Essaouira. Miasto mew, kotów i wiatru.

Podróż wszystkimi zmysłami

Nie wiem, czy najpierw to miasto poczułam, czy zobaczyłam. Zapach ryb w porcie jest tak intensywny, że niektórzy sprzedawcy na targu zakrywają twarze chustą. A może najpierw był widok? Majestatyczna forteca, miasto dumnie wzniesione wysoko nad kamienistym nabrzeżem Atlantyku. Jakby chciało krzyknąć nie straszni nam Portugalczycy, nie straszni piraci!

Maroko przeżywa się wszystkimi zmysłami. Kraj, z którego wracamy z ulgą do naszych wygodnych mieszkań, pracy i czystych ulic, by za kilka miesięcy znów zatęsknić za miksem kolorów, zapachem przypraw i smakiem miętowej herbaty, bo ta nigdzie nie smakuje tak dobrze jak tam. O rodzinnym wyjeździe do marokańskiej Essaouiry opowiem dziś, podążając właśnie szlakiem zmysłów, a nie kartograficzną mapą i listą adresów. Choćby dlatego, że mam na pokładzie osobę, która świat odbiera dużo mocniej, i taka podróż jest dla niej sposobem na mierzenie się z wieloma przeszkodami. Dla dzieci z sensoryczną nadwrażliwością podróżowanie do tak odmiennych kultur nie jest bułką z masłem, lecz trudnym i potrzebnym wychodzeniem poza własną strefę komfortu.

Maroko kipi od kolorów, faktur, zapachów. Stoisko z kolorowymi przyprawami i różami w pięknym koszu sąsiaduje z rzeźnikiem i mięsem na haku, zapach piaszczystej plaży niesie zapach ryb i wielbłądów, na ulicznych straganach wzrok córki przyciągają nie tyle apetyczne pastille, tadżiny czy szaszłyki, co chmary much. Dziecko, które we własnym domu potrafi się myć kilka razy dziennie, bo brud, bo zapach, bo krople deszczu na bluzce… na souku musi czuć się przytłoczone ilością bodźców, a przyjazny hand shaking nieznajomego odbiera jako naruszenie granic. Nie, nie znajdzie tu ulubionej i bezpiecznej pomidorowej i rosołu, a ulica zaskoczy ją liczbą bezpańskich kotów, krzyczących dzieciaków na zdezelowanych rowerach (a w Marakeszu skuterach) i biedę w całej rozciągłości. Zobaczy miasto, którego peryferyjne dzielnice toną pośród plastiku i śmieci, a domy straszą sterczącymi kikutami drutów, jakby wznosiły ręce, prosząc o dokończenie zaczętej dziesięć lat temu budowy. Ale zobaczy też najpiękniejsze zachody słońca, odważy się (po kilku dniach) spróbować kęsa jedzenia ze straganu, zakocha się w tutejszej herbacie i radosnym skrzeczeniu tysięcy mew. Zachwyci się mozaiką na podłogach i ceramiczną zastawą do herbaty. Wypowie swoje pierwsze słowa po francusku. Mogłabym wybrać europejski kierunek, bezpieczny widoczek niczym z pocztówek w Portofino, ale serwuję jej podróż wszelkimi zmysłami.

Co roku wybieramy jeden wyjazd, który jest dla Poli trudniejszy w odbiorze, bo świat taki przecież jest – różnorodny, czasem też niewygodny. Ale zawsze ciekawy. Podróże to mój sposób na otwieranie jej na nowe smaki, zapachy, faktury. Wierzę, że to ją wzbogaca, choć nie jest czasem łatwe, ani dla niej, ani rodzica. Na pewno przed wyjazdem trzeba dobrze się przygotować, co akurat czynię zawsze z wielką przyjemnością. Research to mój konik. Co mogę polecić w Essaouirze, w której spędziliśmy tegoroczną Wielkanoc? Oto przewodnik po pięciu zmysłach.

*

WZROK

Co zobaczycie? Piękne, portowe miasteczko górujące nad zimnym Atlantykiem. Milion zaułków, krętych uliczek, kolorowych, obdrapanych fasad. Sieci rybackie suszące się na setkach niebieskich łodzi i nie są to atrapy, na potrzeby instagramowych zdjęć. To miasto żyje z ryb, to miasto żyje morzem. Ujrzycie wielki i nieprzytłaczający jak ten z Marakeszu plac Moulay el Hassan, pełen kawiarni i ulicznych grajków. I kotów. Zobaczycie tysiące kotów, które mają tu specjalny status, są dokarmiane, ale też nikt nie kontroluje ich ilości. Cokolwiek się wydarzy, koty i mewy przetrwają w tym mieście zawsze! Zajrzycie do wielu galerii malarzy (polecam Galerie la Kasbah czy Galerie Damgaard) oraz souków, na których panuje spokój, jakże deficytowy w Marakeszu. Nikt nie łapie za ręce, na siłę nie wciska pamiątek. Zapomnicie się w labiryncie bazarowym, ale też małych designerskich sklepikach, prowadzonych najczęściej przez Francuzów, którzy sprzedają wyselekcjonowane marokańskie pamiątki, jak choćby Histoire de Filles czy l’Atelier – cafe boutique. Zobaczycie w końcu szeroką i ciągnącą się po horyzont plażę miejską, pełną wielbłądów i surferów. Przygotujcie się na zachody w duecie z kolorowymi latawcami, które szarpie wiatr. A wieje tu codziennie. Wieczorem odpoczynek w świetnym Hotel Tangaro, tuż pod miastem, bo wiemy, że cisza, przestrzeń i spokój muszą zamykać dzień pełen intensywnych doznań.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

