Zapraszamy do domu

Innego końca świata nie będzie

„Zapraszamy do domu” to roboczy tytuł wystawy dokumentalnej fotografii rodzinnej, której wernisaż planujemy z @Zu na 28 maja 2020 na warszawskim Jazdowie. Czy do niego dojdzie, czas pokaże.

Koncept jest chyba jednak trochę proroczy, spójrzcie: tytuł kieruje nas do wnętrza, zapraszamy do domu, czyli: do kuchni, do łazienki, do sypialni, w korytarze, na schody, w przeróżne zabałaganione szafy pełne odkurzaczy i trupów. Nie wychodzimy w plener w dobranych kolorystycznie ubraniach, nie szykujemy się na wielkie wydarzenie ani galę, nie stroimy obiektywów wycinających sugestywnie postacie z tła, w ogóle niczego nie przygotowujemy. Przeciwnie: zamykamy za sobą drzwi i zostajemy w środku, tam, gdzie wszystko jest znane i w pewien sposób oczywiste. Znamy funkcje poszczególnych pomieszczeń, mamy wyobrażenie tego, co się w nich może wydarzyć, mamy rozrysowany zarys normy dla każdego obszaru. Na logikę jest bezpiecznie.

Zostańmy więc domu. Długo o tym marzyłam, o czasie podarowanym. Marzyłam o takiej sytuacji, w której bieżące sprawy światowego dedlajnu i skedżula stracą na znaczeniu. Marzyłam chociaż o tygodniu przerwy… Abym mogła zająć się tymi rzeczami, którym nie poświęciłam czasu w przeszłości, bo pognało mnie już w innym kierunku albo zasypało zbędnymi zadaniami wynikającymi z umowy o świadczeniu usług. Jedyna możliwość, aby dostać wolne od rzeczywistości, mogłaby wynikać z załamania nerwowego. Więc w gorszych czasach nawet z ostrożnością sprawdzałam, czy to może już, czy już trafiam na oddział dla nerwowo chorych i dostaję drinka z trazodonu z palemką. Ale nie, bywało źle, był mrok i było gęsto, lecz szłam dalej, a lista zadań co się skróciła z przodu, to wydłużała się z tyłu.

Marzyłam o emigracji wewnętrznej, ale o wiele częściej o rodzinnej emigracji wewnętrznej. Gdy wychowywałam starszaki samodzielnie, znajoma powiedziała mi kiedyś tak: „Tobie to dobrze, na weekend pozbywasz się dzieci, zawozisz je ojcu…”. A ja wówczas, poszukując dni z Obecnością, brałam urlopy w środku tygodnia, by im zrobić wagary z przedszkola. Oraz by móc z nimi pobyć trochę poza jałową rutyną etat – placówka – paść – zerwać się z budzikiem. Nie czekałam jakoś nigdy, aż nadejdzie rok szkolny, by się ich pozbyć (jak ludzie w memach), przeciwnie…

I wtedy wchodzi pandemia. Oczywiście, że cała na biało. I w maseczce. I tak rzecze: „Oto miły eksperyment społeczny. Proponuję deal: czas za czas. Wy mi dajecie czas, abym nie rozniosła waszych kruchych konstrukcji społecznych w pył w dwa dni. Ja daję czas wam, byście się zatrzymali i sprawdzili, czy umiecie jeszcze Być. Żebyście sprawdzili, czy wasze muszę jest waszym wybieram. Warunki są bardzo proste, zamykacie się w mieszkaniach, świat zawisa sobie trochę w stopklatce, ograniczacie kontakty z nim do tych najbardziej podstawowych, i przypominacie sobie, po co stworzyliście wasze domy”.

Wyjazd świąteczny czy wakacje to kompletnie inna przestrzeń – przestrzeń, w której obowiązki ulegają zawieszeniu, wszyscy intencjonalnie oddają się korzystaniu z dyspensy od rutyny. Niewypowiedziana zasada brzmi: jest fiesta i żyjemy trochę na opak. Podczas gdy wspólne bycie w codzienności ma zupełnie inną jakość. Budowanie relacji jest o wiele bardziej wymagające, żyjemy we wzorach z ram i terminarzy, każdy z nich kusi: rodzina będzie zawsze, a ten obowiązek służbowy przecież więcej się może nie powtórzyć, mmmhm! Czy jednak domowe życie potrzebuje odgórnej sztywnej struktury, ram? Czy inaczej można się tylko poprzewracać i dojść do stwierdzenia (ludzi z memów), że bez wymyślonych przez dorosłych obowiązków te dzieci by im żyć nie dały?

Mój sposób wychowywania przez niewychowywanie doprowadził do tego, że każdy w naszym domu zazwyczaj wie, co może, umie i chce robić. Nigdy nie istniała siatka zaleceń ani zakazów, która stwarzałaby działania domowników. Raczej sprawdzamy na bieżąco, co się dzieje, i wtedy najwyżej zmieniamy kurs. Codzienność nie jest walką, nie jest też fiestą wakacyjną, jest taką może falą, czasem lecimy w słońcu, czasem się kotłujemy w ciemności. Czasami nikomu się nic nie chce i efekty omijamy spojrzeniami, czasami każdy jest pogrążony w swojej rzeczywistości bez punktów stycznych z innymi, lecz najczęściej o kształcie i podziale czasu wspólnego decyduje kolektywny głos.

O tym, że za odpoczynkiem, prawdziwym spowolnieniem tempa, tęsknią też dzieci, opowiedziała mi lista rzeczy, którą sporządziły pierwszego dnia w domu na czas izolacji. Do tworzenia jej zaprosiły nas, dorosłych. Znalazły się na niej zadania, których nigdy nie zrobilibyśmy w nurcie codzienności. To trochę rzeczy, za którymi tęsknimy, tematy, których brakuje, wątki pogubione, bo nagle okazuje się, że już 00:30 i może jednak idźmy już spać. Bardzo zwykłe rzeczy. Zrobić obiad z trzech dań z deserem, skompletować skarpetki, zrobić bezę z wody po cieciorce, zapoznać się z klasykami kina, przyciąć ramę pod blat kuchenny, poznać stare przysłowia, wywołać zdjęcia, polubić „Osadników z Catanu”, grać w „Ewolucję” oraz stanowczo mój ulubiony punkt: wprowadzić zwyczaj picia ze szklanek.

Obywatelską kwarantannę odczytuję jako osobistą szansę na to, by naprawdę się zatrzymać i rozejrzeć. Niekoniecznie w panice próbować odtwarzać życie dotychczasowe, to rozpisane przez instytucje, zakłady pracy oraz PKB, i rozpisywać dzieciom plan lekcji do samodzielnej realizacji. To czas, w którym ujawnią się edukacyjne nierówności, niektóre szkoły hulają całymi klasami na Discordzie, niektóre wiszą nad projektami na Hangoucie, a inne są kompletnie bezradne i potrafią zadać wyłącznie samodzielne czytanie podręczników. Każdy próbuje, jak umie. To ten moment, by nie otwierać szkolnego plecaka w pierwszych dniach i zaprosić do domu alternatywę. Nauczmy się wszyscy czegoś nowego. Okazja jest pokoleniowa. Bo świat prędzej czy później powróci do dawnego kształtu, a przynajmniej będzie do niego dążył. System ma żołnierzy, którzy go wspierają dzielnie oraz zaciekle. Za to szansa na spokojną ewaluację może się szybko nie powtórzyć.

Widzę pandemię w skali jako odpowiednik ratunkowego załamania nerwowego. Coś mi każe myśleć o jej skutkach w małych ludzkich wymiarach jak o dobrym eksperymencie społecznym, w którym odłączamy się od presji. Czekam, ale i wytwarzam moment dojścia w równowadze światowej, powrót do niedużych enklaw, do idei współżycia bez przemocy oraz narzucania ról. Dorośli mają biuro tam, gdzie akurat są, dzieci uczą się na każdym kroku podczas wspólnego życia w edukacji domowej, biorą udział w codzienności, praca miesza się z hobby, życie z pracą. Jeśli wyjścia, to w odludzia i przyrodę, jeśli jedzenie, to roślinne, jeśli warzywa, to organiczne i odżywcze, jeśli przyjaciele, to namacalni, jeśli zwierzęta, to znajdy, jeśli praca, to uczciwa, jeśli zakupy, to w uczciwym sklepie, jeśli podróże, to lokalne i w zasięgu analogowego transportu, jeśli wyobraźnia, to bez granic, jeśli pragnienie, to najsilniejsze, jeśli plany, to odważne, jeśli relacja, to prawdziwa, jeśli odpoczynek, to skuteczny, jeśli wizja, to totalna.

Jeśli dom, to taki, który się nie rozpada od przebywania w nim.

5 odpowiedzi do “Zapraszamy do domu

  1. Tyle prawdy i tkliwości w tym, ubranym w piękne słowa, tekście. Ja jestem w zupełnie innym życiowym miejscu, ale nie wątpię Agnieszko, że wykorzystasz ten czas z rodziną w pełni i życzę Ci, żeby wystawa doszła do skutku. To może być teraz znacznie szersza ekspozycja niż początkowo zamierzona, z fotografiami zainspirowanych Polek i Polaków w czasie #zostanwdomu

  2. Cześć, Alicjo, wiele spraw zostanie przetransformowanych przez epidemię i rzeczywiście wystawa tak mocno wchodząca w obszar domowy jest jedną z nich. Rodzinna fotografia dokumentalna ma teraz wielkie pole do popisu. Pomyślimy nad tym. Dziękuję za wsparcie i przeserdecznie pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *