Z pamiętnika matki frustratki

Z pamiętnika matki frustratki

„Ten pierwszy okres to czasem taki macierzyński miesiąc miodowy. Dziecko śpi i je, można leżeć w łóżku, odpoczywać i oglądać seriale”. O jak głośno śmiałam się przez łzy, przypominając sobie te słowa w połogu. Czy można wyżej podnieść poprzeczkę oczekiwań przyszłej matki, naiwnej jak cielę? Taką reklamę macierzyństwa sprzedała mi moja droga koleżanka Agata, gdy przyszłam poznać jej syna Konstantego, bobasa wyposażonego w nieco więcej funkcji. Półtora roku później myślałam o tym co kilka dni, gdy mój własny bobas wrzeszczał w niebogłosy zamiast spać, jeść i umożliwiać mi oglądanie seriali. A miało być jak na Instagramie!

Już nawet nie chodzi o słynne płaskie brzuchy słynnych matek-influencerek. Po pierwsze, dzieci z internetu bardzo ładnie śpią. Skoro widać je na zdjęciach, to nie muszą mieć wyciemnionego pokoju jak mój syn. Ich rodzice mają czas sięgnąć po aparat i ośmielają się skakać z nim nad dzieckiem, podczas gdy my padamy trupem ze zmęczenia (po 40 minutach lulania i śpiewania „Cicha noc”) i boimy się nawet dać sobie nawzajem buziaka, bo kiedyś Kajtek obudził się od cichutkiego „cmok”. Po drugie, ładnie jedzą. Wystarczy odchylić koszulkę, przystawić maleństwo i już można zmrużyć oczy z oksytocynowej błogości. No, chyba że maleństwo od pierwszych godzin życia kąsa jak rekin, mimo że niewiele widzi, to doskonale umie trafić pazurkiem w obolałego sutka, zanosi się cienkim kaszlem od fontanny pokarmu wpadającej mu do gardła, po czym zapluwa mi okulary fontanną białych kropek. Zsuwa się z piramidy poduszek wetkniętych pod moją pachę. Ja zsuwam się z dmuchanego kółka poporodowego, dzięki któremu jestem w stanie siedzieć. Plecy pękają mi po raz pierwszy.

Tymczasem u nas w domu naturalizm. Wkładki laktacyjne rozrzucone w pościeli, zmięty podkład higieniczny, białe obłoczki ulanej mlekiem tetry, plamy na narzucie, mokre kręgi przy dekolcie moich koszulek. Koty kurzu pod ścianami, brudne talerze na prześcieradle. Siatkowe majtki, wysypka na piersi, własna rozmemłana, szara twarz z wielowarstwowymi worami pod oczami, od zmartwień i niespania.

Gdy Kajtek załapał już, o co chodzi z tym jedzeniem, zaczął wisieć na piersi godzinami, co najpierw budziło moje rozrzewnienie, potem znużenie, a w końcu zepchnęło do najciemniejszych zakątków internetu i YouTuba, pełnych hauli zakupowych, mukbangów, daily vlogów amerykańskich modelek i zapisów porannej rutyny innych matek. Nie daj Boże natrafić na filmik z porodu. Jakimś cudem (choć pewnie to cud montażu) influencerki rodzą bezboleśnie i błyskawicznie, po paru stęknięciach witając na świecie bobaska, a kadr później swobodnie siedzą na łóżku i w pełnym makijażu zajadają sushi.

Mój piękny plan na kulinarną nagrodę poporodową sprowadził się do ukochanej i niezawodnie pocieszającej drożdżówki z serem z Lukullusa, którą zjadłam na trzy kęsy zwinięta w kłębek z boku szpitalnego łóżka, bo bałam się ruszyć i obudzić noworodka. Ta podróż po dolinach intelektu trwa godzinami, codziennie, kilka razy dziennie, bo w moim bardzo małym rozumku nie mieści się pamięć o przygotowaniu sobie zawczasu książki czy gazety. Na nic subskrypcja Audioteki, nowiutkie numery magazynu „Pismo” czy kulturalne aplikacje z darmowymi książkami, a także plany na samorozwój – ze smartfonem w dłoni szoruję brzuchem po dnie bardzo mulistego strumienia.

Wracając do niespełnionych obietnic, to jest jeszcze przecież ta słynna relaksująca maluszka kąpiel, gdzie nad wanienką plecy pękają mi po raz drugi, a po której Kajtek zaczyna wrzeszczeć jakby go obdzierano ze skóry, miota się upocony w swoim kokonie z ręcznika i rzuca na pierś z energią godną narkomana tuż przed działką. Równie słynne podróże autem, które podobno tak pięknie usypiają jednostajnym szumem i delikatnym bujaniem. No i przecież wózek! Wszystkie dzieci kochają wertepy! Za wyjątkiem mojego pięknego syna, który wpada wówczas w szał, zwłaszcza gdy któraś, nieświadoma zasadzki babcia, klasycznie zatelepie wózkiem, żeby uśpić maluszka. Na mapę mojej okolicy nanoszę więc w głowie czerwone znaki ostrzegawcze tam, gdzie asfalt jest rozsadzony przez korzenie i lawiruję wśród podjazdów z kocich łbów. Tu byłam, tu obudziłam. Gdybym mogła, chodziłabym ulicami i już nigdy nie będę śmiać się ze zdjęć matek, które prowadzą wózek pasem dla rowerów. Najdłuższa w życiu drzemka Kajtka (półtorej godziny) odbyła się w centrum handlowym o idealnie równych alejkach, w szumie bezpłciowej muzyki i tańców podświetlanej fontanny.

Jednak najboleśniejsze zderzenie z rzeczywistością nastąpiło w momencie startu przygody z macierzyństwem. Koleżanki zgodnie twierdziły, że poród da się znieść, a książki – że może być umacniającym doświadczeniem i pięknym przeżyciem. „Zaufaj intuicji” – czytałam, „twoje ciało wie, co robić”. Tymczasem moje ciało po kilkunastu godzinach wściekle bolesnych skurczy wrzeszczało, klęcząc na podłodze jak zjadana przez Obcego załoga Nostromo. Na nic wiesiołek, masaże, oddychanie przeponą i pozytywne nastawienie. Najgorsze było to, że nie mogłam tak po prostu powiedzieć „stop zabawa” i iść do domu, Obcy musiał się wydostać. Po 27 godzinach porodu w końcu pojawił się na świecie, a ja płakałam nie tylko z miłości, lecz głównie z ulgi, cała w czerwone cętki popękanych naczynek. Nadal nie oswoiłam się z myślą, że tak właśnie wyglądał mój poród, najprawdopodobniej jedyny w życiu.

Kiedy zaszłam w ciążę i odważyłam się rozpocząć kompletowanie wyprawki, dowiedziałam się, że niemowlęcy sweter potrafi kosztować tyle, ile ten najlepszy wełniany w mojej własnej szafie. Że istnieje coś takiego jak pokrowiec na opakowanie mokrych chusteczek i śpiworek z obciążnikiem wszytym na piersi, który ma udawać troskliwą matczyną rękę. Zachwyciły mnie złamane barwy muślinowych pieluszek, skandynawski design gryzaków, rattanowe kosze na zabawki. Podobnie jak przy urządzaniu mieszkania, szybko okazało się że kolorystyczna harmonia i estetyczna uczta to nie do końca kwestia wyboru, tylko raczej zasobności portfela. Świat gadżetów stanął przede mną otworem, ale poza szarpnięciem się na kilka pięknych elementów, jak wymarzona „it-bag” na pieluchy, organiczny muślin w drobny kwiatowy rzucik i wybitnej urodo-brzydoty wełniana małpka polskiej marki Muta Toys, byłam królową wstrzemięźliwości.

I bardzo dobrze, bo naszym życiem zarządza teraz chaos, w którym nieatrakcyjne opakowanie chusteczek niewiele zmienia, a mój syn, jak chyba wiele dzieci, ma zupełnie w nosie kolory ziemi (jak Gabriela Borejko w „Kwiecie kalafiora”), pastele i zabawki Montessori. Najbardziej podnieca go jaskrawozielony pałąk z grającym badziewiem, mocowany do jakże pięknego bujaczka w modnym odcieniu clay, w zamierzchłej przeszłości dobranego pod kolor naszych frontów kuchennych. Gdy okazało się, że bobas potrafi różnymi kolorami zabrudzić cztery komplety ubranek dziennie, z których nie wszystkie potem wychodzą z pralki czyste, przestało mi być żal, że nie wyposażyłam dziecka w odzież ekskluzywną.

Estetyczne uniesienia zapewniły second handy, Olx i Vinted, a podstawę garderoby – tony ubranek po Kostku, Tosi, Irenie, Kaziku, Honziku, Marysi i Heniu. Darczyńcy cicho sugerowali, żeby lepiej iść w ilość. Modnym dodatkiem do minimalistycznych vintage śpiochów miały być kolorowe duńskie smoczki z organicznego kauczuku, ale Kajtek z obrzydzeniem je wypluwał, zakochawszy się dopiero w obmierzłym smoczku z apteki. Jego pokoik dziecięcy jest pokryty zwałami ubranek, w teorii podzielonych na brudne, czyste i za duże, w łóżeczku trzymamy pranie, a na wspaniałej drewnianej karuzeli ze zwierzątkami w kontrastowych barwach doskonale schną śpiochy.

Gdy w momentach największego kryzysu rwałam i tak już wypadające po ciąży włosy z głowy, rodzice realni i wirtualni zapewniali, że wszystko mija. Mieli rację, po ukończeniu czwartego trymestru życie z bobasem nabrało wyjątkowej słodyczy, a my porzuciliśmy głupie oczekiwania. Spędzanie czasu z dzieckiem zaczęło mi dawać więcej radości, niż kiedykolwiek przypuszczałam. Nikt mi jednak nie powiedział, że będzie tyle wzruszeń. Niektóre mają większy sens, np. moment, gdy całuję bobasa w pachę i po raz pierwszy zanosi się śmiechem, albo gdy zauważa się w lustrze i robi wielkie, poważne oczy, i gdy przewraca się z pleców na brzuch (nota bene w bagażniku, gdzie przewijamy go po ogromnej skali kupagedonie zaliczonym w parku). Wzruszeń jest więcej – jakikolwiek film, w którym pokazany jest poród – oznacza ryk ze spazmami i przykrymi flashbackami ze szpitala. Widok dziecka mniejszego niż moje – w duchu popłakuję, że Kajtek już jest taki duży. Zdjęcie sarny karmiącej swoje młode na środku drogi – mokre oczy. Słuchanie „Kołysanki dla okruszka” w wykonaniu Grzegorza Turnaua i Magdy Umer – gile do pasa.

Gdy piszę ten tekst, plecy pękają mi po raz kolejny. Upalne wieczory Kajtek lubi spędzać przy piersi, a deadline już raz przesunęłam. Wiszę więc nad nim, obydwoje jesteśmy mokrzy, jedno z nas pije i sapie, drugie stuka w klawisze i sapie. Gdy odkładam go na łóżko obok siebie, raz za razem sięga rączką po kabel zasilający i wyrywa go z komputera. „Kiedyś tam będziesz miał dorosłą duszę, ale dziś jesteś mały jak okruszek” – nic nie zapamiętasz z tego lata, a dla mnie będzie chyba najpiękniejszym w życiu.

Dodaj komentarz