SŁUCH

Dopiero tu zrozumiałam, czym jest krzyk mew. Les mouettes są wszędzie, choć prawdziwy koncert można usłyszeć przed zachodem słońca w portowym targu ryb. Poszłam tam sama, dla Poli zapach był zbyt mocny, a jej brat zdecydowanie wolał uganiać się za kotami. Mewy tu rządzą, mewy poganiają zmęczonych słońcem i wiatrem rybaków, by szybciej wyładowywali sieci i zamykali interes, bo wszelkie resztki chętnie trafią do podziału między nie i czworonożnych przyjaciół. Essaouira to także nawoływanie muezinów, szum morza i rytmy tradycyjnej muzyki gnaoua.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

*

SMAK

Dla mnie w każdej podróży najważniejszy punkt dnia. Prędzej odpuszczę jeden czy drugi zabytek, ale fajnej knajpki z dobrym jedzeniem i ciekawym designem nie daruję. Po doświadczeniach z Marakeszu wiedzieliśmy, że Pola nie będzie chciała jeść u ulicznych sprzedawców, a szkoda – jest to i smaczne i na każdą kieszeń. Jechałam więc do Eassouiry z listą świetnych knajp, w większości prowadzonych przez Francuzów, i ani razu nie pożałowałam naszych wyborów. Owoce morza w tym mieście to poezja, a miks kuchni marokańskiej z francuską i włoską to kulinarny poemat. Dorównuje im design, często z najwyższej półki. Nawet w tych najbardziej wyszukanych restauracjach płaciliśmy mniej niż za podobne menu w kraju. Co polecam? Na śniadanie lub zachody słońca kawiarnię na plaży Ocean Vagabonde, miejsce to see and to be seen, z widokiem na plażę, wielbłądy i surferów. Bardzo tropikalny klimat czeka na was w Caravane Cafe, jedzenie godne gwiazdek w eleganckiej La Table de Madada, a drink w świetnie urządzonej Megaloft. Nad talerzem z zachwytu zapłakałam w Le Patio, połączenie marokańskich smaków z kuchnią śródziemnomorską serwują tu wybitnie, a najlepszą od czasów studenckiego wyjazdu do Biarritz zupę rybną zjadłam w małej i niepozornej włoskiej knajpce Gusto Italia. Śniadania w cudownym hotelu Tangaro, tuż pod miastem, który oferował ciszę i przestrzeń. I na koniec perełka wyłowiona z morza, pod miastem na zupełnym odludziu, ale tuż nad morzem i dziką plażą mieści się Les Mouettes et les Dromadaires (Mewy i Wielbłądy) – knajpa, dom z ogrodem i widokiem na morze, a jedzenie… cóż, musicie przyjechać i spróbować.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

WĘCH

Miasto pachnie morzem, solą, portem. A potem miętą, choć może to tylko moje odczucie, bo z Polą wypijałyśmy jej hektolitry. Pachnie mieszanką przypraw Ras el Hanout, ale też fioletowym kwiatem o dziwnym, cebulowym zapachu, rosnącym wzdłuż nadmorskiego deptaku. Pachnie wiatrem i rybą. Śmieciami, które piętrzą się z braku koszy. Pewnie nie tylko z ich braku, świadomość eko to tutaj jeszcze pieśń przyszłości.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

DOTYK

Głaskanie po głowie, chwycenie za rękę. Dla synka gest neutralny, może wręcz miły, gdy kolejna buzia rozpromieniała się na widok jego blond czupryny. Nie dla każdego ta bezpośredniość jest zrozumiała, ale Essaouira to nie Marakesz, Pola czuła się tu znacznie bezpieczniej. Moje wspomnienie to wiecznie falujące kosmyki włosów wpadające mi do oczu, włosy dzieciaków targane podmuchami i wszędobylski piasek, wieczny intruz.

Wracaliśmy naładowani słońcem, kolorem, tysiącem obrazów. Pola wzięła upragnioną bardzo długą kąpiel. Bardzo długą. A dziś ogląda te zdjęcia, szykując mi herbatę marokańską z warmińskiej mięty. Też dobrze smakuje.

*

Podzielicie się z nami swoimi doświadczeniami z podróży z dziećmi odbierającymi świat intensywniej?

 

 

Dzieciaki mają na sobie longsleeve Stripes marki LuckyU.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.