ilustratorzy Książki dla dzieci

Błoto, trawa i udawanie żaby

O macierzyństwie, pracy i życiu w Białowieży opowiada ilustratorka Maria Dek

Błoto, trawa i udawanie żaby
Archiwum prywatne rozmówczyni

„Nie umiałabym chyba mieszkać z małymi dziećmi w mieście. Nasze życie toczy się w błocie, piachu i na trawie. Chłopaki łażą po drzewach, rozpoznają ptaki, które latają im nad głowami. Podwórko jest dla nich naturalnym miejscem bytowania, a dla mnie – jako matki – ogromnym udogodnieniem” – tak opowiada o swoim życiu w Puszczy Białowieskiej Maria Dek, ilustratorka, autorka książek dla dzieci, mama Julka i Tytusa.

Zapytaliśmy Marię o to, jak namalowałaby macierzyństwo, co najbardziej lubi w byciu mamą, jak zmieniło się jej podejście do pracy, gdy na świecie pojawili się synowie, co ją inspiruje i o czym jest jej najnowsza książka.

Marysiu, gdybyś miała chwycić za pędzel i farby i namalować macierzyństwo, to jak by ono wyglądało? Co znalazłoby się na twojej ilustracji? 

Ha! Jeżeli miałabym namalować swoje wyobrażenie macierzyństwa sprzed momentu, kiedy zostałam mamą, to namalowałabym malutką osadę skrzatów, zbudowaną z patyczków, mchu, kamyków, piórek i szyszek. Skrzaty w ubrankach z kwiatków biegałyby i skakały po jagodowych krzakach. Ale dziś – z doświadczeniem bycia mamą pięciolatka i dwuipółlatka – wzięłabym swoją paletę malarską i po prostu odcisnęłabym te wszystkie kolorowe, szalone plamy na kartce, następnie obsypałabym to wszystko brokatem i piachem, a na koniec zwinęłabym kartkę w trąbkę i przez nią zaryczała jak dziki zwierz.

Czyli byłoby tam tzw. żyćko! Powiedz w takim razie, co w twoim macierzyństwie jest najpiękniejsze, a co najtrudniejsze.

Najpiękniejsze jest „tu i teraz”. Poczucie humoru chłopaków, małe łapki gładzące moją twarz, zachwyt codziennością, miękkie ciałko wtulone w moje ramiona po tym, jak to samo ciałko rzucało się i prężyło w złości. Zachwyt Tytusa pszczołami (kocham mułki!) i błyszczące oczy Julka, który pokazuje, jak wysoko wchodzi na drzewo. Najtrudniejszy natomiast jest lęk o moich synów, o ich zdrowie fizyczne i emocjonalne. Dobija mnie brak wolności i ciężar odpowiedzialności. Uwiązanie i szarpanie serca, które na zmianę podpowiada mi, żebym ukręciła chłopakom łby, czule ich tuliła albo się z nimi wygłupiała.

Jak wspomniałaś, zanim zostałaś mamą, miałaś jakieś wyobrażenie o tym, jak wygląda rodzicielstwo. To teraz chwila prawdy: co z tamtej wizji znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości, a co się o nią z hukiem roztrzaskało?

Huk roztrzaskanych wyobrażeń na temat macierzyństwa to chyba hit wszech czasów wszystkich matek! Nawet nie pamiętam, co „mądrego” i „zgodnego z mądrymi książkami” sobie ubzdurałam. Wiedza z poradników i webinarów z pewnością dawała mi poczucie bezpieczeństwa na początku mojej matczynej drogi. Ale teraz to już jest ostra improwizacja bez trzymanki.

Pamiętasz jeszcze ten czas sprzed pojawienia się na świecie Julka i Tytusa? Jest coś, za czym szczególnie tęsknisz? 

Tęsknię! Pewnie. Za pasjami, za niezmęczeniem, za spontanicznością, która miała na celu sprawianie radości mnie – i tylko mnie. Za tym, że największym stresem było duże zlecenie albo brak zlecenia, za kawiarnianym życiem w Trójmieście (rok przed zajściem w pierwszą ciążę przeprowadziliśmy się do Białowieży), za dalekimi i dzikimi podróżami z malutkim plecakiem. Za tysiącem rzeczy. Oczywiście, to nie jest tak, że dzieci mi wszystko odebrały, tylko ja jeszcze nie umiem z nimi tego wszystkiego robić. Ale się uczę.

