Mama, mama emigrantka

Ania w Kambodży

Wyprowadziła się z Polski daleko, bo aż do Phnom Penh w Kambodży. Tam urodził się jej syn Iwo, tam wniknęła w świat nowych smaków, zapachów i wiecznie uśmiechniętych, troskliwych ludzi. Poznajcie Anię.

Uśmiechy ponoć nie schodzą Khmerom z ust, a w swojej uczynności potrafią zatracić się tak dalece, by rzucić szpachlę na budowie czy kucharski fartuch i gnać za złodziejem skutera! Takich historii znajdziecie w naszej rozmowie z Anią, mamą 2-letniego Iwo, fotografką, menedżerką i podróżniczką, więcej i więcej, a każda jest ciepła od skwaru i przesycona aromatem mleczka kokosowego, w którym zapiekane są kambodżańskie dania serwowane na ulicach. Przyjemności!

*

Jak długo mieszkacie w Kambodży?

Prawie 4 lata. I powiem ci, że życie wydaje się tutaj dużo łatwiejsze. Zamieszkaliśmy w Phnom Penh, które jest typowym azjatyckim miastem ale jednocześnie bardzo oryginalnym.

Jak to się stało, że wyjechaliście z Polski?

Dokładnie 5 lat temu postanowiliśmy wyjechać w roczną podróż. I to była najlepsza decyzja w moim życiu. Sprzedaliśmy, co się dało. Planowaliśmy to 2 lata, odkładaliśmy pieniądze. Obydwoje mieliśmy dobre prace – Paweł jest architektem, ja pracowałam jako Office Manager w dobrze prosperującej firmie e-commerce. Mieliśmy prawie 30 lat i czuliśmy, że chcemy od życia czegoś więcej. Podróże zawsze były dla mnie bardzo ważne. Co roku organizowałam nam 3-tygodniowe wypady za granicę, im dalej tym lepiej. Kupowaliśmy tanie bilety i jeździliśmy z plecakami, często bez rezerwacji i konkretnego planu. Podczas jednego z wyjazdów poznaliśmy niesamowitą parę Polaków, która podróżowała od kilkunastu miesięcy z 2-letnią córeczką. Tak się zaczęło, zainspirowali mnie. Po powrocie do Warszawy nie mogłam przestać o nich myśleć. Pomyślałam, że skoro oni dali radę z dzieckiem, to my też możemy. Do dzisiaj mamy z nimi kontakt, nawet przez chwilę mieszkaliśmy wszyscy w Phnom Penh. Nie mieliśmy większych zobowiązań ani kredytów. Paweł nie był przekonany, ale wierciłam mu dziurę w brzuchu aż ustąpił (śmiech).

 

Azja to była wasza miłość od pierwszego wejrzenia?

Tak, zakochaliśmy się momentalnie. Od początku wiedzieliśmy, że to będzie cel naszej wyprawy. Kupiliśmy bilety w jedną stronę do Japonii. Spędziliśmy tam prawie 2 miesiące. Potem była Korea Południowa, Chiny, Tajwan, Malezja, Singapur, Indonezja, Tajlandia i Kambodża. Prawdę mówiąc nie planowaliśmy Kambodży. Byliśmy tu już kilka lat wcześniej, ale zagapiliśmy się z tajską wizą i musieliśmy szybko przekroczyć granicę, Kambodża była najbliżej. Pojechaliśmy do Siem Reap. Mieliśmy wpaść tylko na kilka dni i wrócić na trasę, ale się rozchorowałam i pobyt sie przedłużył. Postanowiliśmy, że pojedziemy zobaczyć wybrzeże. Wynajęliśmy na tydzień drewniany domek na drzewie na plaży. To był niesamowity czas. Nie robiliśmy nic (śmiech). Czytaliśmy książki i spacerowaliśmy po plaży, oglądaliśmy zachody i wschody słońca. Potrzebowaliśmy odpoczynku, bo przez kilka miesięcy byliśmy w ciągłym ruchu, zmienialiśmy miejsca co 2-3 dni. Po tygodniu przedłużyliśmy pobyt o kolejny, a potem następny. I tak spędziliśmy tam prawie 2 miesiące. W międzyczasie zaprzyjaźniliśmy się z właścicielem, poznaliśmy trochę lokalsów. Okazało się, że jesteśmy w kraju niesamowitych możliwości zawodowych, zwłaszcza dla Pawła.

Jak szybko znaleźliście tutaj pracę?

Paweł dostał pracę w pracowni architektonicznej drugiego dnia po przyjeździe do Phnom Penh. Zadzwoniliśmy do rodziców, żeby powiedzieć, że nie wracamy, byliśmy bardzo podekscytowani. Za to oni chyba byli w lekkim szoku, bo od razu kupili bilety, żeby sprawdzić czy nam do reszty nie odbiło. Przyjechali i też zakochali się w tym miejscu. Dotąd odwiedzili nas już kilka razy.

Miałaś w tamtym czasie jakiś plan na siebie? Co chciałaś robić?

W Polsce skończyłam szkołę fotografii i dorabiałam jako fotograf. Tu też fotografuję na zlecenia i trzy razy w tygodniu uczę fotografii w akademii informatycznej. Uwielbiam to! Nigdy wcześniej nie uczyłam, nie podejrzewałam, że znajdę w tym przyjemność. Współpracuję też z agencją reklamową jako Event Manager. Niedawno zajmowałam się organizacją największego festiwalu kulinarnego w Kambodży. To była niesamowita przygoda. Zaraz po przyjeździe planowaliśmy, że otworzę jakiś mały biznes. Myślałam o produkcji naturalnych, zdrowych lodów. Sprowadziłam nawet specjalną maszynę z Chin. I wtedy zaszłam w ciążę, plany biznesowe trochę się pokomplikowały (śmiech). Przeprowadziliśmy się do lepszego mieszkania – teraz mieszkamy w wieżowcu w typowo zachodnim stylu, w dobrej dzielnicy, blisko sklepów. Paweł po roku awansował i aktualnie praktycznie zarządza całym biurem. Postanowiliśmy, że ja przez jakiś czas skupię się na dziecku, bo tutaj spokojnie możemy żyć z jednej pensji.

Co to znaczy, że życie w Kambodży wydaje się łatwiejsze?

Jest spokojniej, mniej stresu i presji. Czas płynie wolniej, nikt się nie spieszy, wszyscy się uśmiechają. Życie toczy się na ulicy, w powietrzu unosi się specyficzny zapach azjatyckiego jedzenia i odkrytych kanałów. Mieszkańcy zaczynają dzień bardzo wcześnie. Jeśli pójdziesz na spacer o 5 rano zobaczysz zupełnie inne miasto niż godzinę później. Rano jest spokojniej i widać jeszcze chodniki (śmiech). Potem zaczynają się rozstawiać sklepiki, wózki z jedzeniem, stoiska z kokosami, sokami ze świeżych owoców i różnymi rzeczami na sprzedaż. W ciągu dnia przeprawa przez miasto na piechotę to prawdziwa przygoda, nie zawsze bezpieczna.

 

Dlaczego?

Pieszy jest tu najsłabszym ogniwem – musi się dostosować do ruchu, mieć oczy dookoła głowy i przemieszczać się po ulicach, między skuterami i samochodami. Chyba tylko turyści są na tyle szaleni żeby przemierzać większe odległości w ten sposób (śmiech).

A co z sygnalizacją świetlną? Nie pomaga?

