finanse

Ekspert radzi: „Cała edukacja finansowa polega na dawaniu dzieciom przestrzeni do eksperymentowania”

Rozmowa z edukatorem finansowym Damianem Kupczykiem z Czepczyński Family Foundation

Ekspert radzi: „Cała edukacja finansowa polega na dawaniu dzieciom przestrzeni do eksperymentowania”
Lidia Dzwolak i materiały fundacji

Kieszonkowe to za mało – przekonuje ekspert Damian Kupczyk, edukator finansowy i ojciec. Skąd biorą się złe nawyki związane z finansami, dlaczego tak wielu nastolatków i studentów wydaje pieniądze na rozrywkę, jakie najczęściej błędy popełniają rodzice dający dzieciom pieniądze – wszystko to znajdziecie w rozmowie.

Najczęściej o zarządzaniu pieniędzmi myślimy wtedy, gdy nam ich brakuje. Warto zainteresować się tematem zawczasu, co więcej – warto włączyć w te zainteresowania dzieci, by oszczędzić im trudności związanych z funkcjonowaniem społecznym w dorosłym życiu. Do nauki efektywnego zarabiania i oszczędnego gospodarowania nie wystarczy samo kieszonkowe. Podobnie reprymendy udzielane dziecku, gdy wyda pieniądze nie tak, jak byśmy sobie tego życzyli, nie uchronią przed kolejnymi lekkomyślnymi zakupami. Edukować trzeba wcześniej! Naukowcy udowodnili, że już półroczne niemowlęta potrafią rozróżniać zbiory, a nawet… odejmować (Liane Kaufmann, Karin Landerl „Dyskalkulia” – przyp. red.). Podstawy ekonomii i przedsiębiorczości to temat zdecydowanie dla przedszkolaków – przekonuje nasz ekspert. – O ile w pierwszych latach życia można mówić o edukacji finansowej, po dziesiątym roku życia mamy już tylko możliwość walki ze złymi nawykami i… resocjalizację – powiedział na konferencji o edukacji finansowej GPW Damian Kupczyk, współtwórca „ABC Ekonomii” dla dzieci, edukator pomagający w przeszłości dorosłym w uporaniu się z kompulsywnym wydawaniem i uzależnieniem od zasiłków. Co poradził rodzicom? Co myśli o kredytach, kieszonkowym i handlu używanymi zabawkami? Czy możemy ułatwić naszym dzieciom bolesną naukę samodzielnego utrzymania się, którą większość z nas zaliczyła u progu dorosłości? Przeczytajcie.

Edukacja finansowa – co to takiego?

To pojęcie kojarzy się przeważnie z jakimś przedmiotem akademickim. Rodzice, gdy przychodzę prowadzić warsztaty w przedszkolach i szkołach, niekiedy myślą, że będę mówił o stopach procentowych, inflacji, skomplikowanych procesach i instrumentach finansowych. Tymczasem edukacja finansowa jest nauką o tym, jak posługiwać się pieniędzmi, by nie było to dla nas trudne – i jeśli tak ją zdefiniujemy, jest to zdecydowanie temat dla dzieci. To nauka o tym, jak robić zakupy, jak zwracać uwagę na ceny, jak oszczędzać. To także nauka o świadomości wpływu reklamy na nasze wybory konsumenckie i tematy związane z budżetem domowym – wiedza o tym, jak zarabia się pieniądze, że każda złotówka oznacza poświęcony na zarabianie czas. Tak jak wiedza matematyczna czy polonistyczna – edukacja finansowa jest podstawową umiejętnością, którą musimy nabyć, by poradzić sobie bez cudzej pomocy w dorosłym życiu.

Skoro jest to podstawowa wiedza – to czemu nie słyszymy o edukacji finansowej w przedszkolu czy w szkole podstawowej?

Podstawa programowa zawiera pewne elementy edukacji finansowej, choć zazwyczaj realizowane są one w formie edukacji matematycznej. Jeśli rodzice spojrzą do podręczników swoich dzieci, w zasadzie jedyne informacje o pieniądzach, jakie znajdą, będą nauką liczenia. Mamy na przykład zadania: miś kosztuje trzy złote, ile potrzebujesz jednozłotowych monet, by kupić misia? W takim przypadku nie mówimy jednak o edukacji finansowej, tylko o edukacji matematycznej – dzieci uczą się wyłącznie, jak liczyć pieniądze. Brakuje informacji dotyczących tego, skąd pieniądze się biorą, że są powiązane z pracą, że praca zarobkowa jest powiązana z nieobecnością rodziców w domu itd. Dzieci nie mają tej wiedzy, stąd przedszkolaki często dokonują implikacji, że pieniądze biorą się z bankomatu. Z drugiej strony dołożenie dzieciom nowego przedmiotu, do już mocno przeładowanej podstawy programowej, nie jest dobrym pomysłem.

Czy edukacja finansowa nie jest rodzajem psychoedukacji? Może jest nauką o potrzebach? Albo nauką kontrolowania zachcianek?

Oczywiście, że tak. To jest nic innego, jak kształtowanie pewnych postaw. W kontekście marketingu bardzo często używa się sformułowania „zachowania konsumenckie” czy „postawy konsumenckie” – firmy dobrze wiedzą, w jaki sposób zachowują się ich klienci, jak potrafią być impulsywni. Ułożenie towarów na półkach sklepowych jest nieprzypadkowe, także powiązane z naszą psychologią. Najdroższe towary są na wysokości wzroku, a najtańsze najniżej i najwyżej, czyli w tych miejscach, w których niechętnie szukamy. Przeciętny konsument wybiera zakupy szybko – wymusza to na nas tempo życia. Nie mając podstawowej wiedzy finansowej i kompetencji zakupowych, będziemy działać instynktownie, czyli według zasady: wchodzę do sklepu, szybko kupuję to, co mam pod ręką, nie sprawdzam cen towarów, nie porównuję ich ze sobą. Brak tej wiedzy, to nie tylko wyższe rachunki w sklepie. Te nawyki przekładają się potem na brak kompetencji związanych z pożyczkami i kredytami. Ludzie nie potrafią poradzić sobie z pewnymi trudnościami finansowymi i reagują tak, jak zostali nauczeni w dzieciństwie: nie masz pieniędzy, to pożyczaj, a jak brakuje ci na spłatę pożyczki, zaciągnij kolejną. W ten sposób łatwo wpaść w spiralę zadłużenia.

Wielokrotnie pomagałem dorosłym, którzy mimo pełnoletniości nadal nie rozumieli, że pieniądze nie biorą się z bankomatu, tylko z pracy.

Czyli wiedza nie wystarcza i potrzeba nam nawyków związanych z finansami? Każdy niby wie, że jak wyda pieniądze, to na koncie będzie zero, a jednak wiele osób popada w zakupoholizm i zadłuża się bez opamiętania.

Bo brakuje kształtowania postaw. Samo posiadanie wiedzy o mechanizmach finansowych to za mało. By ukształtować prawidłowe nawyki, dziecko musi jeszcze poprzez działanie pod kierunkiem dorosłego nauczyć się wykorzystywania tej wiedzy w praktyce. Tego nam brakuje najczęściej – bo szkoła kształci mocno teoretycznie w zakresie finansów.

Powiedział Pan o mechanizmach reklamy. Warto uczyć już małe dzieci, że ubranka i zabawki z bohaterami kreskówek są droższe i że to tylko chwyt sprzedażowy? Co jeszcze warto wypracować z małymi dziećmi w zakresie edukacji finansowej?

Taką umiejętnością jest na pewno oszczędzanie – mamy do tego wszelkie narzędzia, bo większość dzieci dostaje pieniądze od dorosłych. Kolejną rzeczą, której powinniśmy uczyć w ramach podstaw przedsiębiorczości czy edukacji finansowej, jest wartość pracy: że za wykonywanie obowiązków za innych albo za wykonywanie dodatkowych obowiązków możemy otrzymać wynagrodzenie. Dzieci wtedy się uczą, że pieniądze nie biorą się znikąd, nabywają szacunku do pracy, poznają wartość pieniędzy. Kolejną kompetencją, którą warto w dzieciach wypracować, jest włączanie się w działania charytatywne. Za chwilę będziemy mieli kolejną odsłonę WOŚP-u, to świetna okazja, by pokazać, że z każdej złotówki możemy choćby drobną sumę odłożyć do jakiegoś słoiczka czy skarbonki, która będzie przeznaczana na cele charytatywne. Uczymy w ten sposób też empatii i dzielenia się.