A co dała ci ta nowa perspektywa, którą zyskałaś dzięki dzieciom? 

Nigdy nic i nikt mnie tak nie zmotywował do pracy nad sobą. To jest totalny life changer. Miłość do dzieci nakręca moją chęć uporania się ze swoimi trudnościami, traumami, mechanizmami – po to, aby pokazać im fajne życie. I trochę przy okazji zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że sama pragnę takiego fajnego, dobrego, prawdziwego życia – i zaczęłam nim żyć.

Zanim zostałam mamą, nie zdawałam sobie sprawy ze wszystkich ciemności, nieułożonych spraw, traum, które w sobie niosę i które dyktowały większość moich życiowych decyzji. Teraz zaczynam brać los we własne ręce tak na tysiąc procent! Chyba najwyższy czas.

Wspaniałe postanowienie! Powiedz, jak szybko wróciłaś do pracy po urlopie macierzyńskim? Czy jako ilustratorka freelancerka mogłaś sobie w ogóle pozwolić na urlop?  

Urlop macierzyński zrobiłam sobie dopiero, gdy mój starszy syn Julek miał półtora roku. Doszłam do kresu i odpuściłam na pięć, sześć miesięcy. Byłam wtedy przekonana, że nie wrócę do ilustrowania.

Obecnie pracuję od trzech do pięciu godzin dziennie i to mi naprawdę odpowiada. Wiem, że to luksusowa sytuacja, ale u mnie to wygląda tak, że gdy siadam do pracy, to nie ma zmiłuj – cisnę jak szalona.

Razem z twoim mężem i waszymi synami żyjecie w wyjątkowym miejscu – w Białowieży. Otacza was na co dzień pradawna Puszcza Białowieska, bujna przyroda. Jak wam się żyje w takiej bliskości natury? 

Nie umiałabym chyba mieszkać z małymi dziećmi w mieście. Nasze życie toczy się w błocie, piachu i na trawie. Chłopaki łażą po drzewach, rozpoznają ptaki, które latają im nad głowami. Podwórko jest dla nich naturalnym miejscem bytowania, a dla mnie – jako matki – ogromnym udogodnieniem. Doskwiera mi jednak niedosyt życia kulturalnego. Chciałabym zabrać Julka i Tytusa do teatru, filharmonii, na koncert, ale póki co jestem na to zbyt leniwa, więc siedzę z nimi w tym błocie i udaję żabę.

Za naszym płotem stoją domki na wynajem mojego męża – MorzeLas. W środku, na ścianach wiszą wydruki moich ilustracji, goście mogą zaopatrzyć się w pocztówki z moimi obrazkami. Na każdym dachu górują zaprojektowane przeze mnie i wykonane przez mojego męża drewniane zwierzęta. Czasami przyjeżdżają do nas piękne, eleganckie rodziny z dziećmi, które mają czyste, jasne ubranka. Zawsze, gdy widzę taki obrazek, w mojej głowie pojawia się to samo pytanie: jak to jest możliwe?! Raz czy dwa chłopcy wprosili się na podwórko gości i udało im się przekabacić pociechy turystów do przejścia na dziką stronę świata… To piękne! Na szczęście w domku gości jest pralka.

Białowieża to specyficzne miejsce, które ściąga mnóstwo ciekawych ludzi: naukowców, ornitologów, dendrologów, aktywistów. Fajnie jest się od nich zarażać zachwytem nad pierwotnym lasem. Chociaż przyznaję się bez bicia, że moje serce i ciało pragną mieszkać w sosnowym borze nad jeziorem. Może kiedyś zrealizuję to marzenie.

Czy przyroda wpływa na ciebie twórczo? Poświęcasz jej dużo uwagi w swoich ilustracjach. Las i życie leśnych zwierząt to często główni bohaterowie twoich książek.

