raport ładne bebe

Polska nie jest biała. Raport o sytuacji rodzin wieloetnicznych.

Jakim społeczeństwem jesteśmy?

Polska nie jest biała. Raport o sytuacji rodzin wieloetnicznych.
Archiwa prywatne, Mikołaj Krawczunas

Nie będziemy epatować szokującymi nagłówkami, ani cytować obelg, choć czytając ten tekst, momentami trudno się będzie nie usztywnić. Świat czarnoskórych, świat mulatów, nasz świat. Jaki jest? I co czuje międzykulturowa rodzina, wychowując dziecko w Polsce?

Każdy świadomy rodzic prędzej czy później musi wyrobić sobie stanowisko na trudne tematy społeczne. W redakcji Ładne Bebe jest nie inaczej. Zamiast jednak pisać o mrocznych stronach rzeczywistości, wolimy dzielenie się wiedzą i pomysłami. Dlatego poruszamy temat dyskryminacji i polskiego #blacklivesmatter, oddając głos bohaterom. Zajrzałyśmy do świata wieloetnicznych rodzin: małżeństw, rodziców, dzieci. Wysłuchałyśmy ich historii. Zapytałyśmy o rasizm, ale też o dobre wspomnienia i plany. Jak jest im w szkołach, a jak na placach zabaw? Poprosiłyśmy też ekspertów zajmujących się dialogiem międzykulturowym o komentarz. Świat czarnoskórych, świat mulatów, nasz świat. Jaki jest? I co czuje międzykulturowa rodzina, wychowując dziecko w Polsce?

Mulatka z Nowego Sącza

Anię Waśko spotykam spacerującą po Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Pięknie ubrana, ze słuchawkami w uszach i rozwianym orzechowym afro, wtapia się w kolorowy tłum turystów i studentów naszej europejskiej metropolii. Udaje mi się namówić ją na rozmowę o dzieciństwie i kilka dni później opowiada mi, jak to jest być sądeczanką, córką czarnoskórego ojca.

W Nowym Sączu, gdzie się urodziłam, znałam może ze cztery dziewczynki o podobnym do mojego kolorze skóry. Byłyśmy tylko my na niespełna 100 tysięcy mieszkańców. To musiało wzbudzać zainteresowanie i sensację – zaczyna swoją opowieść. W latach 90. wychowywanie dziecka w małym i dość konserwatywnym mieście bywało trudne, moja mama musiała mierzyć się z niełatwymi sytuacjami. Zawsze była silna, mówiła, że nie ma czym się przejmować. Starała się mi pokazać, że świat jest różnorodny. Puszczała Michaela Jacksona, Whitney Houston, Dianę Ross i innych wspaniałych czarnoskórych artystów. Do siódmego czy ósmego roku życia byłam więc przekonana, że każda ciemnoskóra osoba na świecie jest wielką gwiazdą – śmieje się Ania, która dziś mieszka w stolicy i zajmuje się marketingiem. Czułam się wyjątkowo z powodu swojej karnacji, ludzie mnie zaczepiali. Były to w większości pozytywne reakcje, zwłaszcza na początku, gdy byłam mała. Potem niestety zrobiło się gorzej. Szybko dodaje jednak: Teraz mieszkam w Warszawie, sytuacja jest zupełnie inna.

