – mówi Malwina Obrzut. Traktuję go jednak bardziej jako miejsce do rozmów, do dzielenia się moimi spostrzeżeniami jako mamy trójki dzieci. Pokazuję kadry z naszego domu, ale to namiastka naszej codzienności. Mam wiele obserwatorek, które są ze mną od początku. To bardzo buduje i pokazuje, że robisz coś fajnego dla innych i sprawia, że chcesz działać dalej i szerzej. Grunt to zachować w tym zdrowy rozsądek i pamiętać, że to tylko Internet, a prawdziwe życie jest tu i teraz.  

Paula ma trzeźwe spojrzenie na zagrożenia związane ze zbytnim odsłanianiem się w sieci: Jestem zachowawcza i ostrożna w tym, kogo obserwuję i dlaczego. Niestety nie wszystko jest tu idealne, nie wszystkie działania mi się tu podobają. Mam ogromy dystans do tego, jak często i co pokazuję na Instagramie. U mnie to tylko wycinek rzeczywistości. Pokazuję projekty, które tworzę, kadry z życia z dziećmi i zwierzętami w tle. Zdaję sobie sprawę, że moje klientki są ciekawe, co u mnie słychać, ale nie kręci mnie zupełnie relacjonowanie mojego życia krok po kroku. Zdecydowanie wolę pokazywać moją pracę, niż dzielić się życiem prywatnym.

DETOKS OD INSTAGRAMA

Zwolenniczką instagramowego detoksu jest Julita: Teraz jestem na kolejnym detoxie od Instagrama, jak alkoholik. Mam swoje dylematy, myślę że to nie jest konto dla najbliższych i taki „domowy album”. I że spędzam tam dużo czasu. Że piszą do mnie ludzie, których nie znam, więc po co to wszystko? Że szczerość nie jest szczególnie doceniana i ludzie-pastele, „srający brokatem i szczęściem” mają większe zasięgi. Wkurza mnie też to, gdy ktoś mówi: „Znam was z Instagrama”, bo kilkukrotnie prosiłam, żeby mnie nie zaczepiać, gdy jestem z dziećmi. Wciąż nie wiem, co z tym Insta zrobić. Igiego jest tam coraz mniej, bo nie chciał, żeby go fotografować. Ale gdy niedawno postanowił, że zostanie youtuberem, zastanawiał się, czy nie wykorzystać mojego konta do zwiększenia swojej oglądalności. Przemyślał sprawę i stwierdził, że nie chce, żeby go oglądali starzy ludzie. 

PRZYSZŁOŚĆ INSTAGRAMA, PRZYSZŁOŚĆ INSTAMATKI

Instagram i instamatki – jedno bez drugiego nie istnieje. Dlatego dywagując o przyszłości instamatek, nie można pominąć aspektu przyszłości Instagrama. Widzę dwie drogi – mówi psycholog Kasia Kucewicz. Pierwsza jest taka, że część matek i ojców zacznie unikać social mediów, dawkować je, i zwróci się w stronę tradycyjnego rodzicielstwa, bez czujnego oka kamery telefonu. Ale sam Instagram zmieniał się będzie dynamicznie – jeszcze do niedawna trendem było posiadanie bardzo estetycznej spójnej tablicy i zdjęć jak z magazynu modowego. Dziś pochwala się autentyczność, prawdziwość, więc wierzę w to, że za moment zejdziemy z upiększeń i przestaniemy się wstydzić prawdziwych kolorów macierzyństwa. Ale to trudne. Trzeba być bardzo pewnym siebie, by eksponować swe niedociągnięcia publicznie – dlatego filtry i upiększające aplikacje są takie popularne. My, Polki, często nie czujemy się pewnie jako partnerki, żony, pracownice, oraz matki. Często się porównujemy, wstydzimy błędów, a każdą krytykę odbieramy jako atak i reagujemy lękiem. Filtr na Instagramie jest jak ciężki kryjący makijaż, który nakładamy, gdy nie akceptujemy siebie. 

W jakim kierunku zmierza Instagram zdaniem jego użytkowniczek? Kasia aka @travelicious porównuje Instagram do polskiego, silnie spolaryzowanego społeczeństwa: Widzę pewien trend wśród Instamatek, które pokazują codzienność na śmiesznie, robią słabe zdjęcia i zbierają masę followersów, tyle że mnie takie konta nie interesują. Wiem tylko, że są. No ale to tak jak w życiu: Instagram jest odzwierciedleniem społeczeństwa i konta docierają do różnych odbiorców. To chyba dobrze, jednak osobiście życzyłabym sobie odgórnej ustawy o zakazie pokazywania dzieci w Internecie. Uważam, że wizerunek dziecka należy chronić i nie szafować nim bez jego zgody. Ja będąc dzieckiem, nie życzyłabym sobie tego, a nie miałabym na to wpływu. Wiem, że to kontrowersyjne, ale uważam, że tak byłoby znacznie lepiej dla dzieci.

Paulina Wiśniewska aka @brunoszka dostrzega zintensyfikowanie bezpośredniości przekazu, które budzi jej niepokój: Czasami szokuje mnie to, co ludzie pokazują na swoich kontach. Dlatego chętniej zaglądam i zaglądać będę do ludzi, którzy inspirują, tworzą sztukę, kulturę i dbają o to, żeby ich życie nie kręciło się tylko wokół Instagrama. 

Julita Olszewska natomiast snuje dwie przeciwstawne wizje nowego świata, równie realistyczne: Mam fantazję o lepszym jutrze, które jest bardziej offline – taka mrzonka prawie jak ,,jadę pasać owce w Bieszczady”. Że matki się ogarną, zaleczą kompleksy i braki, które wypełniają im lajki, komentarze i skrolowanie. Zarobią już tyle, że przypomną sobie o przyzwoitości, która nie pozwoli, by zaprzęgać dalej swoje dzieci do pracy – każda sesja, filmik to praca małego człowieka, która przez mamę o dużych zasięgach jest monetaryzowana, a przecież to dorośli mają pracować, nie dzieci. Myślę, też, że jeśli to medium nie upadnie, to może zrobi się bardziej szczere, bez pasteli i układanych kadrów, że będziemy zbierać tylko prawdziwe okruchy różnych żyć. Ale po chwili przychodzi myśl, że ludzie to jednak debile, i lubią siebie i innych okłamywać. Era dzieci-banerów, otagowanych sponsorami jeszcze bardziej się rozkręci i instamacierzyństwo będzie dla jednych synonimem tandety i zakłamania, a dla drugich ambicją, by właśnie tak żyć. 

WSZYSTKIE JESTEŚMY MATKAMI

Formułując ten raport, spotkałam się z wieloma prośbami od matek, by nie nazywać ich instamatkami. Z jakiegoś powodu to słowo zyskało pejoratywny wydźwięk, choć jego zadaniem jest określać, nie oceniać. I ja właśnie tak starałam się go w tym raporcie używać. Jesteśmy różne, rodziłyśmy się w czasach bez Internetu i próbujemy się w nowej rzeczywistości – po swojemu – odnaleźć. Dajmy sobie przestrzeń do funkcjonowania na Instagramie w takim rytmie i charakterze, z jakim same czujemy się komfortowo. Miejsca starczy dla wszystkich, insta – i nieinstamatek.

Napiszcie proszę, co myślicie o instarodzicielstwie i o instamatkach jako naczelnych nośniczkach tego trendu. Czy czujecie się częścią tego świata, jak go odbieracie i jaką – waszym zdaniem – ma przed sobą przyszłość? Podyskutujmy.

Dodaj komentarz