Element Żeński

Rozmowa z Moniką Kucel i Pauliną Puchalską

Element Żeński

To nie będzie rozmowa o kosmetykach, tylko o dziewczynach, które kosmetyków używają. I to niekoniecznie tak, jak napisano na opakowaniu. Monice i Paulinie, które wspólnymi siłami stworzyły Element Żeński, kolorowe pomadki służą za klucze albo wytrychy do dziewczyńskich, cudownie skomplikowanych światów swoich rozmówczyń. Dziewcząt rozmaitych, ale zawsze niezmiernie fascynujących. Takich, z którymi można konie kraść, zdobywać ośmiotysięczniki i przetańczyć całą noc. Wszystko można.

Każda z dziewczyn skupionych wokół Elementu Żeńskiego to materiał na murowany girl crush: zarówno bohaterki długich i wnikliwych rozmów, jak i jego stworzycielki, Monika – mama Józka i Paulina, tropicielka makijażowych trendów. Spotkałyśmy się w mieszkaniu wynajmowanym przez Paulinkę w przedwojennej kamienicy o wysokich stropach i secesyjnych wykrojach okien. Z półkami pełnymi albumów fotograficznych i poradników urodowych z odzysku. Dziewczyny pozwoliły nam zajrzeć do swoich kosmetyczek, postukać we flakony z perfumami a tym samym wpuściły nas do swojego wielobarwnego świata. Chodźcie tam z nami.

***

Sprawiacie wrażenie, jakbyście znały się od lat.

Paulina: Na długo przed naszym pierwszym spotkaniem kojarzyłam Monię z bloga jej chłopaka – fotografa Kuby Dąbrowskiego, i jej działalności pod szyldem Vintage Hunters, choć załapałam się głównie na końcówkę (czyli Facebookowy profil). A natknęłyśmy się na siebie po raz pierwszy na śniadaniu „Zwykłego Życia” w MSN-ie. To było jakieś 3 lata temu. Zamieniłyśmy tylko kilka słów – ja byłam zawstydzona, a Monia zajęta maleńkim wtedy Józkiem i organizacją wydarzenia. Po jakimś czasie zostałam klientką Córki Rybaka (przyp red. limitowana linia ręcznie wykonywanych czapek wg pomysłu Moni). Wpadłam więc do mieszkania Moniki po moje zamówienie i prędko stamtąd nie wyszłam. Miałam wtedy mocno poturbowane serce, co sprawiło, że przegadałyśmy kilka dobrych godzin. Jak najlepsze kumpele. A miałam tylko odebrać czapkę!

 

dsc_0623

 

Czyli rozmowa na dziewczyńskie tematy zaprowadziła Was do wspólnego, dziewczyńskiego projektu. W którym momencie zdecydowałyście, że razem działacie?

Monika: Na sam pomysł wpadłam kilka lat temu, kiedy jeszcze mieszkałam w Mediolanie. Długo jednak nie mogłam wymyśleć nazwy, a jest ona dla mnie kwestią kluczową.

Warto było na nią poczekać. Skąd się wzięła?

M: Półtora roku temu wybrałam się na wystawę „Papież awangardy. Tadeusz Peiper w Hiszpanii, Polsce, Europie” w Muzeum Narodowym. Mój wzrok zwrócił rysunek kawiarenki wypełnionej kobietami, z odręcznym dopiskiem: „Element żeński”. Wtedy już wiedziałam, że to jest to. Mamy nazwę!

 

_mg_4425

 

Czy coś jeszcze, poza nazwą, sprawiało, że pomysł musiał poczekać na realizację?

M: W tym samym momencie, co pomysł na Element, pojawił się mój syn Józek i Córka Rybaka. Potrzebowałam czasu na rozpęd i złapanie oddechu. Chciałam się zabrać za Element Żeński w pełni sił, poświęcić mu jak najwięcej czasu, którego wtedy nie miałam. Poczułam też, że przyda mi się ktoś do teamu. Ktoś, kto będzie mnie mobilizował, kto tak, jak ja lubi komsmetyki i ma lekkie pióro. W pierwszej kolejności pomyślałam o Paulinie. Na szczęście nie trzeba jej było długo namawiać (śmiech).

