Rodzice na zmianę

O (r)ewolucji w rodzicielskim układzie

Jestem samodzielną mamą. Nie dostaję alimentów na moje dzieci. Ich potrzeby trudno byłoby zamknąć w przelewie. Ojciec moich dzieci jest ich tatą, nie alimenciarzem. Nie miał pomysłu, by stać się wujkiem z umówionymi dwoma spotkaniami w miesiącu. Chciał i jest obecny i zaangażowany. Ciepły i czujny. Odpowiedzialny. Czy go za to podziwiam? Nie. To nie jest powód, by sypać brokatem, ja też nie oczekuję czerwonego dywanu. To sytuacja, w której z rodzicielskiego teamu, wyłoniło się dwoje rodziców samodzielnych, dbających o swoje relacje z najważniejszymi dla nich ludźmi. Nikt za to nie stawia pomników. To wybór. Rozglądając się dookoła, wiem, że wcale nie taki oczywisty. Idziemy łeb w łeb – to porównanie pozbawione jest akcentu rywalizacji. Szanuję nasz układ.

Opieka naprzemienna nadal nie jest szczególnie popularnym rozwiązaniem. Powody są różne. Wiem, że nie jest to sposób na życie dla wszystkich. Bywa trudno. Trudności w kontekście dorosłych są ceną za nieudany związek, trzeba to dźwignąć. Niestety trudno bywa też dzieciom. W bogatych społeczeństwach opieka naprzemienna odbywa się w domu, w którym mieszkała rodzina, dzieci są tam non stop, to dorośli wynajmują mieszkania dla siebie. I krążą. Tak, jak krążą moje dzieci, mieszkają w dwóch miejscach, w każdym mają swój pokój, w każdym pokoju swoje piętrowe łóżka i zabawki. Wchodzą i wychodzą według ustalonego przez nas harmonogramu. Rzadko którekolwiek z tych miejsc nazywają domem. Nie wiem, co mi powiedzą, kiedy dorosną – na ten moment widzę, jak ważna jest dla ich obecność obojga rodziców.

Znam swoje siły i możliwości. Znam swoje potrzeby. Znam dzieciństwo, kiedy tata jest raz w tygodniu, a mama jest non stop. Znam moje dzieci. Znałam ich bliskość z tatą. Wierzę w ten nasz porządek. Ale wchodzenie w nowy tryb życia był procesem, dzieciaki radziły sobie chyba najlepiej. Pierwszy rok to dla mnie chodzenie po ścianach i maska tlenowa na żądanie. Krojąca mnie na żywca tęsknota, kiedy ich nie było, i trzymająca w garści bezsilność, kiedy byli. Drugi rok to budowanie konstrukcji własnej w nowej rzeczywistości, odsypianie roku pierwszego, uspokajanie oddechu, bycie razem z coraz rzadszym poczuciem winy. Dostrzeganie dzieci bez projekcji. Trzeci zaczął się dobrze. Trzymam mocny pion, wyłączam jarzeniówki w głowie, nie mam żalu do losu. Odczuwam stratę i tęsknotę za nimi, ale i cieszę się nami. Nie będę miała innego macierzyństwa. Schizofreniczność sytuacji odbieram już raczej jako nieoczywiste ramy, w których mości się moje życie. „Mości” jest słowem, które przyszło mi do głowy jako pierwsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *