miłość

Czasem trzeba się rozstać, by się odnaleźć

Historia o miłości Kasi i Kuby

Czasem trzeba się rozstać, by się odnaleźć
Kasia /archiwum prywatne

Gdy po kilkunastu latach otworzył jej drzwi, usłyszała: wróciłaś. I nie było to zapytanie, o czym wiedzieli obydwoje. Love story Kasi i Kuby, lepsze niż serial.

Dziś Kasia i Kuba są świeżo upieczonym małżeństwem w nowej, patchworkowej rodzinie – wraz z córkami. Na tę historię wpadłam kiedyś przez przypadek podczas sesji w ich mieszkaniu. Od razu wpisałam do szuflady „na kiedyś”, czekałam aż opowieść sama dojrzeje i znajdzie swój finał. Szczęśliwy i wcale nie obawiam się spoilerów. W opowieści o miłości tej dwójki odnajduję emocje z serialu „Normal People”, zwyczajni ludzie, choć historia godna scenariusza filmu. Posłuchajcie.

Kasia, miałaś 18 lat, gdy niewiele starszy Kuba zaczepił cię na przystanku. Obydwoje czuliście, że to właśnie TO. Szczęśliwie zakochani i co dalej?

Tak, byliśmy bardzo zakochani i było nam razem bardzo dobrze. Zdałam na architekturę, on spełniał się na scenie jako perkusista w zespole. W tym zapatrzeniu w siebie i bezpiecznej stabilizacji postanowiliśmy się po pewnym czasie… rozstać. Czuliśmy, że jesteśmy „my”, a chcieliśmy być też jako „ja” i „on”. Czuliśmy oboje, a wtedy to chyba Kuba bardziej, że to wszystko staje się za wcześnie. I nastał koniec. Dla mnie koniec wszystkiego. 

Myślisz dziś, że mogliście podjąć inną decyzję, niż rozstanie?

Zadałam to pytanie dziś Kubie przy śniadaniu i dla niego odpowiedź jest prosta: gdyby nie tamta decyzja, nie byłoby nas tu dziś. Wszystko, co działo się w naszych życiach, musiało się tak zadziać. Ja jestem bardziej emocjonalna, wielu rzeczy nie umiem sobie jeszcze poukładać, myślę „co by było, gdyby”. Kuba nie zadaje sobie takich pytań.

Byliście ultraczujni, wyczuwając „zbyt szybką i wygodną” stabilizację. Pierwszy związek, który się wypala po 10 latach – tego się baliście? 

Kuba wtedy czuł, że tak musimy postąpić. Wiesz, nam było bardzo dobrze, był moim pierwszym facetem i serio, po tej decyzji zawalił mi się świat. Niby czułam, że tak trzeba, ale też miałam w sobie wielki żal, rozczarowanie, bo to przecież była właśnie TA miłość. Dziś mi się przypomina taka historia: studiowałam na architekturze, poznałam nowych znajomych. Pewnej nocy, po imprezie sobotniej, stali pod moimi oknami i wydzierali się z całych sił: Kaśkaaaaa. Na co obudzony ich krzykami Kuba powiedział: Oni mi ciebie kiedyś zabiorą. Oni, czyli ten mój nowy świat, architektura. Kuba miał poczucie, że jeszcze nie zdążyłam tego świata poznać, nacieszyć się nim i to mi się należy.

On sam był już wtedy w muzycznych kręgach, już grał w swoim pierwszym zespole.

Tak, a ja wiesz, taka wpatrzona w niego. Kuba chciał, żebym czerpała też ze swojego świata. Pamiętam, jak powiedział, że bardzo mnie kocha, ale lepiej jak się rozstaniemy. On naprawdę dbał o mnie, ale czuł, że coś mi umyka, chciał, żebym się rozwijała.

Trochę takie rozstańmy się dla „twojego dobra”?

No i zaraz się rozpłaczę (przerwa na chusteczki). Tak, tak będzie lepiej dla ciebie, dla nas i może kiedyś mi za to podziękujesz – powiedział, bo sam wiedział już, czego chce w życiu, wiedział, że chce grać. Chciał, żebym doszła do tego samego momentu, poczuła twardo, co chcę robić. A ja byłam wciąż „poszukująca” mojej ścieżki. W sumie trochę też czułam, że to rozstanie to słuszna decyzja.

Wasze życie toczyło się osobno. Jego na deskach scen koncertowych, twoje nad rysunkami, projektami – i to w Londynie, do którego wyjechałaś na kilkanaście lat. Ale te życia osobne jakoś wam się nie udawały.

