filmy dla dzieci

Awantura o Basię

Rozmowa z Zofią Stanecką, Marianną Oklejak i Marcinem Wasilewskim

Awantura o Basię

Już niebawem, bo 14 kwietnia, odbędzie się kinowa premiera filmu „Basia”. Z tej okazji spotkałam się z twórcami filmu: Zosią Stanecką, Marianną Oklejak i Marcinem Wasilewskim.

Ludźmi z niebywałym poczuciem humoru, którzy wspólnymi siłami stworzyli serial o przygodach Basi, i ani razu się o niego nie pokłócili. Dacie wiarę? Z tej okazji i dzięki uprzejmości organizatorów festiwalu Kino Dzieci, spotkałam się z trzema osobami: inicjatorką zamieszania – autorką serii książek o Basi, ilustratorką, która łapie w lot każdą myśl pisarki oraz reżyserem, który z wielkim szacunkiem odnosi się do twórczości wyżej wymienionych. A one odwdzięczają się mu nie mniejszym respektem i sympatią. Tak właśnie doszło do najbardziej zgodnej współpracy w historii filmowych adaptacji literatury. Bo tam, gdzie każdy zna swoje miejsce, gdzie jest zaufanie i zaciekawienie drugim człowiekiem, nie ma mowy o awanturach.

*

Zosiu, Marianno, zacznę od was. Wiem, że poznałyście się przy okazji pierwszych rysunków do książki o Basi. Powiedzcie, czy od razu między wami zaiskrzyło?

Marianna Oklejak: To jest pytanie jak o romans!

Bo taka współpraca między autorem i ilustratorem ma w sobie coś z romansu. Wieloletniego w dodatku!

Zofia Stanecka: Z mojej strony jest to zdecydowanie romantyczna relacja. Pamiętam nawet, jakie Marianna miała kolczyki podczas naszego pierwszego spotkania.

MO: Nosiłam wtedy kolczyki? (Marianna nosi wyłącznie klipsy – przyp. red.)

ZS: O, przepraszam, klipsy, nie kolczyki.

Obie nosicie świetne kolczyki.

MO: Klipsy, nie kolczyki (śmiech).

ZS: Miałaś takie długie, wiszące, niebieskie klipsy. Pamiętam, że się bardzo denerwowałam tym spotkaniem. Bo chociaż byłam zachwycona obrazkami, które mi wcześniej przesyłałaś, i czułam, że to jest „ta Basia”, to i tak wizja dłuższej współpracy wywoływała we mnie pewne podenerwowanie. Chciałam, żeby zaiskrzyło. I wtedy nadeszłaś, a ja pomyślałam: będzie dobrze!

A więc Marianna zrobiła dobre pierwsze wrażenie.

ZS: Najlepsze.

No to już wszyscy wiedzą, co trzeba zakładać na spotkanie z Zofią Stanecką, żeby na pewno zaiskrzyło –klipsy!

ZS: Chodzi o całokształt (śmiech).

 

 

A ty Marianna, jak wspominasz pierwsze spotkanie z Zosią? Skrzyło się?

MO: Ja nie mam aż tak wyrazistych wspomnień, nie pamiętam, co miałaś tego dnia na sobie, Zosiu (śmiech). Pamiętam tylko, że był to pogodny majowy dzień i spotkałyśmy się w klubokawiarni Kolonia na Ochocie. Po wyjściu z Kolonii jeszcze dłuższą chwilę stałyśmy przed wejściem i nie mogłyśmy się nagadać. Chyba nawet zaczęłyśmy wyliczać wspólne zainteresowania „pozabasiowe”.

ZS: Już wtedy wyszło na jaw, że Marianna śpiewa. Okazało się też, że chodziłyśmy do tego samego liceum, choć w pewnym rozstrzale lat.

MO: Jest między nami 9 lat różnicy. Ale to nic, bo obie wyglądamy na 22 lata.

Maksymalnie.

Marcin Wasilewski: Zgadzam się.

Powiedz Marcin, jak doszło do spotkania między waszą trójką? Czy też od razu poczułeś, że nadajecie na tych samych falach?

MW: Ja byłem tym, który zaznajomił Grupę Smacznego! (studio animacji, którego Marcin jest współzałożycielem – przyp. red.) z serią książek o Basi. Odkryłem ją w rok po narodzinach mojego syna Szymona, a więc w 2009 roku. Rozglądałem się wtedy za dobrą literaturą, którą mógłbym czytać dziecku, a która i mnie sprawiałaby przyjemność. Ilustracje Marianny od razu do mnie przemówiły. Już wtedy nasze studio było nastawione na seriale dla dzieci, a że od razu spodobał się w studiu klimat książek o Basi, zacząłem działać. Pojechałem do wydawnictwa LektorKlett, w którym „Basia” była początkowo wydawana. To był rok 2010.

