Cały nasz świat na 66 metrach

Rodzinny dom Asi

Szukając mieszkania, patrzymy na metraż, rozkład, lokalizację. Słoneczna kuchnia czy sypialnia od wschodu? Pokoje osobno czy wspólne dla dzieci? Planujemy, rysujemy i rozciągamy w myślach metraż, zapominając, że dom to nie zbiór ścian i metrów kwadratowych. Dom to ludzie i ich pomysły na to, jak przestrzeń wokół siebie zamienić w ulubiony azyl.

Elbląg, to tu wpraszamy się na poranną kawę do Asi, którą znacie z bloga 66mkwadrat. Dwójka dzieciaków, pozornie zwyczajny blok, a w środku wita nas królestwo przedmiotów unikalnych, przytarganych z pchlich targów, czy uratowanych spod śmietnika i poddanych pomysłowej renowacji. A jednak, mimo nieukrywanej pasji do kolekcjonowania rzeczy, nie czuję się przytłoczona, metraż jest wykorzystany co do centymetra, każdy przedmiot ma swój własny kąt. Zabawki posegregowane i uprzątnięte, z każdego rogu zerka na mnie mebel, wdzięczny za podarowanie mu nowej tożsamości. Własnoręcznie zrobione półki, stół przemalowany niezliczoną ilość razy – mam podejrzenie, że kolekcja narzędzi i pędzli Asi może niejednego majsterkowicza przyprawić o cień zazdrości. Ten dom żyje i zmienia się nieustannie, kreatywność rozciąga metraż. Zresztą, czy domownicy potrzebują więcej metrów kwadratowych do szczęścia?

 

*

Asia, 66 mkw. to dużo czy mało?

To w sam raz! A gdyby do tych 66 mkw. dołączony był jeszcze niewielki ogródek, to byłoby idealnie, bo tylko tego nam brakuje do szczęścia. Ale mieszka nam się całkiem wygodnie – mamy osobną sypialnię, a dzieci mają swoje nieduże pokoje. W salonie zmieścił się duży stół i wygodne miejsca do siedzenia dla nas wszystkich. Czego chcieć więcej? No i mam poczucie, że ta przestrzeń jest całkiem sensownie zagospodarowana. Wszystko ma swoje miejsce, dzięki temu łatwo utrzymać porządek. Jest dobrze. No, może miejsca na książki mogłoby być więcej!

Gdy patrzę na wasze 66 mkw., to utwierdzam się w przekonaniu, że dom to nie metraż, ale ludzie. Opowiedz o was: skąd u ciebie pasja majsterkowiczowo-naprawcza?

Mnie i moje cztery młodsze siostry mama wychowała samodzielnie, więc wszystko robiłyśmy w domu same. Dzięki temu nieobce są nam różne drobne naprawy i wszystkie trochę majsterkujemy. Nasz wspólny pokój w rodzinnym mieszkaniu był malowany co pół roku, chociaż nie było takiej potrzeby. Ale lubiłyśmy go zmieniać. A teraz ja ciągle coś u siebie przemalowuję, niemalże podtrzymując rodzinną tradycję.

Powiedziałabym, że bardzo godnie ją podtrzymujesz!

U mojej córki Maliny też widzę to zainteresowanie wnętrzami. Razem oglądamy zdjęcia dziecięcych pokoików i ona już wie, co jest fajne, co do siebie pasuje. Myślę nawet, że ma całkiem dobry gust. Różne DIY robiłam z pomocą Maliny, na przykład różową półkę-gitarę. Ściany w jej pokoju malowałyśmy razem. To chyba jest dziedziczne. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Wakacyjny quiz: idziesz ulicą i na śmietniku widzisz dwa krzesła, jakieś obdrapane Hałasy czy klasyczne patyczaki z lat 60. Zatrzymasz się czy bierzesz migiem i potem martwisz się, co dalej?

Biorę i w ogóle się nie martwię (śmiech). To gdzie są te krzesła? Zawsze idąc do śmietnika, mam nadzieję, że będzie tam na mnie czekał taki skarb. A czasem Czarek wyrzucając śmieci, wysyła mi zdjęcie jakichś wystawionych mebli z pytaniem: chcesz? Nie wszystko jest godne uwagi, ale czasem można naprawdę fajne rzeczy spotkać. Ostatnio na Dzień Matki dostałam blat biurka wprost spod śmietnika.

To się nazywa oryginalny prezent!

Tak, dosyć nietypowy. Dokręciłam do niego koła, odświeżyłam blat i teraz jest to nasz stolik kawowy. I sprawdza się o wiele lepiej niż poprzedni. Wiem, że to może się wydawać dość kontrowersyjne, takie śmietnikowe zbieractwo. Ale to nie o pieniądze chodzi, bo nas przecież stać na nowe meble. To, że kupujemy meble używane, albo odnawiamy te znalezione, to nasz świadomy wybór. Dlaczego coś, co jest jeszcze dobre, miałoby skończyć na wysypisku? Są to rzeczy ładne i przede wszystkim niepowtarzalne. A my nie chcemy mieszkać jak ktoś inny. Chcemy się otaczać rzeczami wyjątkowymi.

Wkładacie w dom dużo serca. Z czego jesteś najbardziej dumna?

Z pokojów dzieci. Jestem z nich naprawdę zadowolona. Są niewielkie, ale mieszczą cały ich dobytek. Urządzając pokoje dzieci, chciałam, żeby się im podobały, żeby były wygodne i żeby je kiedyś wspominały jako najmilsze miejsce na świecie. Czy udało się spełnić to ostatnie, dowiem się pewnie za jakieś 20 lat (śmiech). Tylko jeden mebel w pokoju Maliny jest nowy i jest to szafa. Zależało mi, żeby była dobrze zorganizowana i wygodna. Za to reszta mebli jest używana, kupiona bardzo okazyjnie i częściowo przerobiona przez nas. Leo jeszcze nie podpowiada mi, jaki chciałby mieć pokój, więc mogłam u niego bardziej poszaleć. Lamperia, komoda z lat 60-tych, plakat z Koziołkiem Matołkiem i kolorowy dywan tworzą klimat vintage. Do tego metalowy regał, biurko i krzesło z sieciówki, trochę przez nas przerobione, i małe krzesełko dziecięce z PRL-u. Uwielbiam ten pokoik!

Masz tak czasem, że siądziesz i myślisz: nic tu już nie zmieniam? Nasz lipiec jest o relaksie, ale ja jakoś wyobrażam sobie, że w wolnej chwili znajdę cię prędzej w kolejce po farbę niż na balkonowym leżaku.

Bardzo dobrze wpisuję się w ten temat, bo dla mnie majsterkowanie to najlepsza forma relaksu. Nic tak nie odpręża, jak warkot szlifierki! I zawsze mówię, że zajęte ręce, to wolna głowa. Uwielbiam też malować. Nieważne, czy ściany, meble, czy na płótnie. Chociaż to ostatnie wychodzi mi chyba najgorzej. Ale mamy w sypialni obraz, który namalowałam i całkiem go lubię. Czarno-biały mural w przedpokoju też jest mojego autorstwa. A czy miewam taką myśl: Dobra, to mieszkanie jest gotowe, skończyłam? Nie. Czasem mówię do Czarka: Teraz, jak już przemaluję tę ścianę/witrynę/cokolwiek, to już przez pół roku nic nie robię. I on wtedy zaczyna się śmiać. A kilka dni później grzecznie jedzie do sklepu po farbę. Zresztą mój mąż nigdy nie powiedział mi, żebym czegoś nie robiła. Nie protestował przed żadnymi zmianami w naszym domu. Zawsze z zasady jest „na tak” i wspiera moje pomysły. I to jest naprawdę supersprawa mieć przy sobie takiego wspierającego człowieka. W ogóle bardzo do siebie pasujemy – on majsterkowania nie lubi, więc przynajmniej nie wyrywamy sobie tej szlifierki z rąk (śmiech).

66 mkw i 4 osoby. Masz patent na to, by domu nie zagracić?

Przede wszystkim myślę, że grunt to nie mieć za dużo rzeczy. Trochę to banalne, wiem, ale inaczej trudno o dobrze zorganizowaną przestrzeń. Zabawki dzieci dzielę na kategorie i tak je przechowujemy. Dlatego instrumenty, auta, lalki, klocki drewniane, klocki plastikowe i artykuły plastyczne są w osobnych pojemnikach i skrzynkach. Dzięki temu dzieci wiedzą, gdzie co jest, a po zabawie łatwiej im posprzątać, bo wszystko ma swoje miejsce.

Lubię meble wielofunkcyjne – stolik nocny Leona to beczka pełna pluszaków, a w koszyku przy łóżku Maliny mieszkają lalki. W zielonym Ludwiku w salonie są puzzle dzieci, bo łatwiej po nie sięgnąć, gdy zaczyna nam się nudzić. Pozostałe gry i puzzle dzieci przechowuję w szafie w pokoju Maliny. Jest ich naprawdę dużo, więc nie wszystkie muszą być zawsze na widoku. A raz na kilka dni wymieniam je z tymi, które już układaliśmy.

Szafa w pokoju Maliny składa się z dwóch osobnych słupków: po lewej stronie na dole są ubrania Leona, z prawej – Maliny. Rzeczy są w szufladach-koszykach, dlatego dzieci widzą, co jest w środku, i mogą wszystko łatwo znaleźć i sięgnąć same. A na górze, jak już wspomniałam, są gry. Taki układ się u nas naprawdę dobrze sprawdza.