Warszawska różnorodność

Teoretycznie w Warszawie – wielkim mieście pełnym różnych kultur – łatwiej uzyskać anonimowość, poczuć się „u siebie”. Mieszka tu między innymi rodzina Nwolisów: Lidia, jej mąż pochodzący z Nigerii i czworo dzieci, z których 10-letnia Bianka zyskała niedawno popularność dzięki protestowi pod ambasadą USA oraz okładce wrześniowego „Vogue’a”. Świetnie czuję w kolorowych miejscach – mówi Lidia, która prowadzi fundację zajmującą się dialogiem międzykulturowym. Jej zdaniem Warszawa dopiero nieśmiało wkracza na drogę akceptacji wielokulturowości. W Londynie, Nowym Jorku, Amsterdamie – tam widzę te wszystkie ludzkie mieszanki, Mongolia połączona z Zimbabwe… To jest dla mnie tak piękne i tak mnie zachwyca, że mogłabym godzinami jeździć metrem i patrzeć na ludzi. Czasami pojawia się marzenie o tym, że moja rodzina żyłaby w podobnym miejscu, gdzie byśmy się mniej wyróżniali. Nawet idąc nad rzekę, żeby się wykąpać. Tu, gdy idziemy blisko domu, nad Świder, stajemy się sensacją. Cała plaża patrzy na nas. Ludzie nie są wybredni w komentarzach, nie strofują swoich dzieci, mówiących co ślina na język przyniesie. Niestety czasem nawet we własnym mieście nie możemy się poczuć swobodnie. Mój mąż przestał zupełnie chodzić do zoo z dziećmi, bo za każdym razem ktoś pozwalał sobie na krzywdzące komentarze pod naszym adresem – mówi o swoim życiu w stolicy. Z kolei Iza Jurek, która jest żoną Nigeryjczyka i mamą bliźniąt, dodaje: Nie powiedziałabym, że Polska jest już wielokulturowa. Patrząc na kraje na zachodzie Europy, na naszych ulicach wciąż mało spotykamy przedstawicieli innych kultur. Choć oczywiście w Warszawie jest ich najwięcej – przyjeżdżają do pracy, na studia. Mentalnie jesteśmy gotowi na wielokulturowość, a w praktyce brakuje nam asymilacji. W małych miastach mój mąż wydaje się nadal bardzo egzotyczny. Potrzeba jeszcze kilku lat, by ludzie przyzwyczaili się do inności.

Wszystkie dzieci nasze są

Jak wygląda życie rodzica mieszanych rasowo dzieci, a jak życie takiego dziecka? Każda rodzina ma inne doświadczenia, ale wspólne jest poczucie, że dopóki dzieci są małe, sytuacji trudnych zdarza się niewiele. Iza, która jest mamą nieco ponad rocznych półnigeryjskich bliźniaków, mówi: Jak dotąd bycie mamą dzieci ciemnoskórych w Polsce nie jest wcale trudniejsze, niż gdyby miały jej biały odcień. Oczywiście moje bliźniaki wyróżniają się urodą i temperamentem, ale zdecydowanie na plus. Gdy jesteśmy całą rodziną na spacerach, spotykamy się z ogromną sympatią, z bardzo pozytywnymi reakcjami przechodniów. Ludzie nasze dzieci chwalą, komplementują, mam wrażenie, że każdy, kto do nas podchodzi, ma dobre intencje i coś miłego do powiedzenia o dzieciach.

Zdarza się, że ktoś widząc na ulicy, że ja jestem biała, a mąż czarny, zagląda do wózka bliźniaków. Nasza inność budzi ciekawość, a jeśli ludzie się boją inności, to dlatego, że jej nie znają. Bywaliśmy zaczepiani przez osoby, które nigdy nie widziały mulackich dzieci. Zazwyczaj jednak kończyło się na bardzo pozytywnej reakcji. Tylko dwa razy ktoś nieprzyjemnie się odezwał na placu zabaw, to były starsze osoby, prawdopodobnie nieprzyzwyczajone do inności – mówi. Dzieci Izy i Ugo nie chodzą jeszcze do żłobka, tata i mama dzielą się opieką nad nimi w domu. Planują w przyszłości posłać je do placówki, która będzie otwarta na wielokulturowość.