Większość świateł zainstalowano dopiero rok temu, poza tym służą raczej do sugerowania kierowcom, co powinni zrobić. Nie ma przepisów ruchu drogowego, a te które istnieją, są przestrzegane tylko jeśli na skrzyżowaniu stoją policjanci. Służby państwowe są niedofinansowane i nie cieszą się respektem. To doprowadza czasem do zabawnych sytuacji, kiedy policja próbuje zatrzymać skuter. Kierowcy potrafią zawrócić i uciekać pod prąd. Z boku wygląda, to jak zabawa, kto kogo przechytrzy, ale wszystko odbywa się w pozytywnej atmosferze i czasem nawet z uśmiechami na twarzy. Funkcjonują też niezrozumiałe dla nas zasady. Nie można jeździć w ciągu dnia z zapalonymi światłami, ale w nocy brak świateł nie jest już problemem. Mnóstwo mieszkańców jeździ bez kasków, bo przepisy wymagają, że tylko osoba, która prowadzi skuter musi go mieć. Większość kierowców nie ma prawa jazdy, skutery rejestruje się tylko na pierwszego właściciela. Na początku byliśmy przerażeni, korzystaliśmy tylko z tuk tuków. Teraz obydwoje świetnie poruszamy się po mieście sami. Paweł kupił swój wymarzony motocykl, a ja mam skuter. Ruch uliczny tylko z pozoru wydaje się skomplikowany, śmiejemy się, że to taki ,,ruch ławicowy”. Główna zasada to: większy ma pierwszeństwo. Jeździ się wolno i zawsze trzeba być pewnym siebie, tu nie ma miejsca na nieśmiałość. Jeśli jesteś mniej odważnym kierowcą, to na skrzyżowaniach podczepiasz się pod większy pojazd.

Widzę, że masz już wszystko rozpracowane. A samo miasto: jak jest zbudowane, jaka jest jego specyfika? 

Kambodża jest byłą kolonią francuską. W Phnom Penh pozostało dużo architektury z tamtych czasów. Miasto musiało być przepiękne, ale w latach 70. zostało zniszczone. Do tej pory zabudowa była dosyć niska, do 4 pięter. Od kilku lat miasto  rozwija się bardzo szybko. Wysokie budynki powstają jak grzyby po deszczu. Niektóre miejsca zmieniają się nie do poznania w przeciągu kilku miesięcy.

Phnom Penh nie ma jednoznacznie wyodrębnionego centrum. Są 2-3 dzielnice, w których skupiają się biura. W nich też mieszka najwięcej ekspatów, więc są tam ,,zachodnie” supermarkety, restauracje oraz międzynarodowe szkoły.

Wy też się tam osiedliliście zaraz po przyjeździe?

Nie od razu. W przeciągu trzech lat zmienialiśmy mieszkanie 4 razy. Na początku, kiedy byliśmy tylko we dwoje, mieszkaliśmy w klasycznym khmerskim shophouse’ie. Są to 3-4 piętrowe, wąskie budynki, wielkości 4 x 16 m. Na parterze przeważnie prowadzony jest jakiś biznes i mieszka właściciel z rodziną. Każde piętro to oddzielne mieszkanie, klatki schodowe są na zewnątrz.  Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze, wiec mogliśmy wejść na dach i podziwiać zachody słońca. Mieszkanie praktycznie nie miało mebli, mieliśmy tylko łóżko, lampki nocne, stół, krzesła i podstawowe przybory kuchenne. To był okres nieznośnych upałów, a nie mieliśmy klimatyzacji. W w trakcie pory deszczowej woda wlewała się przez tarasy do mieszkania. Szybko nauczyliśmy się, że nie należy trzymać cennych rzeczy na podłodze (śmiech). Jak i tego, że jedzenie trzyma się tylko w lodówce i pod żadnym pozorem nie można jeść w łóżku – no chyba, że lubi się towarzystwo mrówek i karaluchów! Mimo wszystko dobrze wspominamy ten czas. Czuliśmy sie wolni, niczego nie potrzebowaliśmy. Mieliśmy tylko dwa plecaki i w każdej chwili mogliśmy zmienić swoje życie. Odkryliśmy, że tak naprawdę niewiele człowiekowi potrzeba.

