islandia mama emigrantka Okuniewska

Jak smakuje Islandia?

O odnalezieniu osobistego szczęścia, luzie związanym z macierzyństwem i codzienności z dwulatkami opowiadają trzy mamy

Jak smakuje Islandia?
Piżmak Studio

Islandia jest zachwycająca. Za sprawą surowego i wymagającego klimatu, niezwykłych krajobrazów i pogodowej zmienności, otwiera i transformuje człowieka. Daje przestrzeń, przynosi oddech, pozwala żyć w zgodzie ze sobą. I choć moje bohaterki zgodnie podkreślają, że jej smak nie zawsze jest słodki niczym ciasto, to wciąż nie mają jej dość i chcą jej próbować do ostatniego okruszka. 

Przybywamy na tę niezwykłą wyspę, aby porozmawiać z Asią Okuniewską, Mają Maj i Kasią Dygul o drodze do życia w zgodzie ze sobą, które otworzyło je na macierzyństwo, i smakowaniu codzienności w kraju, który nie ocenia, pozwala na więcej i uczy rodzicielskiego luzu. A także o niełatwej sztuce łączenia pracy z macierzyństwem, która wymaga autorskiego systemu opartego na partnerstwie i zaangażowaniu.

W historiach ich znajomości wspólnym mianownikiem jest ciasto. I choć spotykamy je osobno, pokazując wycinek życia każdej z nich, łączy je nieustanne poszukiwanie, pasja tworzenia i wzajemnie inspirowanie się, a ich dzieci – razem przeżywane dzieciństwo. Takie, które powinno być najlepsze z możliwych. Przed wami trzy historie o macierzyństwie z Islandią w tle.  

Pięć lat na Islandii pozwala ci spojrzeć szerzej. Dostrzec to, co mieści się pomiędzy zachwytami tym wyjątkowym miejscem. Jaka jest dla ciebie Islandia? 

Z moich bardzo wygodnych butów, mogę powiedzieć, że Islandia jest wspaniałym i przepięknym krajem, który daje dużo wolności na bycie sobą, uwalnia od wstydzenia się i bycia ocenianym. Potrafię jednak wejść w buty osoby, która widzi tę rzeczywistość zgoła inaczej. Nie ma czasu doświadczać uroków wyspy, bo przyjechała tu w celach zarobkowych, a jej prawdziwe, pełne życie, jest zupełnie gdzie indziej. Mam teraz czas na powolne życie, eksplorowanie wyspy, doświadczanie jej uroków, a także korzystanie z dobrodziejstw miasta, ale nie każdy tu tak ma. Pod tym względem czuję się uprzywilejowana. Sama jednak zaczynałam, pracując po 14 godzin, 4 dni z rzędu. Jestem daleka od idealizowania tego kraju, bo poznałam jego różne oblicza. I choć jest mi tu bardzo komfortowo i dobrze, to wiem, że to pewien rodzaj ciepłej i wygodnej bańki, a prawdziwy świat bywa niejednorodny. 

Czy okoliczności, w których teraz żyjesz, sprawiają, że jesteś szczęśliwa? 

Mój standard życia na początku nie wzrósł tu znacznie. Myślę nawet, że kiedy pracowałam w gastronomii, było to mniej więcej podobne życie, jakie miałam w Warszawie. Musiała patrzeć na swój stan konta i uważać do pierwszego. Sen z powiek spędzała mi wizja złamanego zęba i konieczności odbycia bardzo drogiej wizyty u dentysty. Kiedy zaczęłam kończyć miesiąc z finansowym zapasem, moje poczucie bezpieczeństwa znacznie wzrosło. Islandia to miejsce, gdzie odnalazłam spokój. Pozwoliła mi odkryć, co lubię robić. Największym szczęściem, które mnie tu spotkało, jest to, że mogę na tym zarabiać. Kiedy przestałam mieć pracę, która była zbyt intensywna i angażująca, zdałam sobie sprawę, że mam czas na rozwijanie swojej pasji. Nawet jeśli oznaczało to wstawanie wcześniej, mobilizowałam się, aby mieć na to przestrzeń. 

Jak ten komfort, który masz, wpłynął na decyzję o macierzyństwie? 

Zawsze chciałam mieć dziecko, wyobrażałam sobie siebie jako mamę. Wiem jednak, że gdybym została w Warszawie, prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na ten krok. Pracowałam w bardzo stresującej branży, która nie wspiera matek. Praca w reklamie jest bardzo intensywna, pełna nadgodzin. A ja chciałam być mamą obecną. Tego samego oczekiwałam od mojego partnera. Nie widziałam przestrzeni na kompromisy w tej sferze. Wolałabym zrezygnować z macierzyństwa, jeśli jedyną opcją na nie byłoby wciśnięcie go gdzieś pomiędzy. Nie wyobrażałam sobie na przykład, że moje dziecko nie widzi taty, który wyjeżdża do pracy na kilka tygodni. Miałam w sobie przekonanie, że albo uda mi się mieć dziecko na swoich zasadach, albo odpuszczę.  

Czy Islandia jako kraj sprzyja posiadaniu dzieci? 

Islandia dała mi bardzo duży spokój związany z macierzyństwem. Dzieci są tu bardzo chciane. Matki z dziećmi są naturalnym elementem rzeczywistości. Mam wrażenie, że w Polsce czasem nie zwraca się na nie uwagi – na przykład dzieci w kawiarniach są bardzo dużym problemem, często trudno nawet o krzesełko do karmienia. Na Islandii natomiast wszędzie są podjazdy dla wózków i dziecięce foteliki, nawet w restauracjach wieczorowych, gdzie mali bywalcy są rzadkością. Obserwując, w jaki sposób dorastają tu dzieci, fantazjowałam o dzieciństwie, które chciałabym zapewnić mojemu dziecku. Wizja, że ono może się swobodnie czuć, mieć przyrodę na wyciągnięcie ręki, żyć w miłej, przyjaznej wspólnocie, była dla mnie kusząca. Do tego doszedł fakt, że nie musiałam już pracować w restauracji. Poczułam, że to dobry czas na dziecko. Finansowo też mogliśmy sobie z moim narzeczonym – Amadeuszem na to dziecko pozwolić. Nie sądzę, abym w Warszawie doświadczyła komfortowej myśli, że to ten moment. Takiego luzu, że nie spotkam się na przykład z negatywną reakcją pracodawcy. 

Ten luz wydaje się słowem kluczem do islandzkiego rodzicielstwa, czy mam rację?

Zdecydowanie na Islandii zyskałam luz związany z byciem rodzicem. Pamiętam, jak drugiego dnia pobytu tutaj pojechaliśmy do nieistniejącej już knajpy, a tam na środku był stolik z czterema mamami i ich małymi dziećmi. Mamy beztrosko karmiły piersią przy wszystkich, zupełnie jakby karmiły łyżeczką i nikt nie zwracał na to uwagi. To było pierwsze zetknięcie się z takim podejściem, że nie musimy się niczego wstydzić. Ludzie chodzą tu poubierani jak tylko chcą, gadają do siebie na przystankach, śpiewają, tańczą, nikt nie zwraca na to uwagi. To kraj, w którym nie jesteś oceniany i twoje dziecko też nie będzie. Bardzo miła przystań.  

To zdejmuje z barków trudy macierzyństwa tak charakterystyczne dla Polski. Od czego uwolniłaś się tu, a co jest specyficzne u nas w temacie wychowania dziecka? 

Od nieustannego strofowania dzieci, tak bardzo w nas zakorzenionego. Dzieci muszą być cicho, muszą być grzeczne, zwłaszcza w miejscach publicznych. Mają siedzieć prosto przy stoliku, być kulturalne, ze wszystkimi się witać. I oczywiście mają być też cichutkie, co jest przecież całkowitym zaprzeczeniem istoty dziecka! Helena nauczyła się mówić i pokazywać, jak dzidzia się śmieje, płacze i… milczy. Muszę się tu przyznać, że zdarza mi się to wykorzystywać, kiedy jesteśmy w różnych miejscach. Dopiero po chwili łapię się na tym, że moje dziecko wcale nie musi być cicho. Co więcej, że żadne dziecko nie jest tu, gdzie jesteśmy, cicho! Tego na pewno się na Islandii od dzieci nie wymaga. Nie sądzę, aby w ogóle czegokolwiek się wymagało od dzieci. Te wymagania są we mnie, przywiozłam je z Polski.   

Czułaś na sobie dużo presji? Z czym była związana?

Czułam presję szybkiego powrotu do nagrywania po narodzinach Heli. Abym mogła napisać lub nagrać podcast, Amadeusz musiał zabrać Helenkę. Z jednej strony wiedziałam, że nie muszę się spieszyć, ale z drugiej pojawiały się myśli, że powinnam już wrócić, że przecież nic nie robię, siedzę w domu z dzieckiem. 

Co jeszcze tu z tobą przyjechało? 

Ciągły lęk, że dziecku coś może grozić. Tu dzieci wracają same ze szkoły, jeżdżą na rowerach środkiem ulicy, bo kierowcy uważają i prowadzą swoje auta bardzo powoli, a na drogach jest mnóstwo progów zwalniających. Przez pięć lat bycia tutaj ani razu nie natknęłam się na wiadomość, że jakieś dziecko zostało potrącone przez samochód albo że jakiś kierowca wjechał w przystanek autobusowy. A te lęki przywiozłam tu z Polski. Mam też w sobie helikopterowanie, sprawdzanie, czy moje dziecko nie weszło gdzieś za wysoko albo nie robi czegoś za szybko. Tymczasem tu na placach zabaw dzieci bawią się w pełni swobodnie. Robią bardzo dziwne rzeczy, wspinają się tak wysoko, jak tylko potrafią. Rodzice nie angażują się w zabawy z nimi, nie mediują, gdy pojawia się konflikt. Robią sobie piknik gdzieś obok lub siedzą w telefonach. Dzieci są tak dobrze ubrane, że tym nie też nie trzeba się martwić. 

Dochodzimy do kluczowego pytania każdego rodzica – jak ubrać dziecko? 

Na Islandii tego nie ma! Dziecko ubiera się warstwowo w wodoodporną odzież. I już. Nie ma tematów czapeczek. Tu w marcu dzieci ganiają z gołymi kolanami, bez czapki i bez butów. Ubiera się je tak, aby zawsze mogły się wytarzać, wejść w wodę, a rodzice nie musieli się o to martwić. Pamiętam ogromne zdumienie mojej teściowej, gdy w okolicach kwietnia ujrzała dziewczynki skaczące na trampolinie w samych majtkach. Nie było im zimno i nikt nie zwracał na to uwagi. To nie jest wyraz niedbałości, ale zaufania temu, że dzieci wiedzą, co robią. Daje się im dużo swobody. Z drugiej strony taki luz sprzyja bagatelizowaniu stanu zdrowia dziecka – wierzy się w naturalną odporność, natomiast my, polskie matki, panikujemy. Powiedziałabym, że my, rodzice, tutaj stoimy w rozkroku. Jesteśmy jedną nogą w Polsce, a drugą już w islandzkich przyzwyczajeniach.  

Czy czujesz się dobrze jako rodzic? 

