wolontariat

Mercedesem do Gambii po uśmiech

Tak się pomaga

Mercedesem do Gambii po uśmiech
Dominika Knitter

Widzisz na Facebooku zbiórkę, zdjęcia biednych dzieci. Klikasz smutną buźkę, dajesz lajka, udostępniasz. Pomogłaś? Poczułaś się lepiej? W siostrzeństwo wpisane jest wsparcie, choć lepsze jest wyciągnięcie dłoni, tej namacalnej, a nie kciuka podniesionego w górę. Pomagać innym i przeżyć przy tym przygodę życia? Poznajcie Dodo, czyli Dominikę Knitter, która wyruszyła do Gambii starym mercedesem.

Zapalona autostopowiczka (w końcu trzeba było sobie jakoś radzić, gdy autobus za rzadko kursował między domem a liceum). 21. urodziny świętowała nad Bajkałem (sympatycznych rosyjskich tirowców wspomina do dziś), autostopem dotarła na Saharę, 7 miesięcy spędziła, podróżując na motorze po Azji. Potrafi spać wszędzie, a minimalizm w jej przypadku to życiowe motto, a nie modna przypinka na koszulkę. Razem z podróżnikiem Mikołajem Sondejem postanowiła ruszyć 33-letnim mesiem do Gambii, pokonując 19 tysięcy kilometrów (w tym 1400 km na dachu wagonu w Mauretanii), nie tylko by przeżyć kolejną przygodę, ale też by realnie pomóc.

Pomoc dzieciakom w krajach Trzeciego Świata to rzecz wcale nie tak oczywista i prosta. Nie o cukierka i darowaną monetę tu chodzi, a to najpopularniejsze działanie napotykanych tu turystów, jak wspomina Dominika. Uczy to żebrania, wymyślania historii pod przyjezdnych białych, zwanych tu toubabami. Dodo i Mikołaj dają wędkę zamiast ryby, inspirują i edukują. Plan był z kategorii wariackich: zbudować w gambijskiej szkole plac zabaw (nauczyć z niego korzystać, bo skąd niby dzieci mają wiedzieć, jak działa huśtawka?) i stworzyć dla nich objazdowe kino, z prawdziwym ekranem, rzutnikiem i bajkami. Co dostali w zamian? Radość dzieciaków w najczystszej postaci.

Co dziś u Dodo? – pytały mnie moje dzieci, które przyzwyczaiły się do śledzenia jej afrykańskiej podróży, a przy okazji rozmów o Afryce, innej perspektywie dzieciństwa, dla nich tak dalekiej i egzotycznej. Te dzieci ciągle się śmieją! – zauważa moja córka. I chyba ten uśmiech to największa pamiątka, jaką Dodo z Afryki wywiozła. Ja łapię ją, gdy już z powrotem w rodzinnym mieście, cieszy się spaniem w łóżku, jedzeniem i prysznicem. Złota trójca. Jej kadry i słowa zabierają nas w podróż do Afryki, w której razem z Mikołajem i przy wsparciu mieszkańców pokazali dzieciakom, czym jest chwila beztroski i zabawy podczas przerwy w lekcjach. Oddajemy głos Dominice.

*

 CO TU ZNALAZŁAM

To fakt, Gambia nie jest turystycznie najkorzystniejszym kierunkiem. Długie godziny lotu, nienajtańsza baza noclegowa, krótka linia wybrzeża. Gambia to najmniejszy kraj kontynentalnej Afryki, więc jak można się domyślać – liczbą atrakcji nie grzeszy. Najwyższy szczyt w tym kraju nie ma nawet nazwy – nie muszę chyba mówić, że nie znajdziemy tam pięknych punktów widokowych, wodospadów i gęstej dżungli. Gambia ma rajskie wybrzeże, białe i piaszczyste plaże, ale to nie jest to, czego tutaj szukałam. I jedyny turystyczny obszar wcale mnie w sobie nie rozkochał, bo prawdziwa przygoda zaczęła się w głębi kraju, na prowincji. I tutaj znalazłam to, czego od podróży oczekuję. Na usta ciśnie się słowo „autentyczność”, ale w obliczu globalizacji i faktu, że nawet obok glinianej chaty można kupić puszkę coli może być nieco nietrafione. Ale na pewno odnalazłam tutaj niesamowitą uprzejmość, gościnność i wdzięczność. Odkryłam też radość z tego, że właśnie niczego nie ma – że zamiast prysznica mam tutaj wiaderko z zimną wodą, że prąd jest luksusem, że Internet działa tylko w określonych porach. Te wszystkie „braki” wcale nie są uciążliwe, ale stały się dowodem na to, że niewiele do życia nam faktycznie potrzeba, a wygodę można odnaleźć nawet, żyjąc w buszu, z jednym maleńkim panelem słonecznym.