Fajnie też wykorzystaliśmy przestrzeń pod łóżkami. Nie miały one w komplecie skrzyni na pościel, a taka bardzo się przydaje. Zrobiłam więc skrzynię na pościel ze starej szuflady, do której dokręciłam koła i skórzany uchwyt z mojej torebki. Jedna skrzynia wystarcza nam na pościel dzieci i jest pod łóżkiem Maliny, a pod łóżko Leona chowamy skrzynki z klockami. To super się sprawdza, bo najczęściej bawimy się na podłodze, więc klocki są zawsze pod ręką. W ogóle bardzo lubię drewniane skrzynie, które można kupić w sklepie budowlanym – do przechowywania zabawek są idealne. Wystarczy dokręcić koła, można je dowolnie pomalować. Te niskie zmieszczą się pod łóżkiem, a wyższe pasują jedna na drugą, przez co zajmują mniej miejsca, gdy nikt się właśnie nie bawi.

Czy DIY to wasz patent na to, by dom wiecznie ewoluował, by nie znudzić się, by kreatywnie rozciągnąć metraż?

To prawda, że nasz dom cały czas się zmienia. To dlatego, że nasze dzieci się zmieniają. A przecież przestrzeń musi się dostosować do nas, nie odwrotnie. A ja wyjątkowo chętnie dostrzegam te zmiany w potrzebach moich dzieci i na nie reaguję. Jeszcze niedawno Malina miała w pokoju niski stolik, ale z rysowaniem przenosiła się do stołu w salonie. Pomyślałam, że warto sprawić jej biurko, takie, przy którym będzie mogła usiąść z kimś dorosłym. Za niewielkie pieniądze kupiłam stary stół i go przemalowałam. Do tego doszły niemieckie krzesła szkolne i gotowe. A poprzedni stolik posłuży innemu dziecku – nic się nie marnuje. No i dzięki temu faktycznie nie ma nudy. Poza tym co jakiś czas szukam innego miejsca dla mebli, które już mamy. Dlatego szafki z IKEA, które mamy już od kilku lat, wisiały już w pokoju Leona, w kuchni, a teraz stoją na nich książki w sypialni. Takie zmiany są fajne, bo nie kosztują wiele. Wystarczy trochę wyobraźni.

Ulubione miejsce w domu to?

Pewnie nie będę oryginalna, jeśli powiem, że to duży pokój, zwany szumnie salonem. W wielu domach życie rodzinne toczy się przy stole, podobnie jest u nas. Jeśli chodzi o sam mebel, to nasz jest oczywiście używany. I od kiedy mamy ten stół, był już trzy razy przerabiany. Gdy go kupiliśmy, drewno nie było niczym zabezpieczone, stół był brudny, przypalony, ze śladami od szklanek. Za to drewniany i idealnej wielkości. Oczyściłam go, pomalowałam nogi na biało i polakierowałam blat. Wtedy miałam taką potrzebę, żeby był dobrze zabezpieczony przed uszkodzeniami – w końcu mamy dwoje małych dzieci, a on i tak już sporo przeszedł. Po czasie uznałam, że ten gładki blat wcale nie jest taki super, bo pod spodem, pod warstwą lakieru skrywa się żywe drewno, a to w końcu przyjemniejsze w dotyku. Drucianą szczotką zdarłam tę warstwę lakieru, podkreślając słoje drewna. Zabezpieczyłam go tylko olejem. Ale białe nogi bardzo kontrastowały z tym blatem, więc po pewnym czasie i je przemalowałam na ciemnoszary. W zasadzie to odkrywam w sobie coraz większe upodobanie do ciemnych kolorów w domu. I sama się siebie boję!

Opowiedz o kartkach z podróży i podróżującym misiu… Cudny pomysł.

Kartki z podróży są zainspirowane przygodami Feliksa z książki Annette Langen i Constanzy Droop. Miś, który u nas wyruszył w podróż, to jeden z ulubionych pluszaków dzieci. Niestety bardzo gubił sierść i nie chciałam, żeby się nim bawiły. Nie mieliśmy wyjścia – trzeba go było wyrzucić, bo nie był zbyt bezpieczną zabawką. Jakież było moje zdziwienie, gdy listonosz przyniósł od niego kartkę z podróży. Za to dzieci skakały z radości. Okazało się, że Czarek zamiast wyrzucić miśka włożył go do bagażnika samochodu i teraz zabiera go ze sobą. Podczas służbowych wyjazdów robi mu zdjęcia i wysyła je w formie pocztówek. Nawet ja cieszę się z nich jak dziecko. Czekamy na kolejne kartki, Misiu! 

A ja czekam na kolejne metamorfozy w waszym domu! 

*

Z kreatywnym podejściem metraż przestaje mieć kluczowe znaczenie. Kto w te wakacje, podczas nieobecności dzieciaków, nie oparł się planom przemalowania ściany czy biurka? Ręką w górę!

 

2 komentarze

  • Dominika:

    Bardzo ładne mieszkanie. Ale ja mieszkam na 48 metrach w trójkę, jest ciasno. Ponad 60 przy czworce to i tak wiecej niz mam;) . Marzę o większej przestrzeni. I na pewno mniejszej ilości gratów niz mam y w tej chwili (próby zmian przy mojej nie-minimalistycznej rodzince nie wychodzą) Pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.