Rodzinna podróż do Meksyku

Pustynie, góry i wulkany

Dwa worki cierpliwości. Tyle właśnie trzeba, by podróż do Meksyku z małym dzieckiem w pełni się udała. Dodajcie jeszcze solidną dozę dobrego humoru, kapkę dystansu i zamiłowanie do włóczęgi, a żaden kierunek i żadne podróżnicze utrudnienia nie będą wam straszne.

Ta górnolotna teoria ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości i jest nią przypadek autorów bloga Tu i Tam, Luizy i Bartka, którzy na początku roku wybrali się w daleką podróż z kilkumiesięcznym wtedy synem Aleksandrem. I wiecie co? Nie stało się nic złego. Przeciwnie, wciąż tam są i w niespiesznym tempie przemierzają kolejne punkty na mapie Mesyku, a wcześniej Stanów Zjednoczonych. Luiza i Bartek zjeździli kawał świata, a wraz z narodzinami syna nieco zmienili sposób podróżowania – o tym dowiecie się więcej z kolejnej odsłony Rozmów o podróżowaniu (już niebawem!). Dziś natomiast zabieramy was w podróż do zachwycającego Meksyku, gdzie nasi bohaterowie z bliska przyglądali się delfinom, kapibarom i krokodylom. Posłuchajcie.

*

Kiedy i dokąd wyjechaliście? 

Pod koniec stycznia wylecieliśmy do San Francisco. To tam był początek naszej podróży, choć właściwym celem był Meksyk. W Stanach kupiliśmy stare (ale dobre!) auto i pojechaliśmy przed siebie, obierając kierunek na południe. Nieśpiesznie, z kilkoma zaznaczonymi na mapie punktami jechaliśmy przez Kalifornię w USA i przez cały Meksyk.

 

 

Dlaczego wybraliście się właśnie do Meksyku?

Kiedy urodził się Aleksander, wiedzieliśmy, że drugą część macierzyńskiego urlopu chcemy spędzić „gdzieś”. Po to, by podróżować i nie przestawać poznawać nowych miejsc, ale przede wszystkim po to, by być razem. Wybraliśmy Meksyk, bo kipi od atrakcji przyrodniczych, takich jak pustynie, góry, wulkany, dżungla czy morza oraz kulturowych, jak kolonialne miasta, ruiny minionych cywilizacji, meksykańskie wierzenia i tradycje. Jest tam ciepło, a wyjeżdżaliśmy w środku polskiej zimy i można się porozumieć po hiszpańsku, czyli w języku, który oboje dobrze znamy.

Jaka pogoda czekała na was po przyjeździe?

Tak naprawdę pogoda zmieniała nam się wraz z tym, jak się przemieszczaliśmy. Czasem marzliśmy i wkładaliśmy kurtki i czapki, ale jednak przez większą cześć pobytu było bardzo ciepło, a przede wszystkim słonecznie!

 

 

Jak się przemieszczaliście na miejscu?

Od początku wiedzieliśmy, że przemieszczać chcemy się samochodem – mogliśmy jechać tak długo i daleko jak chcieliśmy, zatrzymywać się tam, gdzie nas naszła ochota i, co ważne przy podróży z dzieckiem, zapakować dużo bagażu. Poza tym, przy sporo tańszych cenach paliwa, transport własnym samochodem był relatywnie tani.

Gdzie zamieszkaliście?

Nasz samochód był na tyle duży, że wygodnie mogliśmy w nim spać całą trójką. Wybieraliśmy więc piękne miejsca po drodze i tam zatrzymywaliśmy się na nocleg. Czasem pośrodku niczego, na pustyni pod nieziemsko rozgwieżdżonym niebem, a innym razem na plaży. Poza tym spaliśmy w namiocie – na campingach lub na dziko, u miejscowych, korzystając z couchsurfingu oraz w przeróżnych pensjonatach, hotelikach czy hostelach.

 

 

Co zrobiło na was największe wrażenie?

Chyba nie ma jednego miejsca, ani jednej rzeczy, którą wyjątkowo dobrze wspominamy. Może bardziej chodzi o całość, o tę różnorodność naszej podróży. Zmieniające się, wspaniałe krajobrazy, ludzie, z którymi mogliśmy porozmawiać, zwyczaje, które mogliśmy podglądać, dzikie zwierzęta, które widzieliśmy: wieloryby, delfiny, różne gatunki małp, krokodyle, ptaki, wielkie iguany, kojoty, kapibary. Nowe smaki, nowe zapachy.

Pięć miejsc, które, waszym zdaniem, trzeba zobaczyć.

Może łatwiej by było wybrać ich 50, ale spróbujmy (śmiech).

1. Baja California – cały półwysep, bo w całości jest piękny. Pustynie, kilkunastometrowe kaktusy. Możliwość spotkania wielorybów. Morze z jednej, a ocean z drugiej strony. Pustka i niezmierzone przestrzenie.

2. Guanajuato – urocze miasto położone na wysokości 2000 metrów. Kolorowe, tętniące życiem, takie z meksykańskiej pocztówki.

3. Ruiny miasta Yaxchilán, starożytnej cywilizacji Majów. Ukryte w dżungli, pośród szumu drzew i wycia małp.

4. Wyspa Holbox – turkusowa woda Morza Karaibskiego i niesamowity wyspiarski klimat.

5. Las Coloradas – mała wioska, ale jakże piękna. Do tego niezwykła karaibska plaża, solnisko z różową wodą i flamingi!

 

 

Gdybyś miała opisać swoje najmilsze wspomnienie z wyprawy, co by to było?

Znów ciężko wybrać to jedno. Pamiętamy niesamowite wrażenie, jakie zrobiło nas nas to, że mogliśmy dotknąć dzikiego wieloryba. Pamiętamy radość Olka podczas pierwszej kąpieli w morzu i zabawy muszelkami na plaży oraz jego minę, kiedy z bliska zobaczył wyjce…

I takie, że aż ciarki przechodzą.

Nic takiego się nie wydarzyło. Były oczywiście trudniejsze momenty, bardziej stresujące, bardziej wymagające, ale te piękne chwile je całkiem przysłoniły!

Co warto spakować wyruszając z dziećmi w te strony?

Dobry humor i ze dwa worki cierpliwości (śmiech). A tak poważnie – oczywiście zabraliśmy krem z wysokim filtrem, środek przeciwko komarom, podstawowe leki, ale tak naprawdę wszystko można z powodzeniem dostać na miejscu.

Cudowna wyprawa, dzięki za relację!

*

Zdjęcia: Luiza Stosik-Turek, Bartek Turek/tuitam.net

Rozmawiała: Dominika Janik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.