 

Czy możesz powiedzieć, że jest to miasto wielkich możliwości?

Tak, szczególnie dla obcokrajowców, ale to wynika z ogromnych problemów w kraju, powstałych na skutek historycznych zawirowań. W latach 70. został tu przeprowadzony zamach stanu, w wyniku którego nastała wojna domowa. Władzę przejęli Czerwoni Khmerzy, którzy obalili rząd i utworzyli Demokratyczną Kampuczę. To był krótki, ale bardzo ciężki i krwawy czas dla Kambodży. W wyniku rządów Czerwonych Khmerów zginęła 1/4 populacji, kraj zmagał się z głodem, w miastach powstały więzienia, gdzie przetrzymywano i torturowano zwykłych obywateli. W 4 lata wymordowano praktycznie całą inteligencję – nie było już lekarzy, nauczycieli, prawników, artystów. Odbudowa państwa praktycznie trwa do dzisiaj. Dużym problemem jest tu analfabetyzm. Kambodża chętnie przyjmuje wykształconych cudzoziemców, żeby się od nich uczyć. Czujemy się potrzebni, możemy się tu podzielić swoim doświadczeniem.  Ekspatom łatwo znaleźć dobrą pracę i łatwo awansować, co nie znaczy, że łatwo się tu pracuje.

Na czym polega trudność?

Nie każdy się odnajdzie, bo przepaść kulturowa jest ogromna. Wydaje mi się, że Khmerzy mają inną hierarchię wartości. Praca to tylko jakiś wycinek ich życia, najważniejsza jest rodzina. Jeśli bliscy cię potrzebują, rzucasz pracę. W trakcie zbiorów ryżu, kiedy potrzebne są ręce do pracy, khmerscy pracownicy z dnia na dzień biorą urlopy i jadą w rodzinne strony pomagać. Nikogo to nie dziwi, pracodawcy muszą się z tym pogodzić. Cieszę się, że tu jestem, a jestem tu przede wszystkim dla LUDZI.  Pomimo wszechobecnej biedy, Khmerzy są wiecznie uśmiechnięci i pozytywni, żyją ze sobą, wszyscy sąsiedzi się znają, wspierają się. Dzieci biegają po ulicy same i są bezpieczne, bo odpowiedzialność jest wspólna, wszyscy ich pilnują. Czuję, że uczę się od nich spokoju i cierpliwości. Skrajne emocje nie są tu mile widziane. Miasto jest wiecznie zakorkowane, ale nikt się nie denerwuje, nikt nie krzyczy, nie przepycha się. Stoję skuterem w 40-stopniowym upale i wszyscy się do mnie uśmiechają, zagadują. Czerpiemy od nich tę energię. Dużo mniej się stresujemy, niż w Polsce.

Czy czujesz się tam bezpiecznie?

Duże miasto zawsze tworzy zagrożenie, ale czuję się tu bezpiecznie. Czasami żartuję, że jeśli miałabym wybór przejść sama w nocy Warszawę i Phnom Penh, to zawsze wybrałabym to drugie. Mam poczucie, że nie jestem sama i zawsze ktoś pomoże. Ogromną siłą są tu ludzie. Dobrzy ludzie, którzy się wspierają. Kilka razy zepsuł mi sie skuter na środku ulicy, nigdy nie czekałam dłużej niż 3 minuty na pomoc. Od razu zatrzymuje się kilka osób żeby pomóc, wyciągają narzędzia i naprawiają, proponują że podwiozą, załatwią kolegę, który ma warsztat.
Kiedy byłam w ciąży spotkałam się z niesamowitą życzliwością.  Ludzie pomagali mi robić zakupy, wychodzić z tuk tuka. Pamiętam, jak raz musiałam przejść z wózkiem przez czteropasmową ulicę. Kierowcy taksówek natychmiast wybiegli, zorganizowali się i otoczyli mnie żeby bezpiecznie przeprowadzić na drugą stronę.

Brzmi jak bajka. Ejże, czy ze wszystkim jest tak różowo?

Oczywiście, że nie. Nie zapominajmy, że to bardzo biedny kraj. Mieszkańcy zmagają się z trudnościami, które ciężko nam sobie wyobrazić. Brakuje służby zdrowia, dobrej edukacji, panują okropne warunki mieszkaniowe. Rzeczywistość nie zawsze jest tu sprawiedliwa. To chyba było dla nas najtrudniejsze… że tak niewiele możemy zrobić, że w jakiś sposób musimy się z tym pogodzić.

Jedną z nieprzyjemnych rzeczy, która zdarza się tu często, są kradzieże. Trzeba być czujnym, zwłaszcza w miejscach turystycznych. Złodzieje przeważnie poruszają sie na skuterach i potrafią wyrwać torebkę, aparat czy telefon. Społeczeństwo wstydzi się za nich. Ludzie wiedzą, że ciężko wymierzyć sprawiedliwość poprzez policję, więc zdarzają się samosądy. Byliśmy kiedyś świadkiem kradzieży skutera – za złodziejem rzucili się w pościg wszyscy: robotnicy z pobliskiej budowy, kelnerzy z restauracji, przechodnie. Po 15 minutach przyprowadzili skuter i trochę obitego złodzieja, potem po kolei robili mu zdjęcia, żeby publikować na Facebook’u. To ich jedyna broń. Utrata twarzy to najgorsza kara, nie tylko dla przestępcy. To hańba dla jego całej rodziny.

Przez chwilę poczułam się jakbyś opowiadała mi historię z teledysku! Niesamowite jak solidarni są ci ludzie i wrażliwi na cudzą krzywdę. Mówiłaś, że mieszkańcy Kambodży sa otwarci i sympatyczni w pierwszym kontakcie, ale czy łatwo wejść z nimi w bliższe relacje?

Khmerzy bardzo łatwo nawiązują znajomości, muszę przyznać, że ciężko o prawdziwe przyjaźnie. Chyba różnice kulturowe są za duże. Mamy grupę khmerskich znajomych, ale to nie są takie relacje, żeby np. się pozwierzać. Jest tu mnóstwo tematów tabu. Kobiety nawet między sobą nie rozmawiają o swojej cielesności. Mamy też zupełnie inne poczucie humoru. Większość ludzi nie rozumie sarkazmu, więc trzeba bardzo uważać z żartami. Z drugiej strony zupełnie naturalne jest tu pytanie o wiek, zarobki, ile co kosztowało. Są bardzo bezpośredni i często pytają nas dlaczego tak późno zdecydowaliśmy się na dziecko, albo z jakiego powodu nie jesteśmy małżeństwem. Potrafią prosto w oczy powiedzieć komuś, że jest gruby (śmiech).

 

Urodziłaś w Kambodży. Jak się czułaś z tą decyzją?  Nie było ci trudno?

Muszę przyznać, że ciąża, to był dla mnie bardzo ciężki okres w życiu. Fatalnie się czułam, ciągle wymiotowałam. Przez pierwsze 3 miesiące schudłam 6 kilo. Upały i ostre zapachy tutejszej kuchni bardzo mi dokuczały. Po raz pierwszy poczułam, że potrzebuję wokół siebie bliskich mi kobiet, a wszyscy byli tak daleko. Nie miałam tu koleżanek z dziećmi, z którymi mogłabym się podzielić swoimi przeżyciami. Bałam sie macierzyństwa. Do tej pory żyliśmy tylko dla siebie. Nie czułam sie gotowa. Wahaliśmy się co zrobić, gdzie rodzić. W końcu postanowiliśmy, że zostaniemy na poród w Kambodży. To była świetna decyzja, choć większość naszych znajomych pukała się w głowę. Pojechaliśmy do największego szpitala w Phnom Penh, który ma prawie wszystkie specjalizacje i najlepszy sprzęt. Paweł o mało tam nie zemdlał jak zobaczył oddział położniczy (śmiech). Dzieci rodziły sie chyba co 3 minuty. Kobiety do ostatniego momentu były pod opieką rodzin, do sali porodowej wchodziły na ostatnie minuty. Drzwi od sali co chwilę się otwierały, lekarz wynosił noworodki i wręczał ojcom, którzy czekali w kolejce.  Wyszliśmy przerażeni.