Zdaniem Dúnii Pacheco, pochodzącej z Angoli mamy dwójki maluchów, tegoroczne protesty Black Lives Matter w Warszawie pokazały między innymi, że Polska już nie jest tylko biała. Społeczność wielokulturowa się powiększyła, przybyło zwłaszcza mulatów. Przez lata byli dyskryminowani i być może teraz nadarzyła się okazja, by dać o sobie znać. Chcą być wysłuchani i szanowani. To czas, by społeczeństwo wysłuchało wersji Murzynka Bambo, z którą wielu z nas ma do czynienia na ulicy, w szkole, pracy itp. Dúnia daleka jest jednak od demonizowania polskiej rzeczywistości, skupia się na pozytywnym nastawieniu, na krzewieniu wymiany międzykulturowej, a jako instruktorka tańca uczy kobiety m.in. samoakceptacji poprzez taniec. Zapytana o to, jak przedstawia swym mieszanym etnicznie dzieciom świat, w większości jednak białym kraju, odpowiada: Od początku z mężem wybraliśmy, by mówić im prawdę – dostosowując ją do ich wieku. Jeśli ta prawda jest dla nas jako rodziców trudna, konsultujemy ją z psychologiem. Tłumaczymy córce: masz mieszany kolor skóry, ponieważ ja mam ciemny kolor skóry – jestem z rasy czarnej, a twój tata ma jasny kolor skóry, bo jest z rasy białej. Kochamy się, mamy ciebie i twojego brata. Wasz kolor skóry jest mieszkanką naszych kolorów – opowiada.

Kładziemy z mężem nacisk na to, że nasze dzieci są mieszane etnicznie. Nie czarne. Nie białe. Zlekceważenie czy pomijanie tego aspektu, może skutkować frustracją lub problemem z tożsamością u takich osób. Wiele z nich jest traktowanych jako „inni”, a czasem nawet odrzucanych, w jednym i drugim ojczystym kraju rodziców. Dlatego mimo że moje dzieci urodziły się tu i z polskością maja większy kontakt, staramy się zachować ciągłość w poznawaniu i obcowaniu z kulturą angolską. Czytamy im afrykańskie bajki, pielęgnujemy zwyczaje z obu kultur. Dbamy bardzo świadomie o to, by dzieci miały również żywy kontakt z ludźmi i kulturą Afryki – mówi Dúnia. W podobnym duchu wypowiada się mama rocznych bliźniaków, Iza Jurek. Stara się, by jej dzieci miały, na ile to możliwe, kontakt z językiem ojczystym męża. W planach jest odwiedzenie rodziny w Nigerii. Moje dzieci będą, mam nadzieję, trzyjęzyczne. Angielskim posługujemy się w domu, w szkole i życiu publicznym będzie polski. Chciałabym też, by poznały Igbo, język grupy etnicznej, z której pochodzi ich tata, Ugo. Planujemy w przyszłości mieć nianię, która mogłaby przy okazji uczyć dzieci tego języka. Bliźniakom nadali imiona polskie i nigeryjskie: Adelajda Munachismo i Emanuel Chidubem.

Szkoła nietolerancji

Najwięcej ciemnoskórych dzieci zetknęło się z nietolerancją w szkole. Najgorzej było w podstawówce. Od zerówki zaczęły się sygnały, że to wcale nie jest takie ekstra, być innym. Wrzucanie wyplutych gum do włosów, docinki. Prośby od nauczycieli, by nie przychodzić do szkoły z rozpuszczonymi włosami, tak jakby to była moja wina, że prowokuję do wrzucania tych gum. Złośliwości, przezywanie. „Murzyn Bambo” stał się najgorszą obelgą. Jak ktoś chciał mi dopiec, mówił do mnie per „murzynko” – tak wspomina swoje wczesnoszkolne lata mulatka, Ania Waśko. Nie wspominam podstawówki najlepiej. W gimnazjum zrobiło się jeszcze gorzej. Wtedy zmieniłam szkołę – dodaje.