ZO: Czyli 2 lata od pierwszego wydania „Basi”. W przyszłym roku obchodzić będziemy 10-lecie.

MW: Potem było bardzo nerwowe dla mnie spotkanie z autorkami, byłem pewien, że nas nie zaakceptują. Pamiętacie?

MO: Bardzo dobrze. To było w starej kamienicy u twojego znajomego, Zosiu.

Na domówce?

ZS: Nie do końca, bo to nie było mieszkanie. Raczej pracownia, która należała do mojego znajomego. W dodatku nieogrzewana…

MO: Takie podniszczone poddasze, więc okoliczności scenograficzne były raczej mroczne, nadające się w sam raz do knucia spisku. I było zimno.

ZS: Tak, bo pracownia była w trakcie remontu.

MO: I było ciemno, i podłoga skrzypiała.

Ależ sceneria do pierwszego spotkania. Ciemno, zimno, nieprzyjemnie.

ZS: Nie było nieprzyjemnie, tylko tajemniczo (śmiech).

MW: Pamiętacie nasze pierwsze próby stworzenia animacji?

MO: To działo się już dużo później. Próbowaliśmy ustalić, jak ma wyglądać Basia w filmie. I oczywiście jej postać musiała zostać dostosowana do języka filmowego. Ja z początku zgrywałam złą panią, bo zależało mi na tym, by maksymalnie zbliżyć do siebie język plastyczny filmu i książki. Oczywiście potem ten język filmowy poszedł trochę w swoją stronę, bo nie da się w skali 1:1 oddać książki w filmie.

ZS: Ale na tym polega właśnie dobra współpraca, żeby znaleźć porozumienie. Każde medium rządzi się swoimi prawami, np. w „Basi” filmowej pojawia się więcej rzeczy wyobrażonych, ale nadal to jest ten sam świat. Znam adaptacje, które biorą bohaterów z książki i snują wokół nich zupełnie inne historie, oderwane od literackich korzeni.

MW: To się dzieje dlatego, że zdroworozsądkowe podejście do historii przepuszcza się przez tuziny badań środowiskowych, sprawdzania, co jest modne, a co nie.

ZS: Nie chcieliśmy dopasować Basi do żadnej mody. Zależało nam przede wszystkim na tym, żeby świat książkowy znalazł swój wyraz w filmowym.

I to się udało.

MO: Staram się patrzeć na „Basię” z dystansu. I myślę, że tym, co przyciąga czytelników jest fakt, że Basia nie idzie za modami, jest zwyczajna. W Basiowym świecie nie ma elementów szczególnie wydumanych, są za to ukazane zwykłe aspekty życia, ze swoimi plusami i minusami. A więc znajdą się tutaj zarówno rzeczy drażniące, jak i te przyjemne.

ZS: Chodzenie za modami niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Bo książka, która się dzieje tu i teraz, stanie się zaraz książką nieaktualną. Wiadomo, że wplatam w historię wątki, które zahaczają o rzeczywistość – w nowej części pojawi się tablet. Ale chodzi o to, żeby prawda emocjonalna i to, jak ludzie się zachowują, były maksymalnie uniwersalne. Czym innym jest bycie uniwersalnym tu i teraz, a czym innym pójście za modą. Mody się zmieniają, ale jeśli zachowamy prawdę rzeczywistości i prawdę emocji, to książka ma szansę iść dalej i trafić do kolejnych pokoleń dzieci.

MO: Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że Basia jest w gruncie rzeczy o ludziach, małych i dużych. O tym, jacy jesteśmy. Niektórym może brakować tutaj fajerwerków, ale jakie jest nasze życie? No właśnie takie.

ZS: Czasem fajerwerkiem jest pójście do zoo.

Albo wyjazd na biwak.

ZS: Małe rzeczy. Takim fajerwerkiem może być też sytuacja, w której mama wraca do pracy. Nie musi od razu następować erupcja wulkanu czy trzęsienie ziemi, żeby równowaga w rodzinie została zachwiana. To są zwykłe, codzienne problemy, z którymi musimy sobie radzić.

MW: I dla mnie super jest to, że rodzina Basi wspólnie je rozwiązuje, nie ucieka od nich.

Marcin, czy twoim zdaniem udało się serialowi „Basia”, który miał swą premierę na tegorocznym festiwalu Kino Dzieci, zachować pewną odrębność od literackiego pierwowzoru?

MW: Film zdecydowanie podąża własną ścieżką i to stało się naturalnie. Dobrą bazą były ilustracje Marianny, które są mocno osadzone w tradycjach polskiej szkoły plakatu. Dlatego stworzyliśmy serial, który nawiązuje do polskiej szkoły animacji. Spotkałem się z opiniami, że serial kojarzy się z bajką o Bolku i Lolku. Jestem z tego bardzo dumny.

MO: Zauważyłam, że w filmie nie trzeba stosować wymyślnych zabiegów rozśmieszających, bo największe salwy śmiechu następują w dość banalnych momentach, np. kiedy słoń pryska na zwiedzających wodą albo kiedy dziadkowi wyrasta grzyb na głowie.

ZS: Albo gdy tacie po nodze spacerują mrówki.

MO: Myślę, że będzie to śmieszyć dzieci także za 10 lat. Bo czasem wystarczy użyć w dialogu słowa „papier toaletowy”, a pół sali już skręca się ze śmiechu.

 

 

Książki i film o Basi cieszą się ogromną popularnością. Czy spodziewaliście się tego?

ZS: Popularność jest czymś, co mnie nieustannie zadziwia. Gdy kończę tekst, on się ode mnie odrywa. Puszczam go w świat. On sobie frunie, a ja dalej żyję swoim zwyczajnym życiem. Jedni są lekarzami, inni pracują w sklepie, a ja piszę książki. Kiedy więc spotykam się z oznakami tak wielkiej sympatii, czuję się ździebko nieswojo. Trochę tak, jakby poczuła się w tej sytuacji Basia. A jednocześnie bardzo lubię, gdy podchodzą do mnie rodzice i dzieci i mówią o tym, że czytają Basię od lat. To są wzruszające momenty, kiedy na spotkanie autorskie przychodzi 12-letnia dziewczynka i mówi, że się na Basi wychowała. Zależy mi na tym, żeby moje książki były czytane.

MO: A ja po prostu chcę, żeby moje ilustracje były lubiane i cenione. Chcę robić to, co robię, najlepiej jak potrafię i taki dobry znak od czytelników jest dla mnie wielką radością.

Marcin, twoje poprzednie animacje, jak „Zmysły prysły” czy „Agronauta” są przesycone surrealizmem. Blisko ci do takiej stylistyki? Pytam, bo serial o Basi jest czymś zgoła odmiennym.

MW: Staramy się w Grupie Smaczego!, żeby nasze produkcje miały klimat retro. Dlatego rekwizyty i świat wykreowany zahaczają o przeszłość. „Zmysły prysły” to animacja zainspirowana biografią pisarza Rolanda Topora i malarstwem Giorgio de Chirico.

No to wszystko wiadomo, czołowi surrealiści. Czy chciałbyś dalej iść tą drogą?

MW: To był tylko eksperyment, który jednak się udał, a to bardzo cieszy.

Marianna, Zosia, opowiedzcie jeszcze, jak układa się wasza współpraca. Preferujecie dyskusję czy awanturę?

MO: Ach, żeby między nami było choć przez chwilę jak w telenoweli brazylijskiej…

ZS: Albo jak w „Dynastii”, trudna relacja Krystle i Alexis, taka z szarpaniem za włosy. A tu nic.

Między wami jest zawsze pełna zgoda? Jak to możliwe?

ZS: Nie mam się o co awanturować, bo rysunki Marianny mnie niezmiennie cieszą i zaskakują.

MO: Kiedy Zosia prześle mi nowe opowiadanie, to ja zwykle odpowiadam tymi słowy: „Zosiu, to jest piękne, popłakałam się”.

ZS: Przykładowa sytuacja. Pisałam opowiadanie o dziadkach Basi. I o ile samego dziadka opisałam ze szczegółami, to babci już nie. Pisząc, miałam ją jednak dokładnie zarysowaną w głowie. Marianna przesłała mi wstępne szkice i ta jej babcia była jakby wyjęta z mojej głowy.

MO: Chociaż zdarzało się, że wprowadzałam zmiany, np. w pierwszym szkicu mama Titiego inaczej wyglądała.

ZS: Tak, ale to wynikało z nowej koncepcji wydawnictwa. Mam poczucie, że we współpracy ważny jest wzajemny szacunek, a jeśli on jest, to nie ma się o co kłócić.

MO: Szanuję pisarza, bo jest specjalistą w swojej dziedzinie i nie zamierzam mieszać się w jego pracę.

MW: Potwierdzam słowa Marianny. Gdy zaczynaliśmy produkcję filmową, miałem obawy, że będzie niezadowolona, ale w pewnym momencie przekazała nam pałeczkę, mówiąc, że to jest nasza działka, na tym się znamy i zrobimy to najlepiej.

Jak dbacie o to, by po 10 latach wciąż historie o Basi były ciekawe? Jak tę ciekawość wzniecacie?