Nie zawsze. Kiedy Hela ma gorszy dzień, ma zły humor, szukam winy w sobie. Ilekroć była dzieckiem krzyczącym w knajpie, miałam spięte plecy, mimo że nikt na nas krzywo nie patrzył i nie zwracał nam uwagi. Tutaj dzieci są tkanką społeczną, tak samo jak dorośli. Powoli tym nasiąkam. Wydaje mi się, że jak dłużej będę w tej ekspozycji na brak oceny, to macierzyństwo stanie się dla mnie dużo łatwiejsze. Będę czuła, że to, że moje dziecko krzyczy w sklepie, nie jest związane z oceną mnie jako matki ani kwestionowaniem moich rodzicielskich kompetencji. Teraz czasem jeszcze o tym zapominam.  

Uwolnienie się od poczucia winy to duża lekcja do odrobienia. Czy masz w głowie jeszcze coś, co chciałabyś zrealizować?

Romantyczną wizję wspólnego odkrywania świata. Wodospad zobaczyłam, jak miałam 25 lat, Helena – mając 1,5 roku, i zrobił na niej ogromne wrażenie. Wyobrażałam sobie, że wycieczki to będzie nasz chleb powszedni. Widziałam nas na plaży zbierające kamyczki i malujące patykami po piasku. Okazało się jednak, że moje dziecko nie przepada za jazdą samochodem. Zniesie to, ale każda podróż to dla mnie duży stres. I tym razem nie chodzi o to, że inni będą słyszeć, jak ona krzyczy, ale o to, że ja będę musiała to znosić (śmiech). Na razie cieszymy się wyprawami do zoo czy filharmonii.  

Jak opisałabyś dzieciństwo Heleny? 

Staram się dawać jej fajne dzieciństwo. Zapewniać dużo ciekawych doznań, ale szanując jej granice. Stale ją obserwuję, aby wiedzieć, co lubi i co sprawia jej przyjemność. Helena lubi obcować z przyrodą. Znosi patyki, zrywa chaszcze, zjada kamienie jak klasyczna dwulatka (śmiech). Zaczyna otwierać się przed nami ten moment, kiedy możemy pokazywać jej świat. Cieszę się na to ogromnie, bo Islandia jest wspaniała do pokazywania, doświadczania i smakowania. Mamy tu konie, foki, wieloryby i różnorakie ptaki. Pory roku z wyraźnymi różnicami. Trzy miesiące śniegu, który Helena pokochała. Uwielbiała nasz rytuał sankowy, a największą frajdę sprawiała jej bryła lodu, którą mogła lizać. Z rozrzewnieniem wspominam jej tegoroczne zimowe zachwyty (śmiech).

Odkrywanie przez zmysły jest tu bardzo proste. Islandia ma przeróżne zapachy, zmienne i dosadne pory roku – barwne lato i srogą, ciemną zimę, różnorodny krajobraz. I zorzę, której zobaczenie jest marzeniem tak wielu ludzi. A Hela już ją widziała! Dzięki zmienności pogody, tęcza gości u nas prawie codziennie. Jest jeszcze jedna ekscytująca atrakcja. Maszyny budowlane, które pojawiają się co roku na wiosnę, ze względu na zniszczenia po surowej zimie spowodowane przez mróz i lód. Islandczycy inwestują w naprawę dróg, a moja córka w pełni z tego korzysta (śmiech). Cała Islandia to wielki plac zabaw. Dzieci w pełni partycypują w aktywnym życiu, są widoczne, stanowią część społeczeństwa, są słyszane.  

A same place zabaw? 

Są wspaniałe! Przemyślne, oparte na skandynawskim modelu współpracy. Współpraca jest słowem kluczem, bo dzieci często mają wpływ na kształt tworzonych dla nich atrakcji. W Harpie (sala koncertowa w Rejkiawiku – przyp. red.), gdzie niedawno byłyśmy, otwarty został muzyczny plac zabaw zaprojektowany przy udziale dzieci. Powstał nawet specjalny panel konsultacyjny – dzieci testowały to miejsce i wyrażały opinię. Przestrzeń jest niezwykła i interaktywna. Chodzi się wewnątrz ucha!

Jak łączycie pracę z rodzicielstwem?

Kiedy Amadeuszowi skończył się czteromiesięczny urlop rodzicielski, podzieliliśmy się dniami tygodnia. Ja pracuję we wtorki i czwartki, a Amadeusz w środy i piątki. Poniedziałkiem dzielimy się po połowie. Pracuję rano, a drugą połowę dnia spędzamy razem. Wychodzimy, spotykamy się z kimś, ostatnio najczęściej z Mają, Miro i Leonem lub z naszą przyjaciółką Anetą. Podzieliliśmy się też porankami, tym, kto wstaje do dziecka, aby każdy z nas mógł się wyspać. Kiedy ja idę do pracy, Amadeusz wstaje rano i bawi się z Helą. Praktycznie wszystko w naszym związku jest podzielone równo, na pół. To wspaniałe rozwiązanie, dzięki któremu Helena jest związana zarówno ze mną, jak i ze swoim tatą.   

Trzeba przyznać, że rozwiązania systemowe są tutaj pomocne.  

To prawda, wszystko jest faktycznie dzielone. Ojciec musi wziąć urlop tacierzyński. Dzielenie się obowiązkami jest widoczne na ulicach, w parkach, ojcowie odwożą dzieci do przedszkola i przyjeżdżają po nie. Są obecni na imprezach przedszkolnych, biorą dni wolne na chore dzieci i nikt tu krzywo na nikogo nie patrzy. Ani na matki, ani na ojców. To jest po prostu bardzo naturalne.  

Przed wami nowy etap – przedszkole?  

Nie musieliśmy oddawać Heli do żłobka, ale teraz cieszymy się, że udało się nam z przedszkolem. Jedne dzieci zaczynają na wiosnę, drugie jesienią – Hela jest w tej drugiej grupie. Rozważaliśmy przedszkole niesystemowe, ale okazało się, że tuż obok nas jest przedszkole o niesamowitym standardzie zajęć, świetnie zarządzane. Dzieci malują po śniegu farbami, teraz farbami malowali pisanki-kamienie, są wielorakie konstruktorskie zajęcia, które na pewno przypadną Heli do gustu. Jest też menu z możliwością wyboru odpowiedniej diety, zatem jest w porządku. No i przedszkole ma wybitny plac zabaw – bardzo prosty, stawiający na współpracę dzieci. Ze względu na brak kontaktu Helenki z językiem islandzkim w takim wymiarze, jak mają na przykład dzieci Kasi: Marcus i bliźniaki, postanowiliśmy zatrudnić nianię. Przychodzi do nas znaleziona na forum nastolatka, która bawi się z Helą lub czyta jej bajki po islandzku. To tutaj norma, jest duże zaufanie społeczne, nastolatki często są nianiami. 

Na koniec chciałabym cię spytać o to, co najlepszego dała ci Islandia? 

Zdjęcie sobie z barków oczekiwań wobec mojej osoby. Poczucie, że nie muszę udowadniać niczego. Pokazywać, że coś osiągnęłam lub że mam życie, którego wcale nie mam. To dała mi Islandia, a co mogłaby mi zabrać Warszawa, gdybym tam została. Moje wybory nie są oceniane, nie czuję żadnego podcinania skrzydeł, którego doświadczyłam nie raz w Polsce. Choć czasem myślę, że może nie spotykam się z tym, bo nie mówię po islandzku (śmiech). To się wkrótce zmieni, bo gdy Hela zacznie przedszkole, pójdziemy z Amadeuszem na kurs. Mam poczucie, że jak w Polsce chcesz coś zrobić, to od razu znajduje się cała rzesza doradców, którzy mówią ci, że to ci się nie uda. Kiedy na Islandii zdradzisz swoje plany, usłyszysz zewsząd, że to świetny pomysł, ludzie powiedzą, że ci pomogą albo że znają kogoś, kto może pomóc i cię z nim skontaktują. Naprawdę wszyscy trzymają za ciebie kciuki.

Mieszkasz na Islandii 5 lat, w tym już prawie 1,5 roku z synem Leonem u boku. Jak wspominasz swoje pierwsze spotkanie z tym krajem? 

Kiedy przyjechałam na Islandię po raz pierwszy, czułam się dziwnie. W Polsce, choć często sobie tego nie uświadamiamy, mamy dostęp do wszystkiego, czego tylko chcemy. Wybór produktów jest ogromny, dostrzegłam, jak wiele ich jest, gdy je straciłam (śmiech). Na Islandii wiele rzeczy jest w ograniczonej liczbie, na początku ma się wrażenie, że zbyt małej, że nie ma wyboru. Ale kiedy przejdzie się przez etap przesyłania z Polski wszystkiego, czego tu brakuje, w końcu dostrzega się, że to, co jest, jest wystarczające. Ten islandzki minimalizm – produktowy, ale też przestrzenny – szybko wszedł mi w krew, bardzo mi odpowiada. A mówię to jako fanka otaczania się ładnymi rzeczami. Nadal tęsknię za polską wiosną i białym serem, choć nauczyłam się go zastępować lokalnym (śmiech). 

Co cię uderza, kiedy przyjeżdżasz do Polski? 

Z Polską mamy stały kontakt, przyjeżdżamy tu regularnie. Tu mamy rodzinę, ja na co dzień pracuję z polskimi markami. Marzyłam o tym, aby pokazać Leonowi mój ukochany Wrocław. Kiedy tam przyjechaliśmy, rozczarowałam się – było ciasno, głośno, miałam wrażenie, że wszyscy na mnie wchodzą. Do reklamy na każdym budynku, płocie, słupie… Odzwyczaiłam się od tego wizualnego przesytu. Pierwszą reakcją na widok Islandii bywa okrzyk: „Tu nic nie ma!”. Ta czystość może przerażać (śmiech).  

Czy ten islandzki minimalizm pozwala żyć inaczej? 

Mam poczucie, że na Islandii żyję w pełni. Ostatnio uświadomiłam sobie jednak, że może mieć na to wpływ nieznajomość języka. Podczas pobytu w Polsce, w marcu, jechałam taksówką, z której wysiadłam przebodźcowana newsami. W ciągu zaledwie kilku minut usłyszałam tyle, zwłaszcza złych, wiadomości, że nie potrafiłam ich przyswoić ani ogarnąć. Problemem nie były same informacje, które wiadomo są i są potrzebne, ale to, że nie byłam na nie przygotowana. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem to, że nie rozumiem islandzkiego nie wpływa na to, że na moich barkach spoczywa mniejszy ciężar. To odcięcie od wielu tematów, ale także świadome ich selekcjonowanie – to ja wybieram, co do mnie trafia, dzięki temu nie wchłaniam złych informacji, nie nasiąkam nimi.  

Planujesz nauczyć się islandzkiego? 

Po pięciu latach poczułam, że wreszcie nadszedł czas, aby to zrobić! Do tej pory w zupełności wystarczał mi angielski. Przed nami jednak zupełnie nowy etap – przedszkole Leona. Chcę go rozumieć, kiedy wróci do domu i będzie mi opowiadał, jak minął mu dzień i z kim się bawił. 

Jakie emocje towarzyszą ci w związku z debiutem Leona w roli przedszkolaka? 