Lidia Nwolisa, która przeżyła napaść na swojego syna na tle rasowym na szkolnym korytarzu już w pierwszej klasie podstawówki, także nie owija w bawełnę: To nie jest marginalny problem, a polska szkoła, przynajmniej publiczna, nie jest przygotowana, by radzić sobie z dyskryminacją. Zazwyczaj nie ma odpowiednich procedur reagowania na przemoc. Porównuję to do pożaru. W przypadku rasizmu na szkolnych korytarzach trzeba działać natychmiast, mieć protokół, tak jak podczas alarmu przeciwpożarowego. Tylko to gwarantuje, że dziecko będzie bezpieczne, i nawet jeśli mu się coś stanie, uzyska natychmiastową pomoc. Gdy zaatakowano mojego syna, czekałam w niepewności cztery dni, nie wiedząc, czy mogę go posyłać na lekcje, czy będzie tam bezpieczny. Doszło nawet do tego, że siedziałam pod klasą, czekając na niego na korytarzu, bo nie miałam od szkoły żadnego sygnału, czy ze sprawcami były rozmowy. Nie wiedziałam, czy nie będą się nad nim dalej znęcali. Z perspektywy dziecka i rodzica to jest traumatyczne doświadczenie.

Czy rzeczywiście dzieci z rodzin wieloetnicznych są szczególnie narażone na nietolerancję w szkołach? Szkoły są różne – mówi Konrad Dulkowski, prezes Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Zdarzają się takie, które gdy tylko pojawi się jakiś incydent, zajdzie coś niepokojącego wśród uczniów, zgłaszają się do nas z prośbą o poprowadzenie warsztatów, proszą, by przyjść i pogadać z dziećmi. Ale równie często problemy są zamiatane pod dywan. Rodzice dyskryminowanych słyszą: przesadzacie, nic się nie dzieje, to tylko dzieci, one zawsze kogoś sobie upatrzą. Dlatego rola nauczyciela jest nie do przecenienia. Interwencje OMZRiK najczęściej dotyczą uczniów podstawówek, i jak zapewnia dyrektor ośrodka, w mediach upubliczniane jest zaledwie 1% wszystkich zgłoszeń, zazwyczaj na prośbę samych pokrzywdzonych. Nie mówimy głośno o wszystkim, ale w biurze mamy pełne segregatory – ze smutkiem przyznaje Dulkowski.

Skąd ta niechęć?

Przykład idzie z góry. Na mojej szkolnej drodze kilka razy zabrakło wrażliwości, także wśród nauczycieli – mówi Ania Waśko, której dzieciństwo przypadło na lata 90. Pamiętam przedstawienie „Królewna Śnieżka” w zerówce i komentarz od nauczycielki że ja nie mogę grać głównej roli, bo Królewna Śnieżka miała przecież jasną skórę. Myślę, że na lekcjach wychowawczych warto poruszać temat wielokulturowości. A gdy ktoś sygnalizuje, że ma problem, powinno to być obowiązkowe. Dziś, jeśli wierzyć opinii ekspertów, niesprawiedliwe zachowania pedagogów to rzadkość. Niemniej jednak nie zawsze szkolne kadry umieją reagować na kłopoty dzieci z rodzin wielokulturowych.

Wrażliwość międzykulturowa nie jest naturalna – pisał Milton Bennet, amerykański socjolog. Tę tezę znajdziemy między innymi w opracowaniu „Międzykulturowość w szkole”, stworzonym przez ekspertów z Ośrodka Rozwoju Edukacji. Autorzy wskazują, że gdy dziecko z obcego kręgu kulturowego trafia do szkoły z dominującym lokalnym etnocentryzmem, potrzeba wysiłku całej społeczności, szczególnie pedagogów, by asymilacja przebiegała pomyślnie. Agnieszka Kozakoszczak, koordynatorka programu edukacyjnego Fundacji na rzecz Różnorodności Społecznej jest tego samego zdania: Jako organizacja zwracamy uwagę na to, że aby szkoła dobrze funkcjonowała, potrzebna jest wspólna praca wszystkich dorosłych: kadry pedagogicznej, administracyjnej i rodziców. Potrzebne są rozwiązania systemowe, zasady, które są wypracowane w Radach Pedagogicznych, a także we współpracy z samymi uczniami i uczennicami oraz rodzicami. Zasady te powinny być wpisywane w dokumenty szkoły, np. w program profilaktyczno-wychowawczy – mówi.

