rodzina

Byłaś. Nadal jesteś.

Babcia Zofka w obiektywie Silvii Pogody

Byłaś. Nadal jesteś.
Silvia Pogoda

Dzień Babci, Dzień Dziadka. Być może będziecie go świętować w sali roziskrzonej jarzeniówką, przycupnięci na krzesełku pośród innych rodziców i babć, wybijając stopą rytm i wtórując chórowi przejętych przedszkolaków. A może klikając nerwowo w klawiaturę, gdy szwankuje połączenie Skype i buzie dziadków rozmywają się w piksele. Może będziecie obok, może daleko. Ale padnie słowo kocham

Oto wasi rodzice, a może nawet i wasi dziadkowie. Jesteście szczęściarzami. I wcale nie dlatego, że w piątek grają w kinie fajny film i przydałby się ktoś do posiedzenia z dzieciakami, albo gdy potrzebny jest babysitting w sezonie przedszkolnego gluta. Zapomnijmy o tym, że oni coś muszą, bo przecież nie muszą. Choć prawie zawsze mówią wam tak. A my? Możemy ot, choćby wpaść z paczką ulubionych czekoladek lub albumem z wywołanymi (wreszcie) zdjęciami wakacyjnymi, by nie musieli scrollować zdjęć wnuków na smartfonie. Zaprosić ich na weekend do Krakowa, bo ostatni raz byli tam za czasów studenckich i pamiętają jedynie piwniczne kawiarnie tonące w oparach papierosów. Możecie z nimi być (częściej?) i po prostu pogadać, tak bez pośpiechu i irytujących dzwonków powiadomień w komórce. Bo kto wam lepiej opowie o czasach, które minęły, i których nikt nie zatrzymał w cyfrowych czeluściach telefonów i kart do aparatów?

By docenić czyjąś obecność, trzeba umieć pogodzić się ze znikaniem i stratą. Z uczuciem, że każde wypowiedziane do zobaczenia, może być słowem ostatnim i tylko naszym pobożnym życzeniem. Silvia Pogoda pozwoliła nam podzielić się jej osobistymi wpisami z czasu, kiedy jej synek Leo był maleńki, i portretami ponad 90-letniej, ukochanej babci Zofki, którą odwiedzała w rodzinnych stronach. Każda z jej wizyt na Słowacji to zapis powolnego gaśnięcia, znikania, ale też odkrycia w osobie babci kobiety i matki. A to zawsze przychodzi nam łatwiej, gdy sami stajemy się rodzicami i dociera do nas zupełnie inna perspektywa patrzenia na świat i życiowe wybory. Kadry Silvii są pełne czułości, a słowa pełne smutku, ale też wdzięczności.

 

*

Jest mi smutno, a nawet bardzo, i ten smutek rodzi się gdzieś głęboko we mnie. Wiele razy, kiedy kładę się obok ciepłego ciała Małego L., myślę o Zofce, która zasypia z lodowatymi stopami, dłońmi owiniętymi w dwa koce, ze słuchawkami na uszach, które i tak nie pomagają jej usłyszeć tego, co ogląda w telewizji. A w łóżku obok śpi kobieta, która nawet nie jest z nią spokrewniona, ale zostaje opłacona, żeby się nią zajmować. Ten kontrast pomiędzy życiem w pełnym rozkwicie, a starym życiem, które przemija w rozbolałym ciele, jest tak widoczny i silny. Jestem szczęśliwa, że Zofka żyła na tyle długo, żeby poznać moje dziecko, ale z drugiej strony odczuwam ogromny ból, kiedy widzę, że już nie może mnie przydzielić do konkretnej przegródki w swojej głowie. Nie ma pojęcia, czy jestem jej córką, matką, siostrą, czy ojcem. Wie, że jestem kimś z rodziny, ale jest kompletnie zagubiona w świecie słów i ich znaczeń. Tak naprawdę jest zagubiona w świecie w ogóle. 

 

 

Ale jest przynajmniej jedna rzecz, która mnie cieszy. To widok jej oczu, które rozpalają się mocno za każdym razem, kiedy patrzy na Małego L., i to ja dałam życie tej małej osobie, która w pewnym sensie jest też kontynuacją jej samej i która przynosi jej tyle radości. 

Pożegnania z nią są bardzo trudne. Nigdy nie były łatwe, ale teraz z każdą wizytą stają się coraz trudniejsze do zniesienia. Patrzę na jej twarz i zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś przyjdzie mi zobaczyć jej uśmiech. Staram się robić wrażenie jowialnej, żartuję i planuję mnóstwo rzeczy, które zrobimy, kiedy przyjadę następnym razem, lecz przez cały ten czas ból powoduje, że chcę uciekać. Za każdym razem, gdy odwiedzam Králíky, widzę ją trochę mniejszą, jakby powoli znikała. Za każdym razem, gdy się widzimy, jej świat zdaje się być silniejszym, jakby pochłaniał ją po kawałku, a ona rozmyślnie pogrąża się w rzece dawnych wspomnień, w towarzystwie członków rodziny, którzy już odeszli. Tak bardzo chcę pochwycić jej myśli i wyciągnąć ją stamtąd. Chcę na nią nakrzyczeć, żeby przestała mi to robić, robię się zła i rozczarowana, smutna i przerażona, ale jednocześnie nadchodzą chwile, gdy odczuwam spokój. Patrzę na nią i kocham ją bardziej niż kiedykolwiek. Za wszystko, co dla nas zrobiła, za to, jak poświęciła dla nas całe swoje życie, za to, jak zawsze dawała mi pewność, że jest szczęśliwa, że wychowuje nas i że żyje naszym życiem, zamiast własnym.

 

 

Teraz, gdy urodził się Mały L, czuję do niej nie tylko nieskończoną wdzięczność, ale również szacunek, którego nie mogłam czuć wcześniej. Szacunek do kobiety, która nie tylko jest moją babcią, ale która kiedyś była matką – matką dwóch synów, już nieżyjących. Szacunek dla matki, która przeżyła jednego syna, który był trochę starszy od Leo, a potem drugiego, który zmarł tragicznie, gdy miał 20 lat. Zawsze wiedziałam, że od swojego dzieciństwa nie miała łatwego życia, i wiedziałam, że musiała pochować dwójkę własnych dzieci, lecz było to poza możliwościami mojej percepcji. Widziałam moją babcię, która była szczęśliwa, mogąc żyć z nami, jej wnukami. Lecz teraz widzę w niej przede wszystkim matkę, i nawet pomimo tego, że absolutnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie, przez jaki ból musiała przejść, moja wyobraźnia – wyobraźnia matki – jest teraz o wiele bardziej żywa i robi mi się słabo na myśl o tym, przez co przeszła. I właśnie w takich chwilach odczuwam spokój. Chwilach, gdy nie chcę jej za sobą ciągnąć, bez względu na wszystko, żeby mieć ją dla siebie, żeby ją posiadać. Czuję, że muszę się nauczyć, jak pozwolić jej odejść tam, dokąd musi się wybrać.

Kocham Cię, Zofka jak stąd na Księżyc i z powrotem.

 

 

*

Zofki już nie ma, chociaż może powinnam napisać, że jest i będzie? Bo nie przestajemy kochać bliskich w naszych wspomnieniach. Lećcie do swoich babć i dziadków, by te wspomnienia składać, lepić, przywoływać. Zgarnijcie też ich wnuki i prawnuki!