Co zrobiliście?

Zdecydowaliśmy się na małą prywatną klinikę, która znajdowała się niedaleko tego szpitala. Tak na wszelki wypadek, gdyby pojawiły sie jakieś komplikacje i musielibyśmy się tam przetransportować.To był strzał w dziesiątkę. Mieliśmy małe komplikacje w trakcie porodu, ale cały czas czułam sie bezpiecznie. Pamiętam, że moja anestezjolog głaskała mnie po głowie i mówiła, że wszystko będzie dobrze. Niestety nie mogłam przytulić dziecka zaraz po porodzie, więc poproszono Pawła żeby zdjął koszulkę i pozwolili mu przytulać i ogrzewać synka. Iwo był jedynym białym dzieckiem w klinice i nie lada atrakcją. Po porodzie co chwilę ktoś do nas przychodził i pytał czy sobie radzimy, czy nie potrzebujemy pomocy. Pomagali nam przy pierwszej kąpieli, o nic nie musieliśmy prosić. Na poród przyleciały obie nasze mamy. Mogły być z nami cały czas, nikt ich nie wypraszał. Lekarze cierpliwie odpowiadali na setki ich pytań.

Miałaś obawy przed samym porodem, a jak się poczułaś kiedy Iwo pojawił sie na świecie? Pamiętasz te pierwsze chwile bycia mamą?

Cały nasz świat przewrócił się do góry nogami, teraz dziecko było najważniejsze. Okazało się, że całkiem dobrze odnajduje się w nowej roli, ale  miałam też słabsze momenty, jak każda matka. Od początku macierzyństwa towarzyszy mi myśl, że mam dobre życie, że jestem uprzywilejowana. Wokół nas jest wiele kobiet, które musiały pracować w ciąży na budowach, których nie stać na dobre jedzenie dla dzieci lub jakiekolwiek zabawki. Staram się nie przesadzać, nie rozpieszczać, nie kupować więcej niż potrzebujemy. Wiem też, że bardzo muszę uważać na to, że Iwo ciągle jest w centrum uwagi. Wszyscy chcą go dotykać i przytulać, mówią, że jest śliczny. Dzieci chętnie się z nim bawią, bo ma blond włosy i niebieskie oczy. Boję się żeby się nie przyzwyczaił, że wszystko mu tak łatwo przychodzi.

Wychodzicie razem w miasto?

Wszędzie go zabieramy. Jak miał miesiąc pojechaliśmy z Pawła znajomymi z pracy na weekend do Kampotu. Pływał wtedy łódką, jeździł tuk tukiem i autobusem. Raz w restauracji nie mieliśmy gdzie go położyć, wiec khmerzy zrobili mu miejsce na stole między krabami i sałatkami (śmiech).

Jak wyglądają wasze przeciętne dni?

Żyjemy tu bardzo spokojnie, nigdzie się nie spieszymy. Planujemy czas z dnia na dzień. W tygodniu pracujemy, więc jest całkiem normalnie. Cały rok jest ciepło, żeby nie powiedzieć gorąco. W weekend korzystamy z okolicznych hotelowych basenów, które za niewielką opłatę są dostępne dla wszystkich. Z Phnom Penh na wybrzeże jest ok. 250 km. Jeśli mamy więcej wolnych dni, to pakujemy się i jedziemy na naszą ulubioną rajską wyspę lub do Kampotu, pięknego miasteczka nad rzęką, otoczonego górami

Co z miejscami przyjaznymi dzieciom? Jest gdzie pójść w środku tygodnia?

Zaledwie pół godziny od naszego domu jest wyspa na rzece, prawdziwa khmerska wieś. Przyroda, krowy, kury, psy, dzieci na rowerach. Jak mam dosyć miasta, jadę tam na dwa dni. Na wyspie są dwa guest house’y, jeden ma nawet mały basen. Jest jedna droga, do niedawna nie było nigdzie asfaltu. Same tradycyjne domki na palach, małe pola z uprawami. Mieszkańcy leniwie przemieszczający się w niewiadomym celu lub chowający się w cieniu i drzemiący na hamakach między drzewami. To wspaniałe miejsce dla dziecka. Jest też plaża z drewnianymi zadaszonymi podestami. To miejsce na odpoczynek i wspólne posiłki. Tam czuję sie częścią społeczeństwa. Zawsze ktoś nas czymś poczęstuje, zaprosi do domu, pobawi się z dzieckiem.

Mamy tu właśnie kolejną falę upałów w Warszawie i domyślam się, że pewnie czasem samo wyjście z domu w taki skwar jaki zazwyczaj u was panuje, jest niemożliwe.

Faktycznie, czasami jest tak gorąco, że po prostu zostajemy w domu. Przynosimy do salonu nasz materac, zamawiamy jedzenie i cały dzień spędzamy na zabawach i wygłupach. Dzwonimy do rodziny żeby nasz syn miał stały kontakt z bliskimi. Podłączamy komputer do dużego telewizora żeby mógł oglądać ich w miarę realnych rozmiarach (śmiech).

Opowiedz o tamtejszej kuchni, czy od razu się polubiliście? I o waszych przysmakach.

Tradycyjna kuchnia khmerska to połączenie kuchni tajskiej i wietnamskiej. Jedzenie jest tu niesamowite, pełne świeżych warzyw i owoców. Do tej pory nie znamy nazw wszystkich owoców, które są tu dostępne.

Jadacie na mieście?

Bardzo często, bo to dobry sposób żeby zjeść tanio i dobrze. Przysmakami są grillowane ryby, szaszłyki wołowe i z owoców morza. My uwielbiamy gorące zupy Pho i najbardziej tradycyjne dania kherskie: niepowtarzalny Amok – ryba lub kurczak zapiekany w curry z mlekiem kokosowym i Loc Lak – duszona soczysta wołowina w słodkawym sojowo-rybnym sosie. Oczywiście do każdego posiłku podawany jest ryż. Muszę przyznać, że dopiero tutaj nauczyłam się go jeść. Khmerzy jedzą ryż nawet na śniadanie! Oni ogólnie uwielbiają jeść i rozmawiać o jedzeniu.

Na jakiej zasadzie działają tamtejsze żłobki, klubiki, przedszkola?

Iwo ma teraz dwa lata, więc jeszcze nie poszedł do przedszkola. O żłobkach tu nie słyszałam. Khmerskimi dziećmi zajmują się całe rodziny. Jeśli mama musi iść do pracy, opiekę przejmuje tata, babcia, dziadek, brat. W domu zawsze ktoś jest. W jednym domu mieszka kilka pokoleń i każdy ma obowiązki. Mało ludzi ma pracę, ale jak już mają ten przywilej, to utrzymują ze swoich pensji całe rodziny. Reszta domowników gotuje, sprząta, opiekuje sie dziećmi, wozi je do szkoły. W Kambodży ponad połowa społeczeństwa ma poniżej 25 roku życia! Wszędzie są dzieci!

To w tradycyjnych lokalnych domach, a co z ekspatami? Jak wy sobie radzicie?

Rodziny ekspackie korzystają na początku z pomocy niań, niektórzy nawet z nimi mieszkają. Przez pierwszy rok sama opiekowałam się dzieckiem. Wszyscy się tu dziwili jak sobie daję radę bez pomocy rodziny. Khmerskie mamy przez miesiąc po porodzie są pod opieką rodziny, nie muszą gotować, ani sprzątać. My po roku odważyliśmy się zatrudnić nianię. Mieliśmy dużo szczęścia, bo nasza koleżanka była dyrektorem w międzynarodowym przedszkolu i poleciła nam swoją byłą pracowniczkę. Nana, bo tak ma na imię opiekunka Iwa, przychodzi do nas na 8 godzin dziennie i jest wspaniałą, niezastąpioną kobietą. Musze przyznać, że dużo czasu spędziłyśmy razem zanim zostawiłam syna tylko pod jej opieką, potrzebowałam jej zaufać. Obawiałam się, bo tu panują zupełnie inne zasady wychowania. Dzieci są wożone na skuterach bez kasków. Wiem też, że na prowincjach panuje opinia, że nie powinno się karmić dzieci warzywami, bo ,,boli od nich brzuch”. Nana, mówi że jej sąsiadki podśmiewają się z niej, że biali namieszali jej w głowie, bo nie daje swojej córce do picia coca-coli i zmusza ją do jedzenia warzyw. Nie raz widziałam tu malutkie dzieci sączące przez słomkę colę albo napój energetyczny. Powszechna jest opinia, że jeśli coś jest słodkie, to jest dobre dla dzieci. Iwo ma bardzo jasną karnację, trzeba więc też uważać żeby nie poparzył się słońcem. Pomimo, że urodził się w Azji, to jego organizm nie jest przystosowany to takich temperatur tak jak khmerskich dzieci.

Czego ci najbardziej w Kambodży brakuje? Za czym tęsknisz? 

Najbardziej brakuje mi rodziny i przyjaciół. Zaraz potem białego sera i kabanosów (śmiech). Zawsze żyłam daleko od mojej rodziny, bo jakimś dziwnym trafem wszyscy wyprowadzili sie z Warszawy nad morze. Myślałam więc, że nie będzie mi trudno na emigracji. Jednak odległość robi swoje. Paradoksalnie, mój wyjazd zbliżył mnie do rodziny. W Polsce ciągle byłam zajęta, nie miałam czasu na rozmowy telefoniczne. Teraz dzwonimy do siebie kilka razy w tygodniu na Skype’ie. Dużo rozmawiam z siostrami, nigdy wcześniej nie miałyśmy aż takiej bliskiej więzi. Nawet nasi dziadkowie świetnie opanowali obsługę Ipada żeby móc z nami rozmawiać i oglądać prawnuka. Poza tym ciągle nas ktoś odwiedza!

Jak często bywacie w Polsce?

W Polsce jesteśmy raz w roku, czasem nawet dwa razy. Przyjeżdzamy co najmniej na miesiąc i to jest prawdziwy szał. Latamy ze spotkania na spotkanie, całymi nocami rozmawiamy z przyjaciółmi, chcemy nadrobić stracony czas i towarzyskie zaległości.

Myślisz czasem o powrocie?

Gdzieś z tyłu głowy mamy plan powrotu do Polski. Jak myślę o przyszłości, to widzę nas w Warszawie.

Dziękuję za rozmowę, powodzenia!

 

*

Rozmawiała: Dominika Janik
Zdjęcia: prywatne archiwum Ani Góreckiej

Leave a comment 3 komentarze

  1. Ale ciekawy wywiad. Świat należy do odważnych. Pięknie się czyta o tym, kto ma odwagę tam, gdzie tobie jej brakuje. Pozdrowienia dla całej rodziny 🙂

  2. Fajna historia. Swietnie sie czyta. Bylabym ciekawa, co warto by zobaczyc jako turysta. Wiem, ze ten wywiad nie i tym. Ale po przeczytaniu go mam ochote na Kambodze!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama