Comfort food i duża porcja wsparcia

Rodzinne gotowanie od kuchni

Smak, który otula i krzepi. Zaprasza do brzuchów miłe ciepło i uczucie błogości, w parze z lekkim leniem. Bo kto po solidnej porcji comfort food ma ochotę zmierzyć się z terminami, nagłymi telefonami i biegiem? Kulinarne koło ratunkowe, serwowane z miłością dla kochanych i kochających to lek na całe zło. Może prawie całe. 

Styczniem rządzi temat wsparcia, a że lubimy odmieniać to słowo przez różne przypadki, nasze ścieżki prędzej czy później musiały też zaprowadzić nas do kuchni. Ląduję więc z wdzięcznością w klimatycznej Wars i Sawa w warszawskim Nowym Teatrze. Słowo comfort bardzo mi tu pasuje. Każdy rodzic, który w zimowy weekend zastanawia się dokąd pojechać z dzieckiem by nie tylko wypić kawę (ciepłą i w spokoju), dobrze zjeść i dać się dziecku wybawić, wie o czym mówię. Wciąż często w knajpach zapytanie o obecność kartki i kredek dla energicznego dwulatka spotyka się z niezrozumiałym grymasem kelnera. Mamuśki i tatusie, tu czeka was absolutne zrozumienie w tym temacie. Bo Iga i Marcin sami są rodzicami, a obok pięcioletniego Miłosza, to miejsce to też ich wspólne dziecko. I wspólna przestrzeń rodzicielska, bo choć nie są już razem to tu spotykają się codziennie, a Miłek to knajpiany dzieciak. Na stół wjedzie wspomnienie dzieciństwa, czyli racuchy. Klasyk. Ale ja czuję, że w tym błogostanie kulinarnym porozmawiamy też o czymś więcej, niż przepisie na placki.

 

 

Rodzinne gotowanie w kuchni restauracyjnej, a nie domowej. Tego jeszcze nie było. 

W Nowym Teatrze zdarza się to bardzo rzadko. Dużo gości, ciągły ruch nie pozwalają nam na swobodne wparowywanie do kuchni. Dlatego dzień sesji był dla nas bardzo przyjemny! Ale w naszym poprzednim miejscu, na Powiślu zdarzało się to bardzo często. Miłosz, na początku owinięty w chustę, towarzyszył mi gdy obsługiwałam gości za barem. Pamietam też gotowanie zup rano! Niesamowite wspomnienia. A jako dwu czy trzylatek bardzo często lądował na kuchennym blacie i sam mieszał sobie jajecznicę na śniadanie. Obecnie najbliższa jest mu kuchnia Pokoju na Lato, naszego sezonowego miejsca , które prowadzimy dla Muzeum Powstania Warszawskiego. Tam spędzamy letnie poranki robiąc wspólnie śniadanie. W Warsie jesteśmy codziennie, nie wyobrażam sobie dnia wolnego, który spędzam w Warszawie i nie wpadam chociaż na kawę. Zdecydowanie to drugi „dom”. Miłosz spędza tu masę czasu. 

Widzę szczęśliwe, rozbiegane dziecko, które zagląda tu i tam. Jest rozpieszczanie przez ekipę kuchni w postaci deserów pod ladą? 

Miłosz miał 8 dni jak pierwszy raz wyszliśmy z nim na spacer, oczywiście nie wyobrażałam sobie innej drogi niż na Powiśle. Nasza praca to dla niego naturalne środowisko, czy prowadzenie Warsa i Sawy w Nowym czy sezonowo Pokoju na Lato oraz FoodTrucka. To również ogromna frajda, widać, że to akceptuje i kocha. Gdy są wakacje, pierwsze o co pyta po przebudzeniu to: „gdzie dzisiaj jedziemy, do Nowego czy do Pokoju”, gdy odbieramy go z przedszkola i pytam co robimy w 90% mówi „do Nowego”! Zna chyba wszystkie dzieci naszych stałych gości. Czasami znika nam, aby ukryć się w bazie – a ma je tu dwie! Teraz w sezonie zimowym niestety wszystko skupia się we foyer Teatru, ale jak tylko przyjdzie wiosna to wróci najlepsze podwórko w Warszawie – plac Nowego Teatru. Uwielbia tu biegać, bawić się, grać w piłkę czy jeździć na rowerze, patrzymy na niego i cieszymy się, że tak jak my w dzieciństwie ma swoje podwórko. A podjadanie? Tak, ma swoje danie spod lady (śmiech). Makaron z czarnymi oliwkami. Tylko ciiiii!

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Widząc was w komplecie w kuchni nasza definicja rodzinnego gotowania nabiera nowego wymiaru. To bardzo rodzinne gotowanie. Zdarza się wam razem gotować w domu?

Szewc bez butów chodzi. To określenie w naszym przypadku sprawdza się idealnie. Nie gotujemy często w domu, najczęściej są to śniadania i kolacje, ale widzimy w Miłoszu coraz więcej zainteresowana tym tematem, ogólnie nie tylko gotowaniem, ale prowadzeniem restauracji. Uwielbia naszych pracowników, zawsze pyta, kto jest za barem, jaką pełni funkcję, oczywiście wszystkie ważne osoby nazywając szefami. Ostatnio jego ulubionym zajęciem jest robienie przelewów z Marcinem. Jest dumny z tego czym zajmują się jego rodzice, chwali się tym nowopoznanym kumplom.

Ulubione danie tego przyszłego restauratora?

Miłosz powinien urodzić się we Włoszech. Uwielbia makaron, pizzę – absolutnie nie z sieciówki! Najlepiej w stylu neapolitańskim, z pieca opalanego drewnem, z rwaną mozzarellą. Jak każde dziecko kocha placuszki, najbardzej te mojej mamy z jabłkiem. Jest wybredny, owszem. Albo coś kocha albo nie znosi. Brokuły i oliwki mógłby jeść cały czas, ale nigdy nie widziałam go jedzącego pomidora czy pomarańczę.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

W styczniu króluje u nas temat wparcia. Kulinarnie kojarzy mi się z comfort food. Nie bez powodu dziś na stół wjedzie klasyk – racuchy. Jaki smak wspominacie z nostalgią? Co poprawia wam humor?

Iga: Comfort food to dla mnie na pewno placki z jabłkiem, klasyk z dzieciństwa w 10 minut, na który nie ma przepisu. Ile osób je je – tyle jajek! Cukier, najlepiej biały – tyle na ile masz ochotę. Mleko i mąka pszenna – do otrzymania dobrej konsystencji. Szczypta proszku do pieczenia oraz ulubione jabłka, ja uwielbiam lobo, bo są słodkie i miękkie, ale tym razem kwaśna, szara reneta też nieźle wypadła! Innym takim daniem jest zapiekana-kajzerka z żółtym serem. Nie wiem jak wy, ale ja to kocham! Kiedyś lądował na niej tylko ketchup, dzisiaj dodałabym wegański majonez w, którym jestem zakochana. Popiłabym to wszystko czarną herbatą z cukrem i cytryną, koniecznie w szklance, parząc sobie trochę opuszki palców. Tak, to mój comfort food.

Marcin: Ja w dzieciństwie byłem głównie wychowywany przez babcię, miałem zawsze zapewnione przez nią śniadanie, obiad i kolację. Pamietam, że babcia była dla mnie czarodziejką. Niby pusta lodówka, a zawsze w kilka minut potrafiła wyczarować racuchy, placki ziemniaczane ze śmietaną i cukrem, szare kluski z boczkiem i białym serem. Moim ulubionym daniem i zarówno smakiem dzieciństwa są młode ziemniaki z zsiadłym mlekiem. Oj, tęsknię za takim prawdziwym, z mleka, prosto od krowy. Na moje idealne comfort food muszę poczekać do lata: słońce, młode ziemniaki z koperkiem, obok zimne zsiadłe mleko, a na deser koktail truskawkowy.

Miłosz mieszka w dwóch domach. Dodatkowo kawiarnia jest waszym wspólnym terytorium i też drugim wspólnym dzieckiem. Jak wam się to sprawdza?

Miejsca, które prowadzimy zawsze stają się naszym drugim czy trzecim domem. Mam wrażenie, że Miłosz wszystkie swoje umiejętości nabył w Warsie i Sawie. Pamiętam, jak pierwszy raz usiadł, gotowałam coś w kuchni Marcin zaczął mnie wołać z sali! Albo jego pierwsze kroki, które zaprezentował na Wigilii pracowniczej! Poprzez to, że mamy często dużo pracy w sezonie letnim, wychodzimy o 8.00 rano i wracamy o 22.00. Są też dni luźniejsze, w których spędzanie czasu np. w Nowym Teatrze to czysta przyjemność. Nowy stał się naszym wspólnym terytorium, widujemy się tu ze znajomymi, rozwiązujemy tu problemy i po prostu odpoczywamy. 

 

Wars i Sawa to bardzo rodzinne miejsce. Dziecko czuje się tu dobrze, bo jest luz, przestrzeń, planszówki, wielki teren na zewnątrz. Wasz pomysł wziął się z braku takich miejsc w Warszawie?

Myśląc o prowadzeniu gastronomii nie zastanawialiśmy się nad tym, kim będzie nasz odbiorca, gość. W Warsie i Sawie na Powiślu odwiedzali nas dosłownie wszyscy. Rodziny, studenci, seniorzy czy ludzie z pobliskich biur. Taką energię braku podziałów przenieśliśmy do Nowego Teatru, ale rzeczywiście są momenty, gdy czujemy, że nasz lokal jest najbardziej oblegany przez rodziny z dziećmi. To nie był do końca nasz wybór, owszem mamy krótkie menu dla dzieci, ofertę warsztatów z Pracownią Ceramiczną „Moja Siostra Alchemicus” czy z „Sowaliskami”. Ale to przestrzeń jaką daje teatr zaprasza najbardziej. Latem to istny plac zabaw, podwórko Nowego to magiczne miejsce. 

Wróćmy do comfort food, poproszę o przepis na dzisiejsze placuchy, babyccino i zimową herbatę. Zestaw wielce wspierający w ten zimny, wietrzny dzień!

Jak mówiłam wcześniej, placki są robione wspomnieniami, nie mają dokładnego przepisu. Babyccino to spienione ulubione mleko – może być krowie, owsiane lub orkiszowe, na górę posypujemy je cynamonem. Napar to same zimowe przyprawy, zioła i owoce (laska cynamonu, 3 ziarna kardamonu, 3 goździki, 5 plasterków świeżego imbiru, gałązka mięty, garść mrożonych malin, plasterek cytryny, limonki i pomarańczy oraz dwie łyżeczki miodu). To wszystko zalewamy wrzątkiem i pijemy z wielkim smakiem!

Po takiej dawce energii, rzucam wyzwanie. Kto dogoni Miłosza? On zna tu każdy kąt! Do zobaczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.