Nie szukałam go w innych mężczyznach. Skończyłam studia, wyjechałam. Dostałam propozycję pracy w firmie architektonicznej, poznałam mojego męża, też architekta z Londynu. Miałam 29 lat. Czułam początek stabilizacji, moje koleżanki wychodziły za mąż, zakładały rodziny. On był kompletnym przeciwieństwem Kuby, ale ja się z tym pogodziłam, że nikogo takiego już nie znajdę, wiedziałam, że Kuba jest tylko jeden. Złapał mnie ten okres w życiu, gdy potrzebujesz osiąść. Kubie urodziło się dziecko, ja wiedziałam, że to i tak koniec.

Widywaliście się jeszcze?

Kuba kilka razy miał koncert w Londynie, jeszcze gdy nie miałam męża. Po koncercie podchodził do mnie, patrzył mi w oczy, żeby zobaczyć, czy wszystko w moim życiu gra, upewnić się, że jestem bezpieczna. Kuba jest wyczulony na znaczenie snów. Bywało, że pisał mi maila, że coś mu się śniło i pytał, czy wszystko u mnie OK. Czułam, że jest w tym troska. Ale nie było szans na nas razem. On miał partnerkę, ja potem męża, ułożone życie.

To też była miłość.

Tak, to była miłość taka… inna. Może dojrzalsza? Nie wiem. Zasypiałam, mówiąc sobie: jesteś szczęściarą, że zaznałaś, czym jest prawdziwa miłość, bo wiele osób nie zna tego uczucia mimo wielu związków. I że już nigdy z nim nie będę. Przerwa na chusteczki…

Nigdy nie mieliście prób, pokus, żeby zamieszać o 180 stopni w waszych życiach? 

Nie. Była troska o drugą osobę. Kiedy miałam w związku kryzys, przyśniłam się Kubie, pisał maila, pytał, czy wszystko u mnie w porządku. Zresztą na prośbę mojego męża i partnerki Kuby – i dla dobra zdrowia psychicznego – ucięliśmy kontakt, wymazałam adresy, telefony. Na 12 lat. Nawet nie wiedziałam, że ma drugie dziecko.

Ty w Londynie: dobra praca, piękny dom z ogrodem, dwie córki, sukcesy. Tak z boku, to perfect life

Moje życie było… poprawne. Tak, to chyba dobre słowo. Ułożone, bezpieczne, byliśmy „ustawieni”. Trwało to 12 lat, czasem miałam w głowie myśli, że to nie do końca jest życie, które chcę toczyć. To jest to ciepełko, do którego ludzie dążą, ale nie ja. Ja tego nie potrzebuję. Nie tych ciepłych kapci, firmowych rzeczy. Brakowało mi… sama nie wiem.

Brakowało ci Kuby, tak po prostu.

Tak, brakowało. Niby się mówi, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Ale to nie jest to, to nie powinno być to. Nie dawałam rady, oszukiwałam siebie samą, czułam, że nie jestem do końca sobą, że poszłam na zbyt duże kompromisy w małżeństwie. Bo nie na tym polega bycie z drugą osobą, że musisz się poświęcać. W domu było wszystko. Ale córki nie widziały mnie za często uśmiechniętej. Potem zachorowała na raka moja mama. My tu, ona tam. Nie wytrzymałam tego, że cała rodzina, przyjaciółki są daleko. I też nie chciałam, by moje córki myślały, że to OK tak żyć na pół gwizdka w związku. Że może się nie kochamy, ale przecież nic złego się nie dzieje, można tak trwać. Czułam, że się duszę. Choć wśród znajomych uchodziliśmy za idealną parę, z dwójką dzieci, fajną pracą, jeżdżący po świecie…

Rozwiodłaś się i…

Rozwiodłam się, zaczęłam przylatywać częściej do Polski, do mamy, podjęłam decyzję, że sprzedam dom w Anglii. I pewnego wieczora na mieście postanowiłam gdzieś odgrzebać telefon do Kuby, bo czułam, że pęknę. Okazało się, że był sam od czterech lat i te lata poświęcił na terapię, na pracę nad sobą, na zrozumienie, czemu nie przetrwał jego związek. Śmiejemy się, że jest ode mnie o 4 lata do przodu, jest dojrzalszy, stabilniejszy w tym, co się teraz dzieje. Zresztą psychoterapeuta powiedział mu, że najważniejsze w życiu to znaleźć prawdziwą miłość dla siebie, wiem, że to brzmi jak cytat z książki. Ona może być wszędzie, w człowieku, w muzyce, w lesie. I w momencie, kiedy on po kilku latach sobie to poukładał w głowie na spokojnie, pojawiłam się znowu ja. Zapukałam do drzwi. Rok wcześniej może nie byłby na to gotowy. Kuba miał życiowy plan, by za rok zostawić miasto i wyjechać na zawsze w góry. Zdążyłam.

Otworzył drzwi i powiedział: „wróciłaś”. Filmowo. Ostatni element układanki.