Bardzo ważnym elementem w edukacji finansowej jest też systematyczność i konsekwencja.

Jak rozumie Pan konsekwencję rodziców w tym przypadku?

Z jednej strony przestrzeganie ustalonych z dzieckiem zasad, z drugiej – pozwalanie na popełnianie błędów i konsekwentne „nienaprawianie” ich za dziecko. Pozwalajmy dzieciom na podejmowanie trudnych i czasami błędnych dla nich decyzji, ponieważ jeżeli chcemy budować jakieś postawy, to uda się to jedynie na gruncie samodzielnego zdobywania doświadczenia. Pozwólmy pieniądze wydać na głupoty. Jeżeli będziemy ciągle wykonywać różne rzeczy za dzieci, uniemożliwiać im np. nierozsądne wydawanie pieniędzy i dokładać im za każdym razem do kieszonkowego, gdy będą o to prosić, nie wypracujemy pożądanych nawyków. To tak jak ze sprzątaniem. Dzieci uczone sprzątania zabawek od samego początku, niewyręczane przez rodziców, stają się nastolatkami, którym nie trzeba przypominać o porządkach. Dla nich jest to nawyk, dbają o ład w pokoju w sposób automatyczny. Rodzice oczywiście mogą pomagać dzieciom w sprzątaniu na etapie nauki, tak jak i mogą doradzać w zakupach, ale chodzi o to, by dzieci nie wyręczać. Tak samo jest z edukacją finansową – jeżeli nauczymy czegoś dzieci, w pewnym momencie przerodzi się to w nawyk.

Czy warto uczyć starsze dzieci robienia zakupów poprzez porównywanie cen? Pytam, bo moja córka wczoraj wróciła z księgarni przekonana, że upolowała książkę w okazyjnej cenie. Okazało się, że online byłoby jeszcze taniej…

Generalnie warto uczyć dzieci krytycznego myślenia, czyli nieprzyjmowania rzeczywistości taką, jak chcą nam ją sprzedać. Jesteśmy zewsząd bombardowani różnymi ofertami, z każdej strony wyskakują reklamy, które mają za zadanie przechytrzyć nasz umysł i wmówić nam, że coś jest dla nas lepsze i niezwykle potrzebne. Elementem edukacji finansowej jest, by uczyć od samego początku dziecko, czym jest marketingowa manipulacja. Nauka krytycznego myślenia jest niezbędna do funkcjonowania w dzisiejszym świecie, bo nawet my – dorośli – reagujemy często impulsywnie i emocjonalnie na reklamy. Historia o córce dobrze pokazuje, jak dziecko zdobyło nowe doświadczenie i nabyło umiejętność dzięki temu, że popełniło błąd. Jeżeli kilka razy córka przeżyłaby zaskoczenie, że książka kupiona w promocji okazuje się tańsza w Internecie, to może po tym doświadczeniu, zanim coś kupi, wyciągnie telefon i sprawdzi, czy w Internecie ta sama rzecz jest w niższej cenie?

Proszę powiedzieć, jakie jest Pana zdanie na temat kieszonkowego.

Kieszonkowe powinno być traktowane jako pewne narzędzie do edukacji finansowej i może być bardzo skuteczne, jeśli zostanie użyte właściwie. Zanim damy dziecku pieniądze, warto zastanowić się, jaki mamy cel. Moim zdaniem kieszonkowe powinno być dawane za coś. W przeciwnym razie nauczymy dzieci, że pieniądze można zdobyć bez żadnej pracy. 

Jakie prace dla dzieci Pan proponuje, by edukacja finansowa w domu miała sens? Niektórzy eksperci, np. psycholożka prof. Jagoda Cieszyńska-Rożek, uważają, że niedobrze jest płacić dzieciom za domowe obowiązki, bo zabija to poczucie wspólnotowości i więź w rodzinie.

Absolutnie się zgadzam, że nie powinno się płacić dzieciom za wykonywanie obowiązków. Kieszonkowe powinno być narzędziem wynagrodzenia, ale za rzeczy dodatkowe. Pozostaje więc ustalić, co jest dziecka obowiązkiem domowym, a co wykonuje dodatkowo, np. wyręczając rodziców czy kogoś, komu byśmy zapłacili za daną rzecz w warunkach wolnorynkowych. Jednym słowem dawajmy pieniądze za to, czego dzieci nie muszą robić, ale mogą. Załóżmy, że wynoszeniem śmieci lub odkurzaniem samochodu zajmują się w domu rodzice. Nie jest to obowiązek dziecka, ale dziecko może to robić, jeśli zechce. Proponujemy mu w takiej sytuacji wynagrodzenie. I od razu mamy odpowiedź na to, ile płacić – tyle, ile zapłacilibyśmy, zlecając to komuś z zewnątrz.

Co jeszcze warto wiedzieć o kieszonkowym?

Warto pamiętać, że w dzisiejszych czasach 20 zł nie starczy nawet na pizzę z kolegami. Dobrze więc tak planować dawanie dziecku kieszonkowego, by realnie mogło zaspokajać niektóre swoje potrzeby. Z drugiej jednak strony zawsze należy dostosowywać wysokość kieszonkowego do budżetu domowego. Kieszonkowe dla dziecka jest dodatkowym wydatkiem, jak by nie patrzeć. 

A Pan dostawał kieszonkowe?

Nie, nigdy nie dostawałem. Moi rodzice tłumaczyli to tym, że mam wszystko, czego potrzebuję. Rzeczywiście, gdy potrzebowałem pieniędzy na pizzę z kolegami i o nie poprosiłem – dostawałem. Mama kupowała mi też codziennie deserki, na które miałem ochotę. Mogłem też co jakiś czas kupić sobie zabawki, które chciałem. Raczej niczego mi nie brakowało. Niestety w ten sposób w mojej edukacji finansowej została pominięta faza zarządzania własnym budżetem – uczyłem się tego dopiero, gdy zacząłem się sam utrzymywać. I o ile nie brakowało mi nigdy w dzieciństwie wsparcia ze strony rodziców, to jako dorosły człowiek przez długi czas nie radziłem sobie z wydawaniem. Kiedy zarobiłem pierwsze pieniądze – nie były one wielkie, ale dla mnie wydawały się ogromną sumą w stosunku do tego, że nigdy wcześniej nie miałem większych sum do własnej dyspozycji – szybko wydawałem wszystko na różne głupoty. Niby byłem dorosły, ale dopiero wtedy przechodziłem fazę wydawania „jak dziecko” – czyli nierozsądnie i dla przyjemności, nie bacząc na konsekwencje. Gdybym miał okazję doświadczyć całego procesu wcześniej, być może na tym etapie bym się najpierw zastanowił przed wydatkowaniem zarobionych środków w tak nonszalancki sposób.

Wreszcie rozumiem, skąd moje problemy z czasów studenckich…

Ale czy Pani jednak nie „wyrosła” z tych problemów po zaliczeniu kilku trudnych sytuacji? To tylko potwierdza moją teorię. Kto jest pozbawiony możliwości wydawania dla przyjemności w dzieciństwie i nie poczuje na własnej skórze, jak jest wydać wszystko i nie mieć nic, ten będzie kompensował sobie braki i przechodził boleśnie to samo doświadczenie w dorosłości. Niezapłacone zobowiązania kosztem kapitałochłonnej rozrywki to częsty problem wśród studentów. Słyszy się, że imprezują, a potem żyją na tanich zupkach chińskich i słoikach, które przywieźli z domu.

Cała edukacja finansowa polega na dawaniu dzieciom przestrzeni do eksperymentowania – dopóki jeszcze mamy nad nimi kontrolę. Z tego powodu najlepiej zacząć edukację finansową w przedszkolu. Nastolatka trudniej kontrolować, trudniej coś mu podpowiedzieć.

Omówiliśmy dzieci, młodzież i studentów. Co z dorosłymi? Skoro wszyscy wiemy, co będzie, gdy pieniądze się skończą, dlaczego tak wiele osób popada w zadłużenie i nie umie utrzymać finansowej stabilności nawet w dojrzałym wieku?

Pracowałem jako edukator osób dotkniętych wykluczeniem i borykających się z takimi problemami i z mojego doświadczenia wynika, że są to dwa przypadki. Pierwsza grupa to osoby mające deficyty intelektualne. Często prezentują dziecięce, niedojrzałe, magiczne czy życzeniowe myślenie na temat pieniędzy – liczą, że mimo wydawania z powrotem się pojawią na koncie. Znałem osoby, które dostawały zasiłek i wydawały go na kolejny, nowszy telefon komórkowy, którego nie potrzebowały, a na koniec miesiąca nie miały za co kupić żywności. 

U dorosłych w normie intelektualnej może to być skutek tzw. zaklętej kultury ubóstwa, czyli np. powielania zachowań rodziców – dziecko powtarza schematy znane z domu, szczególnie jeśli nie doświadcza działania postaw korygujących. Badania pokazują, że w większości rodzin posiadających zadłużenie, dzieci w dorosłości także borykają się z problemem długów. Myślę, że często też problemy z finansami to kwestia kultury i definiowania statusu społecznego przez to, co posiadamy oraz jak wyglądamy. 

Mało się zarabia, żyje się jak hrabia?

To pułapka, w którą wpada wiele osób – stąd są brane kredyty na luksusowe torebki, telewizor często ważniejszy niż np. książki, a najważniejszy jest… samochód. (śmiech) Jest takie powiedzenie, że ostatecznie zegarek za 20 zł pokazuje tę samą godzinę, co zegarek za 20 tysięcy złotych. Status społeczny i poczucie przynależności klasowej pojawiają się już na etapie szkolnym. Niestety instytucje oświatowe mają także działanie patologizujące. Najtrudniejsze jest chyba wytłumaczenie dzieciom, że ważniejsze jest dla nas to, co sami myślimy o sobie, niż to, co myśli o nas społeczność.

Wróćmy do tematu kieszonkowego. Skoro to takie świetne narzędzie edukacyjne, to skąd bierze się nagminny problem wydawania pieniędzy na zachcianki i słodycze? Większość rodziców, z którymi rozmawiam, jest niezadowolona z efektu, jaki dało wypłacanie dzieciom tygodniówki.

Często popełnianym błędem rodziców jest założenie, że dawanie kieszonkowego uczy przedsiębiorczości i oszczędzania. To jakby powiedzieć, że samo danie noża nauczy dziecko gotowania. Kluczowe jest pokazanie, jak dane narzędzie można wykorzystać. Rodzice, dając kieszonkowe, powinni rozmawiać, zabierać dzieci na zakupy, pomagać w wyborach finansowych. Powinni też mieć kontrolę nad tym, co dzieci robią z pieniędzmi, ale ta kontrola powinna być informacyjna, nie nadzorcza. Przypuśćmy, że dziecko sobie zarobiło pieniądze i chce je wydać po swojemu, a my mu nie pozwalamy – to jest błąd, bo dopiero wydając według własnego uznania, ma szansę nauczyć się gospodarzyć. Potrzeby dorosłych i dzieci są różne. Dzieci chcą w pierwszej kolejności zaspokajać zachcianki, które będą sprawiać im radość. Szczególnie widać to u nastolatków.

Z czego to wynika?

Funkcje mózgowe dotyczące racjonalnego myślenia w wieku dojrzewania są przytłumione – to jest tzw. drugie wielkie wymieranie neuronów. Cała część przedkorowa mózgu jest „upośledzona” w tym czasie, natomiast do głosu dochodzi tzw. układ limbiczny, który odpowiada za emocje. Jednym słowem – u nastolatków racjonalne myślenie jest spowolnione, a emocje dostają wzmocnienie. Dodatkowo w tym czasie bardzo mocno wzmocniony zostaje układ nagrody w mózgu… To dlatego nastolatki dużo łatwiej popadają w uzależnienia, z tego samego powodu wydają pieniądze na przyjemności – a gdy to robią, ich układ limbiczny daje im sygnał „dobrze zrobiłeś, bo się dobrze czujesz”.

