fotorelacja

22 godziny do raju

Rodzinna podróż do Tajlandii

22 godziny do raju

Tajlandia wcale nie leży tak daleko. To tylko intensywne i dobrze zaplanowane 22 godziny dzielą nas od egzotycznych wakacji w rytmie slow. Tak to wyliczyła Kasia, a jej wierzymy we wszystko!

Z właścicielką Radosnej Fabryki na temat Tajlandii gawędzimy bardzo długo, bo przy tak wszechstronnej rozmówczyni o tematy do rozmowy nie trudno. Te pojawiają się same, niepytane, wyrastają jak spod ziemi, a my zdziwieni orientujemy się – po kilku godzinach, dzbanku kawy i kilkunastu rogalikach – że to już pora jechać po dzieci do przedszkola. O tę publikację poprosiła nas jedna z czytelniczek, która zauważyła wiele pięknych zdjęć z Tajlandii na radosnym Instagramie Kasi. Udało się! Przed wami pełna przygód i zwrotów akcji relacja z rodzinnej podróży na wyspę Koh Phangan. Bohaterowie to pięcioosobowa rodzina, w składzie: 1,5-roczny Tytus, 5-letni Tymon, 7-letni Leon oraz rodzice. Przyjemności!

*

Kiedy i dokąd wyjechaliście? 

Polecieliśmy do Azji na ferie zimowe. Nie przepadamy za sportami zimowymi, więc postanowiliśmy pierwszy raz w okresie wiecznej zmarzliny obrać kierunek ku słońcu, jak najbliżej gorącego piasku i pysznego jedzenia! Padło na Tajlandię, a dokładnie na wyspę Koh Phangan. Wybraliśmy się tam z naszymi znajomymi, którzy odwiedzali wyspę już kolejny raz, więc mieliśmy ułatwioną sprawę. Ich doświadczenie i wskazówki okazały się bezcenne. Obierając ten kierunek z trójką dzieci, mieliśmy małe obawy, ale – jak się później okazało – zupełnie niepotrzebnie.


Jak tam dotarliście?

Dotarcie na wyspę od wyjścia z domu zajęło nam około 22 godziny. Odbyliśmy trzy loty i godzinną podróż promem, ale po kolei. Pierwszy lot Warszawa-Moskwa trwał 2 godziny. Na lotnisku Szeremietiewo czekaliśmy 2 godziny na kolejny lot Moskwa-Bangkok, który trwał 9 godzin i po nim znaleźliśmy się w innym świecie. Na lotnisku w Bangkoku mieliśmy planowany 2-godziny postój na kolejny lot na Koh Samui, ale obsługa lotniska szybciutko przebukowała nasze bilety na najbliższy lot, więc czekaliśmy tylko 15 minut. Tu muszę zaznaczyć, że jest to standardowe postępowanie – jeśli tylko jest wolne miejsce w samolocie, nie będziecie czekać ani chwili. Byliśmy bardzo zaskoczeni, jak profesjonalnie i sprawnie działa obsługa na lotnisku. Wszyscy dostaliśmy naklejki z informacją o naszym miejscu docelowym i w razie zabłądzenia, momentalnie trafialiśmy do odpowiedniej kolejki, byliśmy praktycznie poprowadzeni za rękę! (śmiech) Po godzinnym locie na Koh Samui wysiedliśmy już w raju: palmy, buchające gorąco i uśmiechnięci Tajowie. I tu sytuacja się powtórzyła – cel: Koh Phangan i zakup biletów na prom wraz z bezpłatnym transferem z lotniska do portu, naklejki i kolejka. Podróż promem trwała godzinę i to był koniec naszej wędrówki.

 

 

I po tych szalonych 22 godzinach dotarliście na miejsce. Jaka pogoda was tam przywitała?

Ha ha, to jest akurat zabawne! Po przybiciu do portu przywitała nas ściana deszczu, wyglądało to tak, jakby z nieba lały się wiadra wody. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Wszystko trwało może 10 minut i zaraz potem wyszło słońce. Na miejscu czekał na nas znajomy i mówił, że to pierwszy deszcz od 2 tygodni. (śmiech) W porcie wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy na naszą plażę. Taksówki na wyspie to prywatne auta, zawsze warto – a wręcz wypada – się targować.

Pogoda przez 3 tygodnie była idealna, nie było upalnie, słońce czasami chowało się za maleńkie chmurki. Wiała przyjemna bryza od morza, której bardzo brakowało w parnym Bangkoku.

Opowiedz o miejscu, w którym mieszkaliście.

Mieszkaliśmy na samej plaży, w murowanych domkach na palach. Wystarczył nam jeden przeszklony pokój z łazienką i zaglądające palmy z każdej strony. I ten rajski śpiew ptaków o świcie, i warczące motory łodzi, ach, rozmarzyłam się. (śmiech) Trzy ostatnie dni podróży spędziliśmy w Bangkoku. Przez stronę agoda.com zarezerwowaliśmy przed podróżą pokój w hotelu w China Town, miał 170 mkw., więc był odwrotnością tego, co mieliśmy na wyspie.

 

 

Jak przemieszczaliście się na miejscu?

Tworzyliśmy dosyć sporą ekipę – łącznie 10 osób, więc przemieszczaliśmy się po wyspie pickupem i skuterem. Wielką frajdą jest jazda na pace, a skutery to powszechny środek transportu na wyspie, więc wszystko wypożyczyliśmy na miejscu. Robiliśmy też wycieczki korzystając z taxi boat, bo są na wyspie takie plaże, na które można dostać się tylko od strony morza.

W Bangkoku poruszaliśmy się początkowo taksówkami (koniecznie proście o włączenie taxometru, bo ma to duży wpływ na cenę  podróży). Potem przesiedliśmy się do tuk tuków, bo była to większa frajda i przygoda.

 

 

Co zrobiło na was największe wrażenie?

Wszystko! Szczególnie niesamowita przyroda – nie wiedziałam, że istnieje tyle odmian palm! Przesympatyczni i serdeczni Tajowie, przepyszne jedzenie, smak owoców ze straganów i młody kokos. Jeśli chodzi o jedzenie, Tajowie kochają cukier. Przy zamawianiu przepysznych koktajli warto wspomnieć, żeby zrobili je bez tego dodatku.

 

 

Jak zwykle spędzaliście czas na wyspie?

Korzystając z rad i doświadczenia znajomych, często wyruszaliśmy na wycieczki. Zwiedziliśmy praktycznie całą wyspę i jestem pewna, że bez tych podpowiedzi wielu pięknych miejsc nigdy byśmy nie zobaczyli. Czas w Tajlandii się zatrzymuje, po 3 dniach mieliśmy wrażenie, jakbyśmy byli tam od 3 miesięcy. Wszystko momentalnie spowalnia, nigdzie nie trzeba się spieszyć. Dzieci tuż po przebudzeniu wskakują do morza, kopią w piachu. Prawdziwe szczęście i beztroska.

 

 

Gdybyś miała wymienić pięć miejsc, które trzeba zobaczyć będąc w Tajlandii, to jak wyglądałaby twoja lista?

Ciężko to jednoznacznie określić, bo powinnam wypisać pięć różnych plaż. Na jednej była świnka, która chrumkała, kiedy głaskało się ją w odpowiednim miejscu. Kolejna z extra huśtawkami na palmach, następna z wielkimi głazami idealnymi do wspinaczki dla dzieciaków, i ta z rafą i rybkami, które skubały nas w nogi. I jeszcze ten bar z huśtawkami nad wodą, i ten wysoko na skałach, do którego trzeba się było wdrapać, żeby zobaczyć przepiękny widok na całą zatokę.

Trzy ostatnie dni podróży spędziliśmy w Bangkoku i tam punkty obowiązkowe to:

1. Nocny Floral Market – kocham kwiaty, a ich ilość, rodzaje i zapach zwaliły mnie tutaj z nóg. Większość kwiatów sprzedawana jest na kilogramy, wyplata się z nich girlandy do ozdabiania kapliczek i domów duchów, które w Tajlandii możemy spotkać przy każdym domu.

2. Świątynia Wat Pho, w której znajduje się 1000 wizerunków Buddy. Najbardziej znany z nich jest posąg Leżącego Buddy.

3. Nocny market w China Town. Koniecznie wypijcie świeżo wyciskany sok z granatów i spróbujcie śmierdzącego duriana. Jedzcie w każdej budce na ulicy (śmiech). Chłopcy nawet odważyli się spróbować robali, wspominają to do dzisiaj!

 

A co najcieplej wspominasz?

Wyprawę na Koh Tao, która jest mekką miłośników nurkowania. Dostaliśmy się tam promem z naszego miasteczka Tong Sala na wyspie Koh Phangan. Z promu wysiada się na mały pomost i jest się w raju! Wszędzie widać rybki, te w kropki, w paski i te wyglądające jak tęcza. Chłopcy skakali na ich widok z radości, a ja płakałam ze wzruszenia. Po wejściu do wody ryby są wszędzie, podpływają, skubią. To doświadczenie było dla mnie jak spełnienie marzeń, tak sobie wyobrażałam tą rajską krainę.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy oczywiście nie odwiedzili lokalnych staroci. Poznaliśmy piękną historię Holendra, który przyjechał na wyspę tylko na wakacje, został na stałe i tu sprowadza kontenery staroci z Japonii.

Obowiązkowo też trzeba korzystać z masaży na plaży. Tajowie są ekspertami w tej dziedzinie. To relaks dla duszy i ciała.

 

 

A to najmniej przyjemne wspomnienie? O ile w ogóle coś nieprzyjemnego może się tam przydarzyć.

 

Niestety zaliczyliśmy wizytę w szpitalu z Tymonem, który musiał przejść zabieg chirurgiczny. Biegając po jednej z plaż skaleczył się – nadepnął na koralowca, dostał zakażenia i konieczne było głębokie czyszczenie rany. Lekarz zapytał nas, czy syn jest dzielny, bo ból, jaki temu towarzyszy jest nie do zniesienia dla dorosłych mężczyzn. Dał radę i zapamięta to na długo, bo wszystko wydarzyło się w dniu jego piątych urodzin. Na szczęście spotkało go to kilka dni przed powrotem do domu, więc nie stracił wiele. Nie mógł się kąpać i chodzić, ale za to był wożony po całym Bangkoku, jak król! (śmiech)

 

 

Jak więc oceniasz tamtejszą służbę zdrowia? Czuliście się zaopiekowani?

Konieczne były codzienne wizyty w szpitalu, więc zdążyliśmy sprawdzić kilka placówek. Jakość obsługi plus profesjonalizm lekarzy i pielęgniarek bardzo miło nas zaskoczyła. Starali się do tego stopnia, że w Bangkoku cały stół do zmiany opatrunku rozłożony został dla Tymka na podłodze, tylko po to, żeby nie musiał wysiadać ze swojego wózka.

 

Co warto spakować, wyruszając z dziećmi w tamte strony?

Na pewno trzeba zabrać coś do odkażania wszelkich skaleczeń, bo w Tajlandii rany praktycznie się nie goją. A na pewno trwa to o wiele dłużej niż u nas. Na miejscu jest amerykańska sieć sklepów 7/11, w której można kupić wszystko. Przed wyjazdem niepotrzebnie zaopatrzyliśmy się w spray OFF odstraszający insekty, bo tych tak naprawdę wcale nie było. Ubrania i ręczniki najlepiej kupić na miejscu, bo szyte są z barwnych i niesamowicie delikatnych tkanin, które sprawdzają się idealnie w tamtejszym klimacie. Jedyny zakup, który był genialny przed podróżą, to maski do nurkowania zakrywające całą twarz. Dzięki nim chłopaki bez obaw nurkowali.

Jeśli chodzi o jedzenie, Tajlandia to raj dla dzieciaków: ryż pod kilkoma postaciami i owoce do oporu, przepyszne, praktycznie prosto z drzewa.

 

Jaka piosenka najtrafniej oddaje klimat waszej podróży?

Utwór napisany przez Boba Dylana pt. ,,All Along The Watchower” w wykonaniu Jimiego Hendrixa. Ten moment, kiedy wiatr w twoich włosach szaleje, słońce przygrzewa w ramiona, a ty pędzisz na pace pickupa przez lasy palmowe! Wracam tam!

Dzięki za rozmowę.

 

*

Rozmawiała: Dominika Janik