Pamiętam moment, kiedy wyraźnie poczułam, że nasz syn jest gotowy, aby wyjść do świata. Było to bardzo naturalne. W pewnym momencie przestał się interesować zabawkami i tym wszystkim, co mamy w domu, a wcześniej cały dom i wszystkie jego elementy intensywnie ekspolorował! Miałam wrażenie, że pokazuje nam, że to wszystko już tak dobrze zna i jest gotowy na więcej (śmiech). Potem przyszedł czas na mnie, pamiętam, jak któregoś dnia przy porannej kawie powiedziałam do Miro: „nasz syn już może podbijać świat” (śmiech). Leon jest bardzo towarzyski, uwielbia bawić się z innymi dziećmi i zdecydowanie chodzi własną drogą (śmiech). To będzie czas innego spojrzenia na nasze dziecko. On pozna nowych ludzi, pojawią się nowe tematy, z częścią z nich będziemy musieli pomóc mu się zmierzyć. Nie mogę się tego doczekać.  

Ten nowy etap otworzy przed tobą także inne zawodowe możliwości. A jak jest teraz? Obydwoje z Miro pracujecie, macie mnóstwo twórczych projektów – jak łączysz pracę z macierzyństwem? 

Leon nigdy nie był problematyczny. Kiedy był niemowlakiem, odłożony do łóżeczka spał 4 godziny. On od początku wiedział, że będzie ze mną pracował (śmiech). Jak miał kilka miesięcy, przyjechaliśmy do Polski, i tu każdy chciał nam pomagać, dając nam tym samym przestrzeń do pracy nad nowymi projektami: naszą małą agencją turystyczną Icelandic Roamers i marką kapeluszy Rondo. Potem przyszła pandemia i covidowy rok, który była dla nas czasem oddechu. Nastąpiła przerwa w naszym projekcie wycieczkowym i bardzo ją doceniliśmy. Zdjęła z nas presję i pozwoliła się lepiej przygotować na wielki start. Kiedy Leon miał już pół roku, zaczął się okres prawdziwego życia z dzieckiem, które nie przesypia już większości dnia i domaga się uwagi i aktywności. Uważam, że stanęliśmy na wysokości zadania. Mamy w ciągu dnia czas dedykowany w pełni aktywności z Leonem – spacerom, basenom, placom zabaw. Dużo podróżujemy, odwiedzamy znajomych, spędzamy po kilka godzin na świeżym powietrzu. Dzięki temu Leon ekstra śpi w nocy, a ja pracuję w trakcie jego drzemek, gdziekolwiek wypadają, i wieczorami, kiedy on zasypia.  

Pisałaś na swoim profilu na Instagramie o trudnym początku tego roku związanym z tym, że Leon na co dzień jest z wami i godzicie rodzicielstwo w pełnym wymiarze z pracą.  

Żłobki na Islandii są przepełnione i trudno się do nich dostać. Jest co prawda opcja dagmammy, czyli domowej opieki sprawowanej nad kilkorgiem dzieci, ale się na nią nie zdecydowaliśmy. Uznaliśmy, że poradzimy sobie sami. I wszystko szło świetnie do momentu, kiedy nastąpiła kumulacja projektów, a fatalna pogoda zamknęła nas w domu. To był początek roku, czas ciemności oraz tak silnych sztormów i wiatrów, że nie mogliśmy wychodzić. Musieliśmy z Miro ułożyć nasz sposób funkcjonowania na nowo i to zajęło nam miesiąc. To był czas podejmowania decyzji, ustalania priorytetów i odpuszczania niektórych spraw. Zdecydowaliśmy się też na zatrudnienie opiekunki dla Leona. Tyle rzeczy się rozluźniło! Ten system będzie działał do czasu, aż Leon nie pójdzie jesienią do przedszkola.  

W twojej opowieści mocno wybrzmiewa wasze partnerstwo i wspólne szukanie rozwiązań.  

Nasz system nieustannie się zmienia, zmieniają się okoliczności i przyzwyczajenia Leona, jedno jest niezmienne – tworzymy go razem. Miro jest aktywnym i w pełni zaangażowanym rodzicem. Kiedy jest w domu, a nie na wyprawach, dzielimy się dniami, w których pracujemy. Jednego dnia ja wychodzę z domu pracować w kawiarni, drugiego dnia pracuje on. Mamy check listę i ją uzupełniamy. Często możemy kontynuować swoje zadania. Każdy za coś odpowiada: Miro za rozliczenia i rachunki, a ja za część kreatywną. Uważam, że tworzymy perfect team. Oczywiście nie wszystko jest takie piękne i idealne. Nawet mając najprostsze w obsłudze dziecko, jakim bez wątpienia jest Leon, zdarzają się nieprzespane noce. Teraz na przykład z powodu wychodzących kłów. Wtedy od rana czuję się jak „kapeć” i potrzebuję hektolitrów kawy. Mam taki przywilej, że te dni też są OK i mogę sobie pozwolić na zrobienie mniej. Teraz zależy mi na tym, aby mieć więcej przestrzeni na odpoczynek i wieczorem zamiast pracować, odpocząć przy serialu na Netflixie.  

W jakim momencie życia spotkało cię macierzyństwo? 

Nigdy nie przypuszczałam, że będę mamą. Straciłam rodziców bardzo wcześnie i rodzicielstwo zawsze wywoływało we mnie niepewność. Jak poznałam Miro, otwarcie powiedziałam mu, że nie wiem, czy kiedykolwiek dojrzeję do tej decyzji. Żyliśmy naszym superżyciem i przyszedł moment, w którym obydwoje poczuliśmy, że tego chcemy. I niemal od razu pojawił się Leon. Wszystko totalnie się zmieniło. Nie tylko jeśli chodzi o absorbowanie myśli, czasu i wszystkich zasobów przez dziecko. Wewnątrz narodziło się, i jest z nami stale, uczucie ogromnej odpowiedzialności za małego człowieka i to, co mu przekazujemy. Nie jesteśmy nadopiekuńczymi rodzicami – pozwalamy Leonowi na wiele. To proste, bo on jest bardzo otwarty i „łatwy w obsłudze”. Przyjmuje rzeczy takimi, jakie są. Tak było z moją decyzją o zakończeniu karmienia piersią czy rezygnacją ze smoczka. Macierzyństwo dało mi bardzo wiele. To nowy rozdział, do którego dojrzałam i w którym się odnalazłam. 

Jak wyglądała twoja droga, aby znaleźć się w takim punkcie? 

Pięć lat temu nastąpił przełomowy moment, w którym zaczęłam się zastanawiać, kim jestem i czego chcę od życia. Od dziecka powtarzałam, że należę do innego miejsca i wiedziałam, że wyjadę. Nadszedł moment, aby odciąć pępowinę i to zrobić. Wiem, że nie każdy jest na to gotowy, czasem nawet przez całe swoje życie, ja wtedy byłam.  

I wówczas na horyzoncie pojawiła się Islandia? 

Islandii nie wybrałam dlatego, że to było moje marzenie. Przyjechałam tu na chwilę. To miał być mój moment na zastanowienie. Dostałam pracę w miejscowości Vik w sklepie ze swetrami islandzkimi. A jednak praca na wakacje zamieniła się w coś na dłużej. Zarobione pieniądze wydawałam na podróże i cały czas pracowałam nad poznaniem siebie, także na terapii. Z tego okresu mam takie wspomnienie, jak wieczorami leżałam w łóżku w moim małym żółtym domku w Viku i patrzyłam przez ogromne narożne okno z widokiem na ocean. Czułam się szczęśliwa, było mi ze sobą dobrze, wreszcie miałam czas i przestrzeń na to, aby słuchać siebie.

To Miro, który wybierając Islandię spełnił swoje marzenie, zaraził mnie miłością do wyspy. Nieustannie wyjeżdżaliśmy i zwiedzaliśmy, nawet jak byłam w ciąży nas nosiło (śmiech). I nie przeszło nam, gdy urodził się Leon, wręcz przeciwnie! Leon uwielbia zwiedzanie i nasze wycieczki. Gdy miał 7 miesięcy wyjechaliśmy z nim w magiczne góry Landmannalaugar i spaliśmy pod namiotem na dachu defendera. Kiedy zdecydowaliśmy się odwiedzić Polskę samochodem, odbył z nami wycieczkę promem do Danii. Cała trasa trwała tydzień, a on był naprawdę zadowolony. Jest idealnym kompanem podróży, wszyscy idealnie się „dobraliśmy” pod tym kątem. 

Czy masz poczucie, że na Islandii żyjesz bardziej? 

Nie mogę powiedzieć, że tu życie jest lepsze, bo więcej się zarabia. Islandia jest bardzo droga. Żyje się tak samo, jak gdziekolwiek indziej na świecie. W zasadzie gdziekolwiek by się nie było, podejmuje się decyzję, czy wydaje się więcej, czy mniej, czy odkłada na jakiś cel, czy żyje chwilą. Wybiera się jeden pokój do życia albo cały dom. I żyje się na takim poziomie materialnym, na jaki można sobie pozwolić. Ale to, jak się czujemy wewnętrznie, to jest zupełnie inna sprawa – i to właśnie tu odkryłam. 

Rozwiniesz tę myśl na koniec? 

Moje życie bardziej jest życiem na Islandii, gdzie czuję się dobrze, ale takie życie można ułożyć sobie gdziekolwiek indziej. Trzeba wymyślić własne zasady gry i przeżywać wszystko tak, jak się pragnie. Problemem jest to, że często jesteśmy zamknięci, przekonani, że istnieje tylko jedna droga. Dopiero jakiś wyjazd wprawia nas w szok, że można inaczej. Sposób myślenia i nastawienie do życia w różnych miejscach na świecie są tak odmienne! Ja już tego zasmakowałam, teraz chcę przekazać to Leonowi. Chciałabym, aby nauczył się eksplorować i sięgać po to, co sobie wymarzy.  

Kasię łapię w Bostonie, podczas wyjazdu służbowego. Kasiu, co tu robisz? 

W lutym wróciłam do pracy w Business Iceland, firmie zajmującej się promowaniem konkurencyjności islandzkich firm na rynkach zagranicznych, gdzie zajmuję się PR-em i komunikacją. W Bostonie organizujemy festiwal Taste of Iceland. To mój pierwszy samotny wyjazd od niemal 3 lat, w zasadzie zupełnie nowe doświadczenie (śmiech).  

Jak się z nim czujesz? 

Pierwsze dwa, trzy dni bez chłopców pozwoliły mi wziąć oddech, ale po nich przyszła wielka tęsknota. Nie mogę się już doczekać powrotu i wycałowania moich dzieci, bo tu już oglądam się za obcymi (śmiech). Nieprzerwany sen w łóżku wolnym od dzieci to dla mnie nowość (śmiech). Dopiero niedawno odstawiłam bliźniaki od piersi, co sprawiło, że ten wyjazd stał się możliwy. Karmienie dwójki w nocy było bardzo skomplikowane i miałam wrażenie, że prawie wcale nie śpię. Podczas mojej nieobecności mój mąż Gunnar uczy chłopców spać w ich pokoju, we własnych łóżkach. W przypadku starszego syna, Markusa, nauka trwała 5 lat. Po powrocie przekonam się, czy bliźniaki wyprowadzą się z naszego łóżka szybciej (śmiech).  

Jak udaje ci się łączyć macierzyństwo z pracą? 

Jeszcze nie wiem (śmiech). Nastał czas zmian w moim życiu, poszukiwania na nowo równowagi między pracą na etacie a byciem mamą. To nowy początek. W macierzyństwie jestem na etapie, kiedy młodsze dzieci, dwuletnie bliźniaki: Jacob i Símon trenują się w swojej samodzielności, która nie jest przez nich jeszcze do końca opanowana. Niestrudzenie wspiera ich i podsuwa im, niekoniecznie dopasowane do ich możliwości, pomysły ich starszy brat. Jacob poszedł do przedszkola od września, a Símon dopiero od stycznia ze względu na swoją, jeszcze nie do końca zdiagnozowaną, chorobę. Zajmowała ona wszystkie moje myśli i rzutowała na mój sposób funkcjonowania przez ostatnie miesiące.  

Powrót do pracy przyniósł ci wytchnienie? 

Głównie za sprawą problemów zdrowotnych Simona, którego stale obserwowałam, straciłam kontakt z rzeczywistością. Zatraciłam się w mojej domowej codzienności. Jeszcze niedawno trwała zima, do 11:30 było ciemno. Praca to powrót do zupełnie innej rzeczywistości. Od listopada wróciłam do pracy na pół etatu, od lutego na cały. Mój urlop macierzyński trwał prawie dwa lata, bo jest dłuższy, gdy ma się bliźniaki, dodatkowo mój pracodawca zgodził się na rozłożenie go w czasie. Pod tym względem Islandia jest fantastyczna. Jest tu duże zrozumienie tematów rodzinnych. To, że każdy potrzebuje czasu z rodziną, jest oczywiste. Od kilku lat rynek pracy zmierza także w kierunku skrócenia jej wymiaru. To także rozwiązanie przyjazne rodzinie.  

Jaki system opracowaliście z Gunnarem w domu?

W naszym domu dzielimy się wszystkim fifty-fifty. Wypracowaliśmy to sobie, kiedy na świat przyszły bliźniaki. Przyznaję, że przy Markusie było inaczej. Weszłam wtedy w rolę matki ze wszystkimi przypisanymi do niej stereotypami. Czułam, że muszę udowodnić, że dam radę wszystko ogarnąć. Z czasem równouprawnienie, które jest systemowo wprowadzane na Islandii, zmieniało moje podejście. Kobiety tu wiedzą, że nie muszą spełniać każdej roli, która jestem im narzucona. Co więcej, mężczyźni też spełniają różne role. Urlop rodzicielski podzielony jest na pół. Rodzice mają taką samą bazę i mogę przekazać sobie tylko małą część urlopu. Takie rozwiązanie ma sprzyjać równym szansom obydwu płci na rynku pracy i wspierać powrót kobiet na niego. I to działa! Kobiety wracają bez żadnych obciążeń, które bywają udziałem Polek. Ja sama, gdy Markus skończył rok, słyszałam, że jest za wcześnie i że nie powinnam zostawiać dziecka. Inaczej jest postrzegana tutaj też rola ojca, którego zdolność do zajęcia się dzieckiem w pełni nie bywa kwestionowana.  

A jak to wygląda, jeśli chodzi o opiekę państwa nad dziećmi, aby rodzice faktycznie mogli wrócić do pracy? 

Przy Markusie, który nie dostał się do przedszkola, zdecydowaliśmy się na instytucję dagmammy. To droższa od placówki forma opieki. Takie rozwiązanie wymaga wprowadzenia rutyny i sztywnych zasad, co jako mama trójki rozumiem. Sama jednak cenię wolność i daję ją dzieciom. Dlatego, gdy usłyszałam, że muszę odstawić Markusa od piersi i że będzie usypiany w wózku, nawet, gdy będzie płakał, zrezygnowałam z tego rozwiązania. Wynajęliśmy z Gunnarem opiekunkę, a potem trafiliśmy do dagmammy z powołania, która wraz ze swoim partnerem w dużym domu z ogrodem miała misję stworzenia wyjątkowego miejsca dla dzieci. Bliźniaki natomiast nie miały żadnego problemu z dostaniem się do przedszkola. 

Jakie jest przedszkole chłopców? 

Wyjątkowe! Nazywa się Hjallastefnan. To półprywatne przedszkole, w którym chłopcy i dziewczynki większość dnia przebywają osobno. Ma to na celu ulepszenie równouprawnienia. Filozofia placówki oparta jest na przekonaniu, że każde dziecko, niezależnie od płci, powinno mieć dostępne wszystkich możliwości na świecie. Dzieci mają osobne grupy, aby każdemu dać równe szanse na odkrycie własnych cech osobowości, zainteresowań i potrzeb. Bez narzucania im schematów i ról. Dzieci mają całkowitą wolność robienia tego, co chcą i w jaki sposób chcą. Same wybierają jedną z kart z aktywnościami i pracują potem w małych grupach. Cenię to miejsce też za to, że dzieci chodzą w takich samych ubraniach w kolorach czerwonym i niebieskim. To jest ogromne ułatwienie dla rodziców! Dwulatki wchodzą w etap niezależności i przynajmniej odpada nam codzienna walka o to, co założyć. Takie rozwiązanie sprawia, że nie ma rywalizacji i porównywania, kto jest lepiej czy ładniej ubrany.  

Jakie są inne korzyści, które dostrzegasz? 

Mam taki konkretny przykład. Na Islandii bardzo rozwinięta jest kultura czytania. Tu wszyscy czytają książki, bardzo wiele osób publikuje też własne. Na Boże Narodzenie każdy w rodzinie musi dostać książkę – to świąteczna tradycja, która nazywa się Jólabókaflóð, czyli powódź książek. Po wigilijnej kolacji każdy z domowników zasiada w wybranym miejscu i czyta. Dbamy o to, aby było wtedy bardzo przytulnie i klimatycznie – z kocykami, poduszkami, kubkiem herbaty. Mimo to, chłopcy gorzej radzą sobie z czytaniem od dziewczynek. Efektem metod edukacji naszego przedszkola jest to, że chłopcy czytają lepiej.

Czy spotkałaś się z komentarzami dotyczącymi rozwiązań w waszym przedszkolu?

Nie raz słyszałam, że to jest dziwne rozwiązanie. Takie reakcje utwierdzają mnie w przekonaniu, że inny sposób myślenia, który to przedszkole promuje, jest bardzo potrzebny. Ono pokazuje, że można robić rzeczy w inny sposób niż według utartych i latami powielanych schematów. Właśnie to uwielbiam w Islandii – ona nieustannie pokazuje mi, że można inaczej. Tego samego uczą nas nasze dzieci. Jesteśmy bardzo mobilną rodziną. Małe dzieci nigdy nas nie ograniczały, stały się też szansą, aby zrobić bardzo wiele nowych rzeczy i wspólnie z nimi wiele odkrywać. Bardzo dużo podróżujemy. A razem z Gunnarem robimy sporo projektów kreatywnych, poza regularną pracą.  

Zaczęłyśmy rozmowę od tego, w jaki sposób łączysz pracę z macierzyństwem, ale bardzo chciałam cię zapytać o to, jak w ogóle znalazłaś się na Islandii?  

Za sprawą mojego męża Gunnara. Historia naszego poznania jest bardzo zawiła i wkrada się w nią przeznaczenie. W trakcie studiów miałam wyjechać na Erasmusa do Danii, ale moje plany pokrzyżował poważny wypadek samochodowy, po którym długo dochodziłam do siebie. Na wymianę wyjechałam rok później i trafiłam do akademika, w którym mieszkał Gunnar. Nasze życie było pełne przygód. Aby zarobić na wyjazd do Stanów, pracowaliśmy przy rozkładaniu towarów w supermarkecie na północy Danii. Rozjeżdżaliśmy się w różnych kierunkach, aby w końcu wylądować w Kopenhadze. W tamtym czasie rodzice Gunnara, rodowici Islandczycy, postanowili wrócić do kraju, a my zaczęliśmy ich tam odwiedzać. Gunnar od zawsze marzył, aby tam zamieszkać. Przy pierwszym spotkaniu Islandia mnie oczarowała, wszystko mi się strasznie podobało. W 2014 roku podjęliśmy decyzję o przeprowadzce, od 2015 roku zamieszkałam na Islandii na stałe.  

Co przeważyło w decyzji o tym, aby opuścić Danię? 

W Danii żyło się nam super. Równouprawnienie jest tam faktem, a to bardzo wiele ułatwia. To kraj bardzo wielu możliwości, które są namacalne i dostępne niemal dla każdego. Ale z drugiej strony bierze się udział w pogoni za rzeczami materialnymi, na przykład za tym, aby każdy posiadał drogie rzeczy od designerów. Im dłużej się tam mieszka, tym bardziej odczuwa się tę pogoń. To było bardzo nam obce.  

Jaka wypada Islandia w porównaniu z Danią? 

Islandia zapiera dech w piersiach. W Danii nie ma takich widoków, nie odczuwa się tak natury. Na Islandii czujesz się częścią świata, częścią natury. To niesamowite uczucie. Chęć obcowania z tym na co dzień w dużej mierze zadecydowała o przeprowadzce. W Danii obydwoje bardzo dużo pracowaliśmy. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że chcemy od życia czegoś innego. Chcieliśmy zakończyć ten bieg. Na Islandii bardzo łatwo złapać oddech, dystans – jak czujesz, że praca za bardzo cię przytłacza, wystarczy 15 minut i już czujesz dzikość natury. Wracasz w swoje miejsce, dokładnie tam, gdzie powinieneś być w świecie. Dodatkowo, Islandia jest położona pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi. Przychodzi mi na myśl określenie american dream, choć to nie do końca to, ale faktem jest, że na Islandii ludzie są bardziej niezależni. Większość nie ma jednej pracy, ma różne zajęcia. Nieustanne wchodzenie w nowe role jest powszechne. Tu ma się poczucie, że wszystko można ogarnąć. Nie trzeba odgrywać roli, którą ktoś nam narzucił. Można z niej wyjść, zrobić obrót i pójść w innym kierunku. To jest zupełnie naturalne. 

Takie podejście sprzyja wychowaniu dzieci? 

W moim przypadku myśl o dzieciach dopiero na Islandii stała się rzeczywista. Wcześnie nie było sprzyjających okoliczności. Dopiero w kontakcie z naturą oraz dzięki sygnałom płynącym ze społeczeństwa poczułam, że nadszedł ten moment.  

Jakie były te sygnały? 

Tu każdy ma dzieci! Każdy ma rodzinę, więzi są bardzo silne. To, że musisz wyjść z pracy, aby odebrać dziecko z przedszkola, jest naturalne.  

Jak opisałabyś swoje życie na Islandii?

To życie w harmonii ze sobą. Tu masz możliwość odczuwania siebie. To też przychodzi z wiekiem, ale miejsce zdecydowanie to ułatwia. Czujesz, że możesz odkryć różne sfery życia bardziej. Rynek pracy wygląda tu tak, że nawet, jeśli nie masz pracy, którą kochasz, na przykład pracujesz fizycznie, to dostajesz takie wynagrodzenie, która pozwala ci się rozwijać poza pracą, a nie tylko wegetować. Łatwiej jest podążać za swoją pasją, iść w obranym kierunku, ma się większe możliwości robienia tego, o czym się marzy. Islandia jest bardzo otwarta, to kraj, w którym możesz próbować robić różne rzeczy, nie musisz stawiać wszystkiego na jedną kartę. Może też ci się nie udać. To również bardzo naturalne. 

*

Dziękuję Asi, Mai i Kasi za inspirujące rozmowy.

Moje bohaterki łączy życie na własnych zasadach. Tak się złożyło, że prowadzą je na Islandii, ale mogłyby to robić gdziekolwiek indziej. To kwestia nastawienia do życia, którą miejsce może wzbogacić.  

Jeśli znacie inne historie o życiu „bardziej” w dowolnym zakątku świata, podzielcie się nimi z nami!

Dodaj komentarz