Jesieniarskie seanse dla zmęczonych rodziców - Ładne Bebe

Jesieniarskie seanse dla zmęczonych rodziców

Nie ulega wątpliwości: sezon jesieniarski ruszył na całego. Dyniowe latte na sojowym w co drugiej kawiarni, Instagram puchnie od sesji w beżach i brązach na tle czerwonych liści, a ceny merino na Vinted poszybowały niczym rakieta Starship Elona Muska.

Co jeszcze rozpędziło się jak szalone? Sezon infekcji! Prawdziwa obfitość konsystencji i kolorów, charki i chrypki oporne na syropy i spraye, wreszcie przejęte z oblizanych w żłobku zabawek jelitówki, testujące funkcjonalność małych mieszkań z jedną toaletą. Próby ułożenia „z głową wyżej” nieodkładalnego dziecka, które zasypia tylko przy piersi i „tatoooo, a co mogę porobić” wyjęczane po raz tysiąc siedemset dwudziesty czwarty podczas obowiązkowej przerwy od placówki. Jesień rodzica to niekiedy osobne zwierzę – wymagające, trudne, przypadek niemal beznadziejny.

Co zatem można zrobić, by poprawić kondycję zmęczonego od spania w dziwnych pozycjach ciała i przestymulowanej głowy z mózgiem, który powoli, niczym w horrorze, przemienia się w czosnek z imbirem? Gdy uda się na chwilę spacyfikować potomstwo, można na przykład zalec na kanapie pod kocem i odpalić film. Na tyle przystępny, by nie testować zbytnio przegrzanych zwojów, na tyle ambitny, by nie obrazić naszej inteligencji, i na tyle wzruszający, by potokiem łez zmyć ślady toksyn nagromadzonych w ciągu kończącego się właśnie dnia. I obowiązkowo jesieniarski!

1. „Słodki listopad”, reż. Pat O’Connor (2001)

Młodziutcy Keanu Reeves jako przystojny pracoholik i Charlize Theron, piękność w powłóczystych spódnicach, która wleje w jego excelowe serce radość. To klasyczny przepis na miłość, która niby nie ma szans, ale wiadomo, że… Zobaczcie sami. Krytycy znęcali się nad tym filmem, nominowano go nawet do Złotych Malin, ale przecież wiadomo, że kiczu, tak jak syropu karmelowego, nigdy za wiele! Szczególnie jeśli w codziennym pędzie trochę się już zapomniało, jakie to uczucie świeżo się zakochać.

2. „Genialny klan”, reż. Wes Anderson (2002)

Tata, który nie wraca przez całe ranki i wieczory, nagle przypomina sobie o rodzinie, w której tymczasem jego wybitnie utalentowane dzieci dawno dorosły. Czy zamieszkanie pod jednym dachem i pogodzenie się mogą się udać? W „Klanie…” są wszystkie cechy charakterystyczne twórczości Andersona – estetyka, kolory, znane twarze, ekscentryczny humor – ale jest też nutka jesiennej melancholii i przepuszczone przez ironiczny filtr, ale celne spostrzeżenia na temat (dysfunkcyjnej) rodziny. Plus: Ben Stiller, Bill Murray, Luke Wilson, Anjelica Huston, Gene Hackman i… Gwyneth Paltrow w naprawdę wyjątkowym wcieleniu.

3. „Friday Night Lights”, serial (2006-2011)

Tytuł kultowy w USA, w Polsce chyba trochę mniej. Ale czego tu nie ma! Rozterki wieku nastoletniego, pierwsza miłość i seks, zwycięstwa, porażki, rywalizacja nie tylko na futbolowym boisku. Ciekawe, czy w czasach po „Sex Education” i „Euforii” rozterki licealistów z Dillon w Teksasie wydają się niewinne? To ten tytuł zapoczątkował wielkie kariery Connie Britton, Kyle’a Chandlera, Taylora Kitscha, Jessego Plemonsa i Michaela B. Jordana. Oglądając go, można się znowu poczuć jak wtedy, gdy miało się 17 lat. Jak mawiał trener Taylor: „Jasne spojrzenie, pełne serce – nie da się przegrać!”.

4. „Cóż za piękny dzień”, reż. Marielle Heller (2019)

Fabuła inspirowana biografią Freda Rogersa, amerykańskiej ikony, prezentera, lalkarza i kaznodziei, autora emitowanego w latach 1968-2001 programu familijnego „Mister Rogers’ Neighborhood”. Rogers wyprzedzał czasy, podejmując tematy, od których większość dziecięcych formatów ucieka do dziś: gniew, depresję, wojnę, rozwód, śmierć. Punktem wyjścia do scenariusza była przyjaźń Rogersa (cudowny Tom Hanks!) z dziennikarzem Tomem Junodem. To lektura obowiązkowa na temat nietoksycznej męskości i triumfu dobra nad cynizmem. Warto sięgnąć też po dokument „W odwiedzinach u pana Rogersa” z 2018 roku.

5. „Mystic Pizza”, reż. Donald Petrie (1988)

Nie mogło na tej liście zabraknąć filmu z Julią Roberts. Blisko podium był „Uśmiech Mona Lisy”, ale ostatecznie wybrałam ten, który zawsze będzie się kojarzyć z pierwszą dużą rolą właścicielki najpiękniejszego uśmiechu w Hollywood. Trzy młode dziewczyny u progu dorosłości i trzy wersje przepisu na szczęście, a wszystko w lokalnej pizzerii, której los może odmienić poważany krytyk kulinarny. To kino z czasów przed utratą niewinności – czyste, romantyczne, trochę naiwne i szalenie czarujące. Od premiery minęło 35 lat, ale ja, oglądając ten film, wciąż czuję się jak 20-latka, której wszystko wydawało się możliwe.

***

Anna Tatarska

Mama ośmioletniego Edzia i rocznego Gucia prowadzi autorskie projekty medialne (podcasty „Galaktyki” w Vogue Polska i „Nie spać, słuchać”), jeździ na międzynarodowe festiwale filmowe, opowiada o filmach w audycji „Plan doskonały”Radio 357 i rozmawia z gwiazdami kina w programie śniadaniowym „Dzień Dobry TVN”.

 

Zrzut-ekranu-2024-10-16-o-12.29.08.pngZrzut-ekranu-2024-10-16-o-12.35.18.pngZrzut-ekranu-2024-10-16-o-12.39.33.pngZrzut-ekranu-2024-10-16-o-12.42.28.pngZrzut-ekranu-2024-10-16-o-12.45.04.pngZrzut-ekranu-2024-10-16-o-12.44.25.png

Podziel się