Organizacji pozarządowych walczących z rasizmem jest w Polsce bardzo wiele, choćby wspomniana fundacja Lidii Nwolisy „Porta”. Zdaniem Lidii, która na co dzień zajmuje się prowadzeniem warsztatów z dialogu międzykulturowego i NVC w podstawówkach, wiedza i kompetencje nauczycieli są kluczowe. Ważna jest umiejętność mediacji, rozwiązywania konfliktów. Tak jak jest w fińskim modelu – trzeba wiedzieć, na czym polega rola świadka, jak świadek agresji powinien się zachować. W Skandynawii dzieci doskonale umieją rozpoznawać kryzysowe sytuacje. W Polsce nam do tego jeszcze daleko. Od rodziców i dzieci, z którymi stykamy się w Fundacji, wiem, że kolor skóry nie jest jedynym powodem dyskryminacji w placówkach. Jesteśmy jako kraj niechlubnym rekordzistą, zajmujemy drugie miejsce w Unii pod względem samobójstw osób do osiemnastego roku życia. Nie trzeba być kolorowym, by być dyskryminowanym. Różnica polega na tym, że okulary czy otyłość nie wzbudzają agresji na ulicy. Mogą być powodem odrzucenia w szkole czy antypatii, ale ciemny kolor skóry może prowokować agresję fizyczną.

Rasizm online

Konrad Dulkowski z OMZRiK zwraca uwagę, że rasizm ostatnimi czasy przeniósł się w sferę wirtualną. Dawniej dzieci wysyłały złośliwe liściki, teraz są to wiadomości czy komentarze w mediach społecznościowych. Jest mnóstwo zjawisk, za którymi rodzice i nauczyciele nie nadążają. Nie znają kanałów komunikacji młodzieży, ich bohaterów, zwyczajów. Opowiadałem niedawno na warsztatach o postaciach youtuberów, influencerów… Nauczyciele nie mieli pojęcia, o kim mówię. Podobnie było, gdy w ośrodku zaczęliśmy nagłaśniać sprawę tzw. patostreamerów i ich negatywnego wpływu na dzieci. Niedługo potem miałem kolejkę dziennikarzy pytających, czym patostreaming jest – mówi Konrad Dulkowski. Świat YouTube’a, Tik toka, Twitcha to aktualnie obszar zainteresowań młodzieży i wielu dzieci, i to tam czają się zagrożenia, często nieuchwytne i niewidoczne dla otoczenia. Myślę, że teraz kolorowe dzieciaki borykają z hejtem w Internecie. Nawet ja dostaję czasami wiadomości od etatowych trolli. Młodsze ode mnie osoby mogą być jeszcze bardziej zaskoczone i dotknięte, kiedy ktoś do nich coś takiego napisze online – mówi Ania Waśko.

Ale jest też druga strona przeniesienia całej dyskusji do Internetu. W dzisiejszych czasach jest łatwiej, kolorowe osoby wiedzą, że nie są osamotnione. Ja jako dziecko na co dzień długo nie widywałam nikogo podobnego do siebie – mówi Ania. Ostatnio, chyba na fali ruchu Black Lives Matter, zdarza się, że odzywają się do mnie przez media społecznościowe nieznajome osoby, młode mamy, które mają dzieci z mieszanych rasowo związków. Pytały, jak sobie radziłam z hejtem w podstawówce, czy mnie też to i to dotyczyło, jak reagowali nauczyciele, kto mi pomógł. Wcześniej nigdy mi się nic podobnego nie zdarzało – mówi.