P: Od razu powiedziałam tak. Zgodziłam się głównie dlatego, że bardzo podobała mi się idea robienia czegoś od dziewczyn dla dziewczyn, sama długo kombinowałam w głowie, jak wbić się w dziewczyński nurt. Poza tym, kto by nie chciał pracować z Monią? (śmiech) Do tego kosmetyki! Od początku naszej znajomości wciąż o nich gadałyśmy. Tak więc wszystko potoczyło się naturalnie.

 

_mg_4416

 

I tak oto zbudowałyście stronę nie tyle o kosmetykach, co o ich cudownych właścicielkach. Czyli o dziewczynach. Ciekawi mnie to, jakich produktów używają, co się u nich sprawdziło, ale najbardziej przyciąga mnie fakt, że przez tę rozmowę o kosmetykach, pozornie lekką i koleżeńską, trochę się o nich dowiaduję.

M: Mamy dokładnie taką samą ciekawość tych dziewczyn, jak ty. Interesuje nas, jakie mają podejście do siebie, do swojego ciała i do pielęgnacji, ale w szerszym kontekście.

Ten kontekst był dla Was ważny od początku?

M: Zalążek pomysłu wziął się z Into the Gloss. Tyle, że jest to strona bardzo glossy, mocno amerykańska w stylu, z dużym naciskiem na kosmetyki, których nie można kupić w Polsce. Zaglądałam tam z ciekawością, ale półki z kosmetykami tych słynnych dziewcząt nie interesowały mnie tak bardzo, jak one same. To o nich chciałam się czegoś dowiedzieć. Poza tym większość kosmetyków, o których wspominały, nie była dostępna w Polsce. Ciężko mi też identyfikować się z tamtymi rozmówczyniami. Są z odległego świata, mieszkają w pięknych designerskich mieszkaniach – już przez ten fakt zyskiwały aurę wyjątkowości.

P: Co też może być wartością samą w sobie, czymś egzotycznym. My jednak chciałyśmy pokazać dziewczyny takie, jakimi same jesteśmy. Nie tylko te znane, do których mamy ułatwiony dostęp dzięki Wysokim Obcasom, ale studentki, dziewczyny w zwykłych, wynajmowanych mieszkaniach, a nie przestrzennych loftach. Żeby na ich półkach w łazience stały też kosmetyki z Rossmana, nie tylko bestsellery z Sephory. Mało kogo u nas stać na kosmetyczkę wypełnioną po brzegi Aesopem. Jeśli stać to super, do takiej równie chętnie zaglądamy, ale podkreślam – nie tylko do niej. Chodzi nam o demokratyczny wymiar całej sprawy.

M: Bardzo chcemy wyjść poza sferę naszych koleżanek i ich koleżanek, dotrzeć do młodych dziewczyn i dojrzałych kobiet ze środowisk inne niż nasze, ale nie jest to łatwe, głównie z przyczyn organizacyjnych. Ja mam małe dziecko, Paulina broni licencjatu. Ale robimy, co możemy.

 

_mg_4461

 

Przejdźmy do waszej porannej rutyny. Co robicie z rana, żeby się porządnie obudzić?

M: Wiesz, ja często zawalam noce, bo gdy Józek idzie spać, ja jeszcze siadam do pracy. Z samego rana nie mam już siły, żeby dużo przy sobie robić. Więc pierwsza rzecz, która stawia mnie na nogi, to muzyka. Kuba serwuje mi mieszankę rapu i rytmów afrykańskich, a ja bardzo lubię ten element zaskoczenia. Tak naprawdę nigdy nie wiem, co zaraz usłyszę.

 

 

Zanim wypiję kawę, muszę napić się ciepłej wody z cytryną. Potem już koniecznie  kawa z french pressu. Najbardziej lubię taką trochę lurowatą, herbacianą. Dodaję do niej kapkę mleka dla koloru i złamania kwasowości. A gdy już oddeleguję Józka do przedszkola, zabieram się do gimnastyki. Gdy idę do pracy, to ćwiczę intensywnie przez kwadrans. Gdy zostaję pracować w domu, to pozwalam sobie na godzinny trening. To mnie niebywale pobudza, pomaga pozbyć się napięć i złości. Tak przywykłam do tego rytmu, że gdy tylko zdarza się coś, co mnie z niego wybija, od razu czuję się gorzej psychicznie.

Skąd to masz, że potrafisz się tak zdyscyplinować?

M: Właściwie ćwiczyłam odkąd pamiętam, na pewno od początku podstawówki. Marzyłam, żeby zostać gimnastyczką artystyczną – trenowałam samodzielnie w domu rozciąganie do szpagatu. Potem wkręciłam się w taniec towarzyski i aerobik na Eurosporcie o 13.30. Najmniej ruszałam się w liceum, ale już od początku studiów chodziłam na taniec i jogę, którą praktykuję do dzisiaj. Świetnie robiło mi to i robi na głowę. Grunt to nie wypaść z rytmu. Dlatego tak tego przestrzegam. Żeby nie skończyło się jak z olejowaniem zębów.

Olejem kokosowym?

M: Tak, robiłam to bite 4 m-ce, efekt był wart poświęcenia, ale to trzeba robić przynajmniej na 15 min przed poranną kawą. A czasem ta kawa jest potrzebna od razu (śmiech), więc wypadłam z rytmu.

To co zamiast olejowania? Daję głowę, że masz swoje poranne rytuały, których się trzymasz przy skrajnym nawet zmęczeniu.

M: Regularnie szczotkuję ciało na sucho, szczególnie nogi, które bardzo się męczą podczas pracy w Galilu. To mi zajmuje pół minuty, potem biorę szybki prysznic, myję włosy i nakładam olejek na wilgotne ciało. Jeśli chodzi o twarz, przeszłam na minimalizm. Od ciągłego testowania popsuła mi się cera, dlatego teraz używam mydła rumiankowego Palmolive, na dzień tłustego kremu Weleda Skin Food albo Nivea i kremu pod oczy. Na noc kremu z witaminą C Obagi C Therapy Night Cream. Po miesiącu takiego detoksu dostrzegam dużą zmianę na plus.

 

dsc_0697

 

Po jakie kosmetyki kolorowe sięgasz najchętniej?

M: Nie rozstaję się z korektorem i rozświetlaczem RMS, bardzo lubię też puder mineralny Clinique dla cery naczynkowej. Brwi przeczesuję Boy Brow Glossier, a na końcu maluję usta. Kolor na ustach lubię mieć nawet wtedy, gdy idę biegać.

Jakie kolory pomadek masz zawsze przy sobie?

M: Nigdy cieliste, nigdy błyszczyki. Wybieram pomadki w kolorze podobnym do moich ust, a więc bordo, czerwień, terakota. Moje ulubione to Mac Viva Glam 1 i Viva Glam 3. Właśnie testuję Lipstick Queen kolor Eden i szminki Alverde Dark Plum i Simply Brown, które kupiłam w niemieckim DM-ie.

 

dsc_0731

 

Jak długo przed wyjściem z domu zajmują Ci te wszystkie czynności?

M: Potrafię się zebrać w 15 minut, ale prawda jest taka, że lubię to robić powoli. I żeby włosy wyschły mi naturalnie.

Paulina, od czego Ty zaczynasz dzień?

P: Start mam niegodny pochwały, bo jeszcze w półśnie zaglądam do telefonu i komputera. Instagram check, potem szybki research pod kątem Elementu – planuję posty na dwa, trzy dni w przód, żeby nie musieć myśleć o tym na bieżąco. Odciąża mi to głowę. Jak już wygramolę się z łóżka (o co trudno, bo śpię na antresoli, a ta jest ciepła i przytulna…), biegnę do łazienki, myję ręce i zakładam szkła kontaktowe. Mam dużą wadę wzroku, więc budzę się dopiero wtedy, kiedy widzę dokładnie świat dookoła. Od niedawna stosuję też kilka chlustów zimną wodą na twarz i piję ciepłą wodę z cytryną, a następnie włączam muzykę. Czasem smęty, częściej coś energicznego. Ostatnio na zmianę Chairlift, Princess Nokia, Tshetsha Boys i Kate Bush. Poranny taniec traktuję jako formę rozgrzewki i stałą część mojej rutyny.

Wspominałaś o porannym instagram checku, opowiedz więcej o tym, jak się podzieliłyście obowiązkami w Elemencie.

P: Z pracą jest tak, że nie mamy dokładnie wyznaczonych ról. Ja ogarniam media społecznościowe, bo to lubię i chyba całkiem nieźle się po nich poruszam. Jeśli chodzi o materiały na naszą stronę, czyli zdjęcia i tekst – to zależy od tego, czy robimy wywiad razem czy osobno. Staramy się na razie nie angażować osób trzecich. Nie jesteśmy w stanie zapewnić im wynagrodzenia, poza tym chyba nie chcemy odbierać sobie przyjemności, jaką jest poznawanie naszych bohaterek i pytlowanie o kosmetykach (śmiech). Wracając do podziału: jeśli spotykamy się z dziewczynami w pojedynkę, każda z nas odpowiada za zdjęcia i tekst z osobna. Oczywiście redakcją się dzielimy, precyzując – spisywanie i pierwsza redakcja należy do tej z nas, która wywiad przeprowadziła, ale na dalszych etapach sobie pomagamy. To ogromna zaleta pracy w duecie, bo ile można siedzieć samemu nad jednym tekstem?! Nie wyłapuje się już pewnych błędów, powtórzeń. A świeże spojrzenie zawsze wnosi coś nowego do rozmowy.

Jeśli z kolei idziemy razem, to raczej ja robię zdjęcia, a Monia rozmawia. Ale też nie jest tak, że wyłączam się zupełnie z gadki i jestem gdzieś obok, pstrykając na sucho. Staram się udzielać i wyłapywać najfajniejsze momenty rozmowy, bo to się przekłada na najfajniejsze zdjęcia. Nie narzucamy sobie sztywno określonych ról – ja nie stoję z boku jako fotograf, Monia nie występuje jako dziennikarz, który ma do wypełnienia formularz. Te spotkania mają tak luźny i fajny charakter, bardzo przy tym prywatny, że dyktafon i aparat są jedynie dodatkiem.

Wróćmy do porannej pielęgnacji. Stanęłyśmy na chlustach zimną wodą…

Po zimnej wodzie muszę umyć twarz żelem. Wciąż nie pozbyłam się problemów skórnych, moja cera  jest wyjątkowo kapryśna, z tendencją do przetłuszczania się. Żeby czuć się komfortowo, a komfort osiągam wraz z oczyszczoną, nawet lekko napiętą skórą, muszę pozbyć się filmu, który powstaje w nocy. Także porządne szorowanie twarzy to mój stały punkt programu, ale produkty, których w tym celu używam, już niekoniecznie. Mam kilka ulubionych, jak na przykład koreańska pianka z wyciągiem z mangostanu z It’s Skin, którą wraz z kilkoma kroplami olejku z drzewa herbacianego nakładam na szczoteczkę z Bodyshopu. Jeśli nie ten zestaw, to pomada Ojca Grzegorza Sroki, którą przez przypadek kupiłam w małym sklepiku zielarskim, a która okazała się hitem. Jest wydajna, tania i przepięknie pachnie – szarym mydłem i mieszanką ziół: tatarakiem, pokrzywą, rumiankiem.
Na koniec serum z witaminą B6 (It’s Skin) naprzemiennie z lżejszą, bo żelową wersją kultowego kremu Dramatically Different Moisturizing Cream. I nie wcieram, a wklepuję, co ponoć pobudza krążenie. Na pewno cuci (śmiech). Prysznic biorę zazwyczaj wieczorem. Nie czuję potrzeby mycia się dwa razy dziennie (wyjątek stanowią ekstremalne temperatury letnie), więc poranek to głównie wspomniana pielęgnacja twarzy, kilka ruchów szczotką do włosów i już.

 

_mg_4531

 

Malujesz się na co dzień?

To zależy. Na pewno nie odczuwam już wewnętrznej presji, która towarzyszyła mi przez lata. Jako nastolatka mocno się szpachlowałam, traktowałam makijaż jako formę kamuflażu. Mix kompleksów, chęci eksperymentowania, wyrażania siebie i trądziku zrobił swoje. W efekcie źle się czułam spoglądając w lustro bez zrobionych oczu, brwi, bez przykrytej podkładem cery. Teraz się z tego śmieję, ale w gruncie rzeczy traktowałam wszystkie okołowizerunkowe kwestie śmiertelnie poważnie, kontrolowałam swój wygląd na każdym kroku. Cieszę się, że mam to już za sobą.
Ale odpowiadając na twoje pytanie – kiedy zostaję w domu, to nie. Wychodząc zwykle nakładam krem BB z Mizona wymieszany z kilkoma kroplami kremu BB Ziaja, choć ostatnio i z tego zrezygnowałam. Zastąpiłam je korektorem, który nakładam punktowo. I trochę pod oczy. Nigdy nie zapominam ulubionych perfumach – aktualnie Molecules 01, wetiwerowych Sel de Vetiver The Different Company lub Philosykos od Diptyque, i rozświetlaczu. To moje power beauty items. Z tym drugim wyznaję zasadę „im więcej, tym lepiej” (śmiech). Mam swoich ulubieńców: w sztyfcie z Kiko, który polecam wszystkim koleżankom, oraz niedostępny w Polsce kremowy marki Madina. Moni podbieram wymieniony przez nią RMS Beauty.

 

_mg_4445

 

Ty też masz słabość do szminek?

P: Zdecydowanie, bardzo lubię sobie pomalować usta. Moja ukochana szminka, która w mig poprawia mi dzień i boję się, że już jej nigdy nie dostanę, to znaleziona w TK Maxx Stila w odcieniu Elyssa, z wbudowanym lusterkiem i pachnąca tiktakami.

M: Pokaż! Ona pachnie jak miętowe czekoladki do herbaty!

P: Jest idealna. Uwielbiam zaglądać do TK Maxxa, bo często trafiam na takie cuda, nigdy nie wychodzę stamtąd z pustymi rękoma. A to maseczki w płachcie, a to lakier OPI za 19,99.
Oprócz Stili najczęściej używam jagodowej szminki z Bodyshopu, Bobbi Brown w ocieniu Raisin oraz pomadki ochronnej z Elizabeth Arden 8 hour. Jest transparentna i super nawilża.

 

dsc_0767 dsc_0756 dsc_0810

 

Wychodzi na to, że obie jestecie minimalistkami w kwestii makijażu…

P: No tak, na sobie niewiele noszę, ale makijaż jako forma artystyczna bardzo mnie fascynuje. Potrafię spędzić wiele godzin na przekopywaniu instagramów czy pinterestów. Moją ulubioną MUA (make-up artist)– bo makijażystka to za mało powiedziane – jest Isamaya Ffrench. Odważna i niepowtarzalna, z powodzeniem redefiniuje make up. Zorganizowała nawet kolację z jadalnymi kosmetykami. Bardzo lubię też malować koleżanki i z koleżankami – jakiś czas temu asystowałam podczas sesji Ali Gabillaud.

Chciałabyś kiedyś pracować jako makijażystka?

P: Nie umiem tego teraz przewidzieć, ale makijaż z pewnością będzie mi towarzyszył jako hobby. Lubię niszczyć kosmetyki, robić z nich mini rzeźby, rozlewać lakiery do paznokci i posypywać te maziaje pigmentami. Zdarza mi się ucho wysmarować malarską porporiną, dłonie pokryć farbami akrylowymi, obserwować moment, w którym zastygają, badać, jak reagują na inne ciecze. Szminkę nakładam na powieki, policzki albo brwi. Nie uznaję używania kosmetyków jedynie w zgodzie z ich pierwotnym przeznaczeniem.

 

dsc_0664

 

Bardzo lubię to pytanie, które zadajecie swoim rozmówczyniom. Pora na Was, dziewczyny: na kogo zwracacie uwagę na ulicy?

P: Staram się być uważna. Nie oglądam się wyłącznie za dziewczynami, ale za wszystkimi przechodniami. Podglądam, czasem robię zdjęcia z ukrycia, publikuję interesujące mnie detale na swoim Instagramie. Zazwyczaj są to dłonie, rzadziej, ale też fantazyjnie spięte włosy, fragmenty ubrań. Za starszymi paniami też się oglądam, podobnie jak bohaterki naszych rozmów. To jest chyba projekcja tego, że można wyglądać świetnie, będąc dojrzałą kobietą. Ale nie tylko za nimi – za starszymi ludźmi w ogóle, także za biedniejszymi, zaniedbanymi. Staram się nie zapominać o tym, że nie wszyscy mają równe szanse być elegancką panią czy panem do końca swoich dni.

Skąd w 22-letniej dziewczynie taka refleksja? Dzieli nas dekada a ja nie czuję zadnej różnicy wieku, gdy z Tobą rozmawiam.

M: Mogę ja odpowiedzieć? (śmiech) Większość z nas 30-latek miała problem z jakimś bezpośrednio dostępnym, obecnym w naszym otoczeniu wzorem kobiety. Miałyśmy za przykład tylko nasze mamy, z którymi trudno było się utożsamiać, bo świat bardzo szybko się zmieniał, a one za nim raczej nie nadążały. Wydaje mi się, że nasze młodsze koleżanki, oprócz swoich mam, mają przed sobą całą generację świadomych kobiet. Nas i naszych trochę starszych koleżanek, które przecierały nieśmiało ślad do bardziej luźnego podejścia do własnej osoby i do ram, które narzuca społeczeństwo. Teraz żadna młoda dziewczyna nie wstydzi się czerwonej szminki. Nasze pokolenie musiało o to trochę powalczyć. Jeśli dodasz do tego dostęp do najróżniejszych kosmetyków i informacji, jak je stosować, to nic dziwnego, że efektem jest odważna, pewna siebie dziewczyna.

 

_mg_4520_mg_4526

 

P: Urodziłam się w latach 90-tych. Jesteśmy pogodnym pokoleniem, nie doświadczyliśmy szczególnie dotkliwych braków ani żadnych przełomowych historycznych zdarzeń. Mamy jednak kłopot z utrzymaniem dystansu wobec poglądów innych osób, żyjących w innych miastach, innych warunkach i nieco innej rzeczywistości. Dlatego staram się nikogo z góry nie oceniać, bo przecież nie wiem, co stoi za jego przekonaniami. To nie zmienia faktu, że wszyscy ludzie bardzo mnie interesują. Ale tak stricte wizualnie na pewno zwracam się ku dziewczynom zupełnie różnym ode mnie. I tym, od których bije pewność siebie. Podobają mi się kobiety przywiązane do swojego wizerunku, dumne z tego, jak wyglądają, świadome. Nawet jeśli są to np. zmalowane dresiary z tipsami po kolana – jeśli one się dobrze czują we własnej skórze, a to czuć, to ja to kupuję. Wręcz podziwiam

Monika, a jakie osoby zwracają twoją uwagę?

M: Przyglądam się różnym osobom i każda wywołuje we mnie inną emocję. Lubię patrzeć na dziewczyny, które fajnie zestawiają ze sobą ubrania. Ale też obserwuję z ciekawością te z kompletnie innym gustem niż mój. Zawsze staram się zobaczyć w człowieku coś ładnego, lubię też mini zgrzyty, nieoczywistości i niedoskonałości. Dlatego dużą przyjemnością sprawiają mi nasze rozmowy w Elemencie – cudownie jest wejść w dziewczyński świat, zderzyć ze swoim. Na starszych ludzi patrzę z czułością. Wyłapuję z tłumu tych, którzy mimo wieku nie stracili chęci i śmiałości, by dbać o swój wizerunek.

Sądzisz, że z wiekiem tej śmiałości jest w nas wiecej?

M: Mogę to tylko odnieść do swojej osoby. Zbliżam się do 40-stki, znam siebie dobrze, wiem, co mi służy, a co nie. Zdecydowanie mniej eksperymentuję ze swoim wyglądem i nie wymagam od siebie bycia kimś innym, niż jestem. Więcej we mnie spokoju.

P: Pewność siebie być może przychodzi z wiekiem, ale wtedy też przeradza się w pewną samoświadomość, także ciała i jego możliwości. Ja jeszcze tego nie doświadczyłam, u mnie zmienia się wszystko jak w kalejdoskopie.

 

Wiadomo, masz na to mnóstwo czasu. Grunt, żeby z ta naturalną zmiennością było ci dobrze.

P: Tak, w pełni to akceptuję.

M: Ta samoakceptacja jest kluczowa. Dobrze jest „ogarniać” siebie jako całość. Chciałabym, żeby zmieniło się myślenie – według mnie niesprawiedliwe – że dbanie o sobie oznacza, że jest się pustą osobą. Historycznie makijaż albo zabiegi urodowe mogą kojarzyć się z czymś opresyjnym, z przymusem albo męką. W porównaniu z tym, co było kiedyś, kobiety w naszej części świata mogą robić, co chcą. Jeśli chcą się zmalować, bo to kochają – niech to robią. Nie muszą być za wszelką cenę naturalną, skoro to nie jest w ich stylu. Im lepiej czujesz się ze sobą i mniej rzeczy robisz wbrew sobie, tym lepiej wyglądasz i lepiej się czujesz.

Co wyniosłyście dla siebie z rozmów, które dotąd przeprowadziłyście?

M: Nasze rozmowy pomogły mi złapać większy dystans do mojego wyglądu. Nasza rozmówczyni Olga Sikorska słusznie zauważyła, że obsesja tkwi w nas, a świat zewnętrzny przykłada do nas dużo mniejszą wagę niż nam się wydaje. Szkoda czasu na pielęgnowanie w sobie kompleksów. Myślę, że nasze czytelniczki mają podobne wrażenia. Dostajemy od nich często wiadomości, w których piszą, że wywiady pomogły uporać się im z kompleksami. Przełożyły „fajność” naszych rozmówczyń na siebie.

P: Mnie te wywiady, i w ogóle cały Element, przywróciły wiarę w siostrzeństwo. Owszem, spotykamy się w celu wyciągnięcia od dziewczyn urodowych tricków, ale ostatecznie każda jedna rozmowa pokazuje, że można spędzać czas razem, odsunąć na bok fochy i zawiść, i skupić się maksymalnie na tym, co możemy dla siebie zrobić. I że ta wymiana jest bardzo wartościowa i potrzebna. Podbudowało mnie to psychicznie.

Monika, zdradź nam na koniec, jak sobie radzisz, kiedy jesteś kompletnie wyczerpana codziennymi obowiązkami?

Najlepszym sposobem jest zaśnięcie równo z Józkiem i zafundowanie sobie w ten sposób 10 godzin snu. To jedno. Druga rzecz to czas tylko z Kubą. Bardzo lubię, kiedy jesteśmy we trójkę: ja, Józek i Kuba, ale odczuwam wielki deficyt czasu tylko z moim chłopakiem. Takie chwile rozłąki z dzieckiem też są potrzebne, bo łatwiej jest sobie uświadomić, jakie to jest ważne, że mamy siebie. Wtedy widzę najwyraźniej, że zmęczenie codziennością w porównaniu do tego, co ten chłopiec nam daje, nie jest niczym strasznym. Ale to zaczynamy pojmować właśnie w chwilach rozdzielenia. Po trzecie: najpełniej odpoczywam właśnie wtedy, kiedy Kuba zabiera gdzieś Józia na kilka dni a ja zostaję sama w domu.

Monika sama w domu! Co wtedy robisz? Rozrabiasz?

Sycę się świętym spokojem i zajmuję wyłącznie sobą. To mnie bardzo relaksuje i daje siłę, którą mogę później przekazać mojej rodzinie.

***

Rozmawiała: Dominika Janik

Zdjęcia: Dominika Kurska, Paulinka Puchalska