Czasami wkurzeni rodzice mówią takim nastolatkom, że od tej pory przyjemności będą finansować sobie sami.

To też nie jest dobre, jeśli wcześniej te dzieci dostawały pieniądze za nic. Nagłe zakręcenie kurka po tym, jak finansowaliśmy zachcianki dziecka, nie przyniesie dobrego efektu. Nastolatek nie będzie wiedział co robić – bo do tej pory wydawał bez zastanowienia się. Nie będzie też czuł wsparcia ze strony rodzica. Dlatego znowu – im wcześniej zaczniemy kierunkować dzieci, przedstawiać im konsekwencje decyzji, nawet na gruncie trudnych emocji, na przykład, gdy dziecko wyda swoje oszczędności na jakąś głupotę i potem tego żałuje – tym lepiej.

Jak reagować, gdy dziecko zdefrauduje swoje pieniądze i przychodzi do nas smutne, prosząc o zwrot czy dodatkowe środki, bo żałuje tego, na co wydało?

Pokazać konsekwencje. Przypomnieć o tym, o czym ostrzegaliśmy, że kupiona zabawka może szybko się znudzić lub zepsuć. I oczywiście nie zwracać tych źle wydanych pieniędzy. Wtedy dziecko dostanie tożsamy sygnał z własnego doświadczenia i z deklaracji rodziców. To takie przeciwieństwo moralizowania bez pokrycia. Proszę pamiętać, że u małych dzieci mama i tata są wzorami, a im dziecko starsze, tym bardziej uważa, że „to ono wie lepiej”. Zachowanie konsekwentnej postawy i dotrzymanie słowa – „wydasz, to nie dostaniesz od nas zwrotu” – jest kluczowe. 

Czy reakcja „wydałeś źle, to teraz cierp” nie jest trochę okrutna?

Oczywiście trzeba zachować jakąś dozę empatii i nie przesadzać ze sztywnością, byśmy nie byli postrzegani jako rodzice autorytarni. Nie chodzi tu o to, by dziecko karać, bo kara zniechęca do wszelkiej nauki i podejmowania inicjatywy. Chodzi o to, by konsekwentnie pokazać ciąg przyczynowo-skutkowy: wydałeś, więc nie masz. 

Rozumiem, że tutaj kluczowa jest konsekwentna postawa wszystkich członków rodziny, także dziadków. W końcu to oni często dają dzieciom pieniądze, gdy rodzice odmawiają.

Oczywiście i jeśli babcia robi „krecią robotę”, dając dziecku pieniądze, które „straciło”, wydając oszczędności nierozsądnie, można rozważyć odliczenie tej sumy od następnej wypłaty kieszonkowego. Warto też przypomnieć dziecku w takiej sytuacji, że w przyszłości nikt mu nie pomoże, nie pojawi się z boku ktoś, kto dorzuci trochę pieniędzy albo spłaci za niego dług. Najgorsze są pieniądze, które dziecko otrzymuje znikąd – one uczą dzieci, że niezależnie od tego, czy się napracuję, czy nie napracuję, coś dostanę.

Jak traktować juniorskie konta w banku naszych dzieci? Czy wolno nam patrzeć i oceniać, na co dzieci wydają środki?

Najlepiej traktować konta informacyjnie i np. raz w tygodniu spotykać się na wspólne omówienie wydatków. Jeśli będziemy dziecko krytykować i kontrolować, jedynie nauczymy je kombinowania, szybko straci ono do nas zaufanie. Jeżeli pójdzie Pani do nowej pracy i popełni błąd, a manager wykaże się zrozumieniem i powie do Pani: „Jest Pani nowa, ma Pani prawo do błędów, proszę starać się poprawić” – to Panią to zmotywuje. Ale jeśli ten sam szef Panią skrytykuje i obetnie po 100 zł od wypłaty za każdy błąd, to poczuje się Pani zdemotywowana, zestresowana i w konsekwencji będzie Pani chciała ukryć swoje błędy, zamiast je z szefem omawiać. Tak samo jest z dziećmi – okazując zrozumienie i akceptację, wskóramy więcej, niż krytykując i karząc.

Czy mówić dzieciom o naszych własnych zarobkach i pieniądzach?

Konkretnie kwotowo nie ma potrzeby mówić, ale ogólnie o budżecie domowym jak najbardziej. Można operować proporcjami, mówić, na czym polega praca, o tym, jaką część wpłacamy na oszczędności itd. Zachęcam, by traktować dzieci w miarę możliwości partnersko w kwestiach finansów, tam, gdzie to możliwe, konsultując z nimi wydatki na rzeczy, które ich dotyczą. Można wspólnie omawiać, jakie mamy sumy do wydania, ustalać, co trzeba za to kupić, na co starczy. Można obgadać wspólne wakacje albo drobiazgi, takie jak zakup czapki. Włączone w te decyzje dziecko chętniej podzieli się z nami własnymi decyzjami dotyczącymi wydatków, gdy będzie je miało. 

Znam chłopca, który wziął u mamy kredyt na hulajnogę. Pobrał kieszonkowe za kilka tygodni z góry, a potem to odpracowywał. Co Pan o tym myśli?

Moim zdaniem genialne rozwiązanie, bo jest obrazem tego, co mamy w dorosłej rzeczywistości. Tworzenie dzieciom mikroświata, takiej namiastki tego, co je czeka w przyszłości a zakupy na raty są wpisane w naszą dorosłą rzeczywistość jest idealnym ćwiczeniem. Kiedyś ten chłopiec będzie już wiedział, czym jest pożyczka i z czym wiąże się jej spłata. 

Co myśli Pan o dziecięcej przedsiębiorczości? Są dzieci, które handlują klockami LEGO na sztuki albo kupują paczkę cukierków i sprzedają je kolegom po jednym dużo drożej.

Patrzymy na takie sytuacje z perspektywy dorosłego, który ocenia je jako nieetyczne. Od razu przychodzi myśl: czy nie powinniśmy tego zabronić? Obiektywnie rzecz biorąc, w takich przypadkach między dziećmi dochodzi do wymiany usługowo-handlowej czy też do handlu pośredniczego. My dorośli robimy przecież to samo! Też niekiedy sprzedajemy prezenty, napoczęte kosmetyki i też manipulujemy cenami – na przykład w aplikacjach do sprzedawania online. Oczywiście naturalna jest obawa o reakcję innych rodziców – czy zaraz ktoś nie każe nam składać wyjaśnień, zwracać pieniędzy, które przyjęło nasze dziecko? Moim zdaniem przedszkola i szkoły powinny zapewniać przestrzeń, by pod kontrolą dorosłych i w etycznych ramach dzieci mogły sprzedawać swoje stare zabawki czy wykazywać się przedsiębiorczością. Tzw. wyprzedaże garażowe popularne w USA od lat, a coraz częściej i u nas, to idealny wstęp do dorosłej przedsiębiorczości. Powiedziałem na początku rozmowy, że to w szkole i przedszkolu brakuje konkretnej edukacji finansowej. Dodam jednak, że najlepszymi edukatorami finansowymi dla dzieci są rodzice.

Dziękuję za rozmowę.

*

Damian Kupczyk – Prezes Zarządu Czepczyński Family Foundation od ponad 5 lat realizującej ogólnopolski projekt edukacji finansowej ABC-Ekonomii. Absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Terapeuta dziecięcy, specjalista z zakresu psychologii rozwojowej dziecka, psychotraumatolog, pedagog resocjalizacji i terapii w edukacji. Edukator finansowy prowadzący od ponad 7 lat szkolenia i warsztaty związane z nauką ekonomii i finansów. Współautor materiałów do edukacji ekonomicznej dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Wykładowca akademicki Collegium Humanum na kierunkach pedagogiki oraz zarządzania. Od wielu lat współpracuje z firmami i instytucjami, będąc konsultantem m.in. programów wolontariatu pracowniczego w tematyce realizacji zajęć i warsztatów z zakresu edukacji finansowej i ekonomicznej dla dzieci przedszkolnych i wczesnoszkolnych. Specjalista z zakresu metodyki prowadzenia zajęć w ujęciu terapeutyczno-wyzwalającym.

Dodaj komentarz