Ja już wiedziałam, że wrócę. Dziewczyny też to rozumiały. Rok wcześniej, po rozstaniu z mężem, byłyśmy we trzy w Polsce i załatwiłam Mai kolonie. Jej pierwszy raz i była zachwycona, zapytała czy możemy mieszkać w Polsce! Odkryły rodzinę, moje przyjaciółki z dziećmi w ich wieku, świat cioć, to, że można iść na obiad do babci po szkole, że można pojechać samemu na rynek. Były podekscytowane tym życiem, skalą miasta. Ja w Londynie nie puściłabym Mai samej na Trafalgar Square. Zresztą w marcu zaczęła się pandemia, to totalnie odcięło je od szkoły, od dzieci, ale też pomogło im przygotować się na tę zmianę, na powrót w czerwcu do Polski. Mała poszła do szkoły i wróciła pierwszego dnia zachwycona: mamo, mam szafki jak w Ameryce!

Jak wyglądało to pierwsze spotkanie, już w komplecie?

Przyjechałam z Anglii samochodem, dwiema dziewczynkami i dwoma kotami (śmiech). Nie było samolotów przez lockdown. Kuba czekał na nas przed domem z córką. Dziewczyny się przytuliły i już nie puściły, znały się wcześniej tylko z Messengera.

Czułaś, że to kontynuacja po latach czy kompletny reset, początek?

Raczej początek, fresh start. Jesteśmy inni. Nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki, bo ta rzeka już jest inna. Zakochaliśmy się w sobie na nowo, jako dojrzali ludzie. Dostałam zaręczynowy pierścionek z koralem po mamie Kuby, której nie ma już z nami. Kiedyś nazywała mnie niedoszłą synową, bardzo się lubiłyśmy. Kuba mówi, że nigdy się nie ożenił, bo jedyną żoną mogłam być tylko ja.

A ślub mieliście… w domu!

Tak, z powodu pandemii. Ślubu udzielił nam pan prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk, w naszym domu. Zjedliśmy śniadanie, upiekłam chleb i z kuchni poszliśmy do pokoju, by się pobrać.

Wy dzisiaj – zakładam, że wkradła się już proza życiowa, nie filmowa. Jak wam jest teraz?

To prawda, teraz już jest mniej filmowo, bez fajerwerków, emocje opadły. Jest normalnie. Stabilnie przede wszystkim. I to właśnie zachwyca. Budzę się rano i jest mi dobrze. Bezpiecznie. Mamy ogromne poczucie, że jest tak, jak miało być od zawsze. We właściwym miejscu, we właściwym czasie. Akceptujemy siebie nawzajem, ale też pracujemy – każdy nad sobą, żeby tworzyć związek partnerski, mądry, oświecony. 

I dziewczyny to widzą. Jak ułożyliście sobie relacje w nowej, wspólnej rodzinie?

Spokój, bezpieczeństwo, oparcie i akceptacja – niech same zobaczą, jak wygląda zdrowa relacja dwójki ludzi. Tyle możemy zrobić. Przez swój własny przykład możemy nauczyć je więcej, niż opowiadając o tym, jak powinna wyglądać miłość. A jak jest? Prawdziwie przede wszystkim, bo dzieci wiedzą, że w domu nikt nikogo nie udaje. Czują, że nam jest ze sobą po prostu dobrze. Dziewczyny przy nas mogą być szczere, prawdziwe, naturalne, nie musza kryć się za maskami, nikt ich nie ocenia, nie krytykuje. Nie próbujemy być na siłę, zaprzyjaźniać się – dzięki temu te relacje jakoś same się układają. I są cudowne, bo mamy cudowne i mądre dzieci.

Kiedyś ktoś nakręci o tym film. Chcesz na koniec coś powiedzieć tym, którzy tkwią w związkach, w których nie są szczęśliwi?

Nie można zatracić siebie, poświęcać się, bo rodzina to cztery osoby. Moim koleżankom w takich związkach mam ochotę powiedzieć: wszystko się ułoży, najtrudniejszy jest pierwszy krok. Każdy się martwi o przyszłość, ale po mojej decyzji samo zaczęło się układać. Wiesz, że moja mama wyzdrowiała? Odzyskałam relację z siostrą, jestem w zgodzie ze sobą.

Kasia, porywam was na kawę, niech no tylko otworzą gastro we Wrocławiu! Dziękuję wam! Miłość jest wielka, co?

*

Nie będzie cytatów o miłości, dobrych rad, tak wiele zostało tu powiedziane. Poszukując miłości, warto chyba najpierw poszukać jej wewnątrz. Świętujcie dziś po swojemu. W duetach, solo, z kotem lub przyjacielem. Jutro zresztą też.

Dodaj komentarz