Przyroda jest naszym środowiskiem naturalnym. Wpływa na nas – na nasze głowy i ciała – zbawiennie. Nie umiałabym dobrze wykonywać jakiejkolwiek pracy bez ciągłego kontaktu z przyrodą. Chciałabym, żeby dzieci, które oglądają i czytają moje książki, też to poczuły.

A czy rodzinnie często wyruszacie na leśne wyprawy? 

Oczywiście! Podlasie jest zresztą świetnym kierunkiem na rodzinne wypady. Mamy sporo łatwych – tu jest płasko! – tras rowerowych, mnóstwo rzeczek i rzek na spływy kajakowe, dużo terenów rolniczych, więc w każdej miejscowości można się zaopatrzyć w świeże owoce i warzywa od lokalnych gospodarzy. W samej Puszczy Białowieskiej jest mnóstwo tras spacerowych, które zachwycają różnorodnością: Dęby Królewskie, Żebra Żubra, Rezerwat Ścisły BPN, rezerwat Wysokie Bagno. Na przestrzeni kilku kilometrów można obserwować wiele rodzajów lasów, z bagna wchodzi się do dąbrowy, z dąbrowy w bór, z boru na polanę, gdzie można często spotkać żubry, jelenie i łosie.

Jak odpoczywasz – o ile odpoczywasz – po takim dniu pełnym wrażeń? Potrafisz dbać o swój dobrostan i wewnętrzny spokój? W pracy twórczej to chyba szczególnie ważne, prawda?

Uczę się dbania o siebie. Może nie przychodzi mi to najłatwiej – i to chyba zmora wszystkich matek – ale się staram. Niestety, kultura, wychowanie, role społeczne od dziecka umacniały w nas przekonanie, że dbanie o siebie to fanaberia i egoizm. Mamy być z dziećmi, mamy robić karierę, mamy karmić piersią, ale nie publicznie, bla, bla, bla – a w cholerę z tym!

Wracając do twojego pytania – to ćwiczę jogę z przyjaciółką, jeżdżę na rowerze, jestem w stałym kontakcie z przyjaciółmi z daleka i bliska, wybieram takie miejsca do spędzania czasu z chłopcami, żeby zapewnić im bezpieczną i samodzielną zabawę. Jestem już dwa lata w intensywnej terapii, która pomogła mi wyjść ze stanu przetrwania, więc teraz potrafię zatrzymać się w ciągu dnia, wziąć kilka oddechów, iść na drzemkę, wypić ciepłą kawę, wyjść z domu, żeby wyrzucić złość w plenerze, a nie w bliskich. Praca daje mi dużo satysfakcji i poczucia sprawczości, więc cisnę różne książki i projekty, które mnie bawią i dają radochę, a nie tylko zarobek.

Czy masz czasem wrażenie, że w pracy odpoczywasz? 

Taaak!

Hm, jakoś mnie to szczególnie nie dziwi – mam tak samo! To chyba dobry moment, abyśmy porozmawiały trochę o twojej pracy. Ostatnio premierę miała książka „The Little Gardener’s Handbook” Michaela Hollanda z twoimi fantastycznymi ilustracjami, ukazała się nakładem wydawnictwa Big Picture Press w Wielkiej Brytanii. Temat ci bliski. Jak nad nią pracowałaś?

To była piękna przygoda. „The Little Gardener’s Handbook” to moja pierwsza książka non-fiction. Bardzo dużo czasu zajęło mi studiowanie rycin, zdjęć roślin, ptaków i owadów, bo wszystkie namalowane przeze mnie pajączki, motyle, robale, zioła, sikory, byliny itp. są w książce konkretnymi gatunkami. W tekście nie występują, ale chciałam stworzyć nie tylko dobre ilustracje, które zachęcą dzieciaki do zabawy w ogrodnictwo, ale też dać czytelnikom narzędzie do rozpoznawania roślin, zwierząt i owadów w swoim otoczeniu. Ekscytuję się, kiedy poznaję kolejne nazwy ptaków, dzikich roślin czy żuków, czytam o nich – jest to dla mnie totalny fun! Myślę, że niejedno dziecko zapała miłością do poznawania przyrody, jeżeli tylko zrobi się z nim pierwszy krok w tym kierunku. I tym była właśnie praca nad tą książką.

Za jakiś czas w Polsce ukaże się twoja autorska książka – „A Walk in The Forest”. Opowiesz o niej?

To moja pierwsza książka autorska. Ma już ładnych parę lat i bardzo się cieszę, że ukaże się również w Polsce. To opowieść o spacerze po lesie z perspektywy dziecka. Widzimy drzewa, rośliny, ptaki, zwierzęta oczami małego chłopca, dzięki czemu las staje się bliższy, bardziej personalny, kieszonkowy. Mimo że książka powstała naprawdę dawno, dawno temu, to wciąż dostaję informacje z różnych krajów (wyszła w USA, Holandii, we Francji, Włoszech), że dzieci ją uwielbiają i że powracają do niej nawet po latach. To niezwykle wzruszające, bo ten mały chłopczyk spacerujący po lesie to po prostu mała Marysia, która łaziła leśnymi szlakami i z mocno bijącym sercem szukała przygód i skarbów.

To znaczy, że podczas tworzenia wracasz czasem do okresu, kiedy sama byłaś małą dziewczynką, aby przypomnieć sobie dziecięcą perspektywę? 

Tworzę z trzewi, więc zapewne mała Marysia ma coś do powiedzenia i szepcze mi różne wizualne psoty do ucha.

Czego jeszcze potrzebujesz do pracy? Masz swoje rytuały? I jak bardzo zmieniło się to w momencie, gdy zostałaś mamą? 

Potrzebuję wyjścia z domu i dziennego światła. Potrzebuję ruchu przed rozpoczęciem pracy, żeby obudzić zwoje mózgowe. Potrzebuję naprzemienności, więc pracuję nad książkami, ale też nad komercyjnymi ilustracjami, jak puzzle, wzory na ubrania, plakaty itp. Kiedyś potrzebowałam o wiele więcej: kawiarenki do robienia szkiców, inspirujących spacerów po mieście i lesie, ładnego miejsca do malowania. Zanim zostałam mamą, niezbyt oddzielałam bycie ilustratorką od bycia sobą. Teraz to jest po prostu praca, którą bardzo lubię, w której się doskonalę, ale moje życie jest zupełnie gdzieś indziej.

Kiedy się patrzy na twoje ilustracje, ma się wrażenie, że wciąż udaje ci się widzieć świat oczami dziecka. Niezgubienie po drodze tego spojrzenia jest niezwykle cenne – szczególnie w twoim zawodzie. Na ile pomagają ci w tym twoi synowie? I jak sama dbasz o to, aby pielęgnować w sobie to wewnętrzne dziecko?

Pracując nad ilustracją, zatrzymuję się na każdym kroku i myślę o tym, po co i jak chcę pokazać emocje, atmosferę, refleksję. Podchodzę do tego bardzo poważnie. Nie umiem powiedzieć ani zmierzyć, na ile moje macierzyństwo wpływa na moją pracę, ale nauczyłam się, że potrzeba do tego lekkości, spontaniczności i zabawy. To są jedne z podstawowych potrzeb.

Daję sobie luz, pozwolenie na łażenie po drzewie, na płacz z tęsknoty, na tupanie nogą, na robienie fikołków na trawie, na śpiewanie wymyślonych, absurdalnych piosenek. Robię to z chłopcami, ale również sama – kiedy nikogo nie ma w pobliżu. Zawsze, gdy jeżdżę na rowerze, to po jakimś czasie zaczynam śpiewać coś o nietoperzach i jeżach – i wtedy wiem, że mam się dobrze.

*

Maria Dek – ilustratorka i autorka książek dla dzieci, absolwentka University of the Arts London i Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Finalistka Illustrators Exhibition Bologna Children’s Book Fair 2023. Jej książka „Kiedy urosnę” zdobyła nagrodę graficzną w kategorii książki obrazkowej/autorskiej w konkursie Polskiej Sekcji IBBY 2023. Ilustracje Marii są jak pudełko z dziecięcymi skarbami, będące zapisem małych i wielkich przygód. Przebywanie w lesie jest dla niej fundamentalnym warunkiem twórczości.

Dodaj komentarz