*

CO MNIE TU PRZYWIODŁO

Niestety tutaj odpowiedź będzie bardzo prosta, przyziemna, może nawet rozczarowująca. Przywiodła mnie tutaj chęć podróży i sprzedaży auta z zyskiem. Dowiedziałam się, że mercedesy, które w Polsce można kupić za niewielkie pieniądze, da się sprzedać w Gambii z dużą przebitką. Wtedy zaczęłam się interesować tym państwem. Napisałam do organizacji MISJA GAMBIA z pytaniem, czy mogę im jakoś pomóc. I przepadłam. Przepadłam na dobre. Zaczęły się plany dotyczące stworzenia kina objazdowego dla dzieciaków, zbudowania dla nich placu zabaw, dostarczenia pomocy naukowych. Z dnia na dzień Gambia była mi bliższa i sama podróż zmieniła się w dążenie do tego celu. Pokochałam ten kraj i tych ludzi, a ich problemy częściowo stały się również moimi.

*

DZIECIAKI JAKBY NASZE

Zbudowaliśmy dla nich huśtawki. Dla mnie największym zaskoczeniem było to, że nawet dyrektor nie do końca wiedział, jak z nich korzystać. Dzieciaki przyglądały się z daleka – to był pierwszy dzień naszej pracy nad placem zabaw i jeszcze nam nie ufały. Zaczęły się zbliżać, bawić się, a tydzień później już się kłóciły o huśtawki. Od momentu ich powstania przychodzą do szkoły przed zajęciami i wychodzą długo po ich zakończeniu.

Na Instagramie spotykałam się z pytaniami: czemu oni nie mogli tego sami zrobić? Czy są głupi, przecież to taka prosta konstrukcja? Nie, nie są głupi. Dla nas jest to proste, bo ktoś nam to pokazał – znamy to z dzieciństwa. I o to właśnie chodzi – o pokazywanie drogi, dawanie wędki, a nie ryby. To nie było zwykłe budowanie huśtawki, ale nauka dla nauczycieli i dzieci, jak używać wiertarki, czym są wkręty, jak łączyć łańcuchy – nauka fizyki! To znacznie lepsze niż postawienie gotowej konstrukcji prosto z salonu.

Mimo różnicy pochodzenia i życia te dzieci są takie jak „nasze”. Potrzebują rozrywki, której im brak, bo od wczesnych lat pracują na utrzymanie rodziny. Dzienna wypłata Gambijczyka to równowartość dwóch butelek pitnej wody! Od tych dzieci można się uczyć wdzięczności. Ich radość z tak prostych i łatwych rzeczy, które dla nich zrobiliśmy, była przeogromna! Tych uśmiechów nie zapomnę nigdy.

*

POMAGAJ Z GŁOWĄ

To temat rzeka. Ostatnio ktoś mnie spytał, jaki jeden problem Gambii bym rozwiązała, gdybym miała taką moc. Najpierw pomyślałam o wodzie – wysychają studnie, ogrody są mniejsze, plon mniej pokaźny i dieta uboższa. Potem pomyślałam, że może lepiej byłoby wykurzyć stąd Chińczyków, którzy położyli swoje łapy na głównym źródle białka – na rybach. Ale serce mi pękło, gdy przypomniałam sobie o dzieciach, które za dwa funty oddawane są w ręce pedofilii, o handlu dziećmi, o propagandzie w mediach, o prezydencie, który uwalnia z więzienia najgorszych zbrodniarzy, o problemach czysto finansowych. Nie sposób zdecydować. W Gambii potrzebna jest jakakolwiek pomoc. Zarówno jeżeli chodzi o dostarczanie sprzętów, paneli słonecznych, ale też finansowa – by na miejscu kupić cement i załatać dziury w szkolnych podłogach. Misja Gambia wciąż organizuje zbiórki i w planach jest jeszcze więcej i więcej pomocy! Oczywiście ważna jest też pomoc wolontariuszy – organizowanie warsztatów, nauka w szkołach i właśnie przekazywanie lokalnym mieszkańcom tego, co dla nas jest tak oczywiste.

*

Siostrzeństwo to wsparcie, solidarność, pomoc. I każdy może pomóc, wymówki na bok. Spójrzcie na działania takich osób jak Dominika, poszukajcie akcji, które realnie pomagają, jak na przykład zbiórka Stowarzyszenia Misja Gambia. I do dzieła. Dla takich uśmiechniętych buziek warto, bez dwóch zdań.