Iza Jurek, która przedstawia się jako osoba od zawsze otwarta na kulturową różnorodność, zauważa, że „polski rasizm” wcale nie jest gorszy od innych. Widzimy w Polsce oznaki rasizmu, m.in. ze względu na to, że dawniej było mniej przyjezdnych, panowało też większe społeczne przyzwolenie na pewne zachowania. Mówi się, że w świecie zachodnim jest większa otwartość… z mojego doświadczenia wynika, że Europejczycy z Zachodu, Anglicy, Niemcy, Włosi jak również Amerykanie, mimo że nie powiedzą wprost o swoich uprzedzeniach (bo im nie wolno, bo jest to niepoprawne politycznie czy nawet niezgodne z prawem), to niekoniecznie będą w swym kręgu utrzymywali bliskie kontakty z przedstawicielami innych kultur. Można zadać więc pytanie: czym różni się rasizm jawny, od tego, który jest ukryty, „zakamuflowany”? – pyta retorycznie.

Nie rodzisz się rasistą

Czy dzieci w ogóle zauważają inny kolor skóry? Zdaniem Dúnii Pacheco, różnica w kolorze skóry jest nie do przeoczenia. Słowo „różnica” dziś kojarzy nam się negatywnie, chcemy od niego uciekać. A przecież różnice są dobre, każdy z nas jest indywidualnością, niezależnie od rasy czy płci – przypomina Dúnia, która sama o sobie mówi „czarna”. Po narodzinach moja córka leżała w inkubatorze. Zauważyliśmy, że częściej kieruje wzrok w moją stronę. Lekarz wytłumaczył, że ciemna twarz była dla niej na tamtym etapie rozwoju bardziej wyraźna. Nie zgadzam się więc z powszechnym stwierdzeniem, że dzieci nie widzą różnic w kolorze skóry. Jako mama oraz instruktorka tańca, która ma za sobą setki przeprowadzonych spotkań kulturalnych i warsztatów tanecznych z dziećmi i dorosłymi, wiem, że dzieci doskonale widzą każdą różnicę. Jeśli rodzice przekazują im cenne wartości, jak otwartość, szacunek do drugiego człowieka, odmienność nie stanowi dla nich problemu – mówi. Maluchy z natury są ciekawskie, zaczepiają mnie. Potrafię na podstawie sposobu, w jaki dziecko się do mnie odnosi, ocenić, co się dzieje w jego domu. Jeśli słyszę „Dlaczego ma Pani taki kolor skóry?” i widzę, że pytając, ma w sobie spokój, to wiem, że mnie akceptuje, i po prostu chce poznać. Niektóre dzieci zadają jednak pytania w sposób agresywny, widać w nich niezgodę. Staram się nawet wtedy być bardziej wyrozumiała. Zależnie od tego, jak rodzic stojąc obok, się zachowuje, i czy mam czas, kontynuuję rozmowę z dzieckiem lub odchodzę.

Wyrozumiałość wobec nierzadko agresywnych zachowań małoletnich, prezentują pracownicy Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Nie traktujemy dzieci jako sprawców. Jeśli dyskryminują swoich rówieśników, są tak samo ofiarami – podkreśla Konrad Dulkowski z OMZRiK. Jego organizacja nie kieruje zgłoszeń dotyczących dzieci do prokuratury. Raczej przekazujemy niepokojące incydenty do sądu rodzinnego z prośbą o zbadanie sytuacji w domu danego dziecka, bo to dziecko, które dyskryminuje kolegę, musi od kogoś się uczyć, brać skądś przykład. Ostatnio mieliśmy głośną sprawę dziewięciolatki, która atakowała koleżankę na tle rasowym w mediach społecznościowych. Ta dziewczynka ewidentnie naśladowała zachowania dorosłych znane z YouTube’a czy Tik Toka – dodaje.