ZS: Dwa lata temu miałam moment kryzysu. Nie wiedziałam, czy jestem w stanie napisać coś więcej. Wtedy podjęłam próbę wyprowadzenia historii z mieszkania w plener, co też ułatwiło pracę Mariannie.

MO: Bałam się, że wszystkie ilustracje będą do siebie podobne. Zawsze w czterech ścianach. I wreszcie udało nam się zmienić scenerię wydarzeń, za co byłam jej wdzięczna. Aż tu nagle, przy okazji filmu, poproszono mnie o dokładne rozrysowanie planu mieszkania Basi. Musiałam naszkicować, jak wygląda kuchnia i jak jest umeblowana. Istny kosmos.

Pamiętam, że zdarzało ci się już rysować takie uproszczone plany: Franek i Janek śpią w swoich pokojach, rodzice pochrapują w sypialni – mama zakryta po sam nos, a tata klasycznie odkryty, za to Basia buszuje w kuchni.

MO: Tak, ale one były bardzo niedokładne. Na jednym spotkaniu autorskim podszedł do mnie pan i zapytał: „Pani Marianno, to gdzie w końcu jest umiejscowiona kuchnia, na lewo czy na prawo?”. Jak się potem okazało, ten pan był architektem (śmiech).

MW: W filmie ustawiamy kamerę pod określonym kątem, dlatego musimy dokładnie wiedzieć, jak filmować. Potrzebne jest całościowe spojrzenie, konkretna przestrzeń i perspektywa.

ZS: To teraz wiecie o wystroju mieszkania Basi więcej niż ja. Dla mnie przedmioty i elementy wystroju służą opowiedzeniu głębszej emocjonalnie historii, choć raczej sobie wyobrażałam, że pokój Basi jest na lewo od korytarza, a kuchnia bardziej na prawo (śmiech). Ale zmiana scenerii z domowej na pozadomową bardzo pomogła mi przetrwać kryzys. Wtedy właśnie zaczęłyśmy tworzyć podserię „Basia i przyjaciele”, w której Basia jest nadal bohaterką, ale oglądaną oczami innych bohaterów. To dużo przestawia w głowie, każe inaczej spojrzeć na świat, który nie jest już „basiocentryczny”.

 

Czy to się trudno pisało?

To się pisało rewelacyjnie. Mogłam przyjrzeć się bohaterce, którą znam na wylot, z zupełnie nowej perspektywy. To pozwoliło mi na nowo zaciekawić się jej światem. Zaczęłam też pisać coś, co z czasem stanie się odrębną książką – bajki na dobranoc opowiadane przez różnych członków rodziny. I to nadal jest ten sam świat, tylko znów pokazany z innej perspektywy. Każdy bohater mówi innym językiem, opowiada inne historie. Dzięki tym drobnym zmianom w myśleniu o Basi jej świat się przewietrzył, nabrał nowych kształtów.

Czyli najlepszym sposobem na kryzys twórczy jest zmiana perspektywy.

ZS: I wzbudzenie zaciekawienia. Sama się zdziwiłam, ile jeszcze drzemie w tej historii możliwości. Czasem wystarczy wyważyć zamknięte dotąd drzwi.

Dziękuję wam za rozmowę.

*

Rozmawiała: Dominika Janik

*

Zosfia Stanecka

Jako dziecko chciała być wilkiem. Została pisarką. Dzięki temu może stawać się kim chce, nie przestając być sobą. Oprócz serii o Basi pisze książki do serii „Czytam sobie” (o trollu Alojzym, Robocie Robercie i Titanicu), opowiadania, baśnie i powieści („Tajemnica Namokniętej Gąbki”, „Księga Ludensona”). Jej „Świat według dziadka” był nominowany do nagrody Książka Roku polskiej sekcji IBBY. Ma nastoletnią córkę.

Marianna Oklejak

Rysuje od małego. Teraz jest trochę większa i ilustruje książki, projektuje plakaty, a po nocach szyje lalki (np. superbohaterów z filcu). Czasem jej ilustracje są nagradzane, np. książka obrazkowa „Jestem miasto. Warszawa” otrzymała tytuł Książki Roku Polskiej sekcji IBBY.

Marcin Wasilewski

Ojciec dwojga dzieci. Animator, reżyser i twórca zdjęć do filmów animowanych, m.in. serialu o Basi. Ukończył architekturę na Politechnice Gdańskiej (2000). Współwłaściciel studia animacji Grupa Smacznego! Krótkometrażowy film Grupy Smacznego! „Lost senses” w reżyserii Marcina zdobył nagrody m.in. na festiwalu SIGGRAPH w USA czy na portugalskim festiwalu Avanca.