Zło dobrem zwyciężać

Na zjeździe społeczności afrykańskiej w Polsce, co roku organizowanym przez fundację Afryka Inaczej, Masse Badji, student z Krakowa zabrał głos: Warto zainteresować się tym, co Polacy myślą o nas – nawet kiedy mają błędne informacje o Afrykanach. Nie ma co się obrażać. Liczy się komunikacja, trzeba rozmawiać i wyjaśniać. Nacisk na potrzebę dialogu i takie pozytywne podejście polegające na „nieobrażaniu się”, dawaniu Polakom szansy na stanie się tolerancyjnymi, dominuje wśród przyjezdnych czarnoskórych. Choć oczywiście strategie walki z rasizmem są różne w różnych rodzinach. Lidia Nwolisa twierdzi, że została nauczona odwagi przez męża (przydomek Arinze z młodości to „Kunta Kinte”, na cześć walecznego niewolnika, bohatera filmu „Korzenie”). Jednocześnie traumy z przeszłości wykształciły u niej odruch szybkiego rozpoznawania, z kim ma do czynienia. Są sytuacje, w których absolutnie należy reagować i zawstydzać ludzi, którzy wykazują się ignorancją, i publicznie piętnować nieadekwatne zachowania, w stosunku do nas, do dzieci. Ważne jest, by nie lekceważyć tematu. Trzeba być stale uważnym. Potrzebny jest nam jest instynkt i wiedza: kiedy powinniśmy zareagować rozmową, kiedy zwróceniem uwagi… a kiedy po prostu uciekać. Moje dzieci są doskonale nauczone, jak rozpoznać potencjalnego agresora.

Nieco inaczej o swoich doświadczeniach mówi Dúnia Pacheco. Wprawdzie początek pobytu w Polsce wspomina jako bardzo burzliwe pasmo pełne konfrontacji, ostatecznie zmieniła nastawienie do otoczenia. Przyjechała do Polski z rodziną jako nastolatka, rzucono ją na głęboką wodę: Chciałam nauczyć się polskiego, by móc się bronić i walczyć o swoje. Takie były wtedy czasy, ale też taką miałam mentalność. Jestem z natury impulsywna i odważna, dawniej zdarzało mi się ostro reagować, wdawać nawet w uliczne potyczki słowne. Z każdym rokiem dojrzewam. Zmieniłam się, zwłaszcza od kiedy jestem mamą. Dziś czuję wdzięczność za te doświadczenia, ponieważ wzmocniły moje poczucie własnej wartości i pewność siebie. Wierzę, że można zainspirować ludzi do zmian przekonań. Ale jedyną osobę, jaką mogę zmusić do zmian, to siebie samą – tłumaczy.

Niektórzy z nas, ciemnoskórych, często się nakręcają, że Polacy są nietolerancyjni – kontynuuje Dúnia. Zapominają o tych dobrych Polakach, o pozytywnych aspektach bycia w Polsce. Nie mam w swoim najbliższym otoczeniu osób nietolerancyjnych. I nie zamierzam ich mieć, bo mam na to wpływ. Jeśli codziennie bym tylko narzekała na to, jak „ci Polacy są źli” i nie doceniała tych, którzy darzą mnie szacunkiem, trudno byłoby mi tu się zadomowić. A dzieci mieszane etnicznie słysząc tego typu narzekania na co dzień, uczą się braku akceptacji, i co najgorsze, stawiają się w pozycji ofiary. W moim domu rozmawiamy o tolerancji, niepełnosprawności, orientacji seksualnej. Mój mąż jest biały, obracam się w środowisku wieloetnicznym. Moją rolą jako mamy jest między innymi dbanie, by moje dzieci miały poczucie własnej wartości i by widziały wyjątkowość w byciu innym.

Oczywiście wciąż zdarza się, że ktoś się do nas zwraca rasistowskimi obelgami. Wtedy szybko kalkuluję, czy warto w ogóle reagować. Zazwyczaj dochodzę do wniosku, że nie, i odchodzimy. Gdy po pewnym czasie córka pyta mnie: „mamo, dlaczego ta pani do ciebie tak mówiła?”, nie odpowiadam „bo była rasistką”. Mówię, że prawdopodobnie ta pani nie ma częstego kontaktu z osobami czarnoskórymi, może była zaskoczona, nie wie, jak się zachować. Chcę uczyć moje dzieci, że nie każda prowokacja jest warta uwagi. Nie muszę odpowiadać atakiem tylko dlatego, że ktoś mnie z głupoty nazywa „Bambo” –podsumowuje.

Strategia dorosłych polega więc głównie na wyczuciu przeciwnika. A jak radzą sobie dzieci? Pytamy o to Biankę Nwolisę, dziesięcioletnią córkę Lidii, która zyskała miano młodej aktywistki, gdy wybrała się z rodziną na protest pod ambasadę USA z plakatem „Stop calling me murzyn”. Bianka mówi: Dla mnie najważniejsze jest wsparcie rodziny. Bez niej dałabym sobie jakoś radę, ale byłoby mi dużo trudniej. I nudniej! Jednocześnie Bianka przyznaje, że sama jest takim wsparciem dla swojego młodszego brata: Zawsze go broniłam. Wszędzie. Jest ode mnie rok młodszy.

Tu jest nasz dom

Każdy z naszych bohaterów zetknął się z jakąś formą dyskryminacji. Ale mimo tego żyją w Polsce, mieszkają tu, zakładają rodziny. Co tak naprawdę sądzą o Polakach? Dúnia Pacheco, żona Polaka, która mieszka tu już 20 lat, mówi: Najtrudniejsze w asymilacji było dla mnie oczywiście przejście przez rasizm. Nie ogórki kiszone, których smaku nie rozumiałam, nie pogoda, do której nie byłam przyzwyczajona. Najbardziej bolało poczucie odrzucenia i bezsilność, gdy uprzedzone osoby miały nade mną władzę. Wyobraź sobie, że jesteś na uczelni, a wykładowca cię źle traktuje, bo jesteś czarna… Mimo wszystko uważam, że mam w życiu szczęście, jestem raczej lubiana. Wiadomo, że nie wszystko jest dobrze, ale zawsze jest druga strona medalu: doświadczenia pozytywne. Ciągle poznaję ludzi, którzy mają dobre serce, którzy pomagają mi bezinteresownie. Nawet ze złych doświadczeń wynikały niekiedy pozytywne konsekwencje. Uprzedzony wykładowca nie zaliczył mi egzaminu, przez co zostałam w Polsce dłużej niż planowałam, i… poznałam mojego męża. A dzięki burzliwym dyskusjom o rasizmie, nauczyłam się świetnie polskiego.

W rodzinie Nwolisów największą determinację, by w Polsce zostać i dalej działać, ma mąż Lidii, Arinze, z zawodu sportowiec. Nigdzie nie wyjeżdżamy, to jest moje miejsce, zostajemy! – mówi swojej żonie i dzieciom w kryzysowych momentach. Lidia tłumaczy: Mamy nawet takie powiedzenie w swoim słowniku domowym, że chcemy „odlecieć jak ptak”, ale myślimy wtedy nie o ucieczce, tylko o beztroskim pobycie na bezludnej wyspie. W domu czujemy się tak szczęśliwi, tak dobrze nam żyć w szóstkę, że żadna kwarantanna nie jest nam straszna. A wychodzenie na zewnątrz? Bywa różnie. Jesteśmy idealistami, wierzymy, że możemy coś dobrego zrobić. Kieruje nami optymizm, dostrzegamy więcej dobrego niż trudnego i złego. No i mamy bardzo silne poczucie misji. Jesteśmy impulsem i wierzymy, że ludzie podejmą inicjatywę. Wiele znaków wskazuje nam, że dobrze robimy. Nigdy nie czytałam „Vogue’a”, a moja córka trafiła na okładkę, i to historycznego numeru o nadziei. Poszliśmy na protest i z tysięcy ludzi akurat zdjęcie Bianki poszło w świat. My tych rzeczy nie planujemy, to się dzieje naturalnie i utwierdza nas w przekonaniu, że taka jest nasza misja rodzinna. Mąż ma nawet afrykańską modlitwę: „poślij mnie, a ja pójdę”. I dokładnie tak się dzieje: dostajemy wołanie i za nim podążamy.

Dodaj komentarz