W drogę. Z dziećmi!

W drogę. Z dziećmi!

Obraz pierwszy.
Bezkresna, bezludna plaża.
Ona – w słomkowym kapeluszu i długiej zwiewnej sukni –
idzie brzegiem morza, ściskając rękę uśmiechniętego dziecka,
którego rozwiane loki połyskują w świetle zachodzącego słońca.
On dumnie kroczy obok.
W chuście na jego plecach, niczym anioł, śpi drugi maluch.

Obraz drugi.
Szczęśliwi stoją na tle zniewalającej panoramy górskiej.
Ewidentnie zdobyli jakiś szczyt – zupełnie dla innych niedostępny,
gdyż oprócz nich, jak okiem sięgnąć, żywego ducha nie widać.
Dzieci są szczęśliwe. Przejrzystość powietrza doskonała.

Obraz trzeci.
Dzieci radośnie bawią się w rajskim ogrodzie.
W tle na hamaku odpoczywa (i tak wypoczęta) mama.
Czyta książkę, popijając caffe latte na mleku sojowym; przepraszam, owsianym.
Tata studiuje mapę i planuje atrakcje na nadchodzący dzień relaksu.

Czy ktoś Wam kiedyś wspominał,
że fotografia to największa kłamczucha i manipulatorka ever?
A jeżeli czasem nawet pokazuje krztynę prawdy,
to zaledwie w ilości homeopatycznej?

Podróże z dziećmi raczej nie wyglądają tak, jak na powyższych obrazkach.

Podróże z dziećmi to pasmo trudu i udręki.
Gdy ty chcesz iść do przodu,
to jedno dziecko chce iść do tyłu,
a drugie zostać w miejscu.
Ciągle chce im się lodów, baloników, picia.
Chce im się pływać, huśtać albo uciekać.
Nie smakuje im zamówione za 10 euro jedzenie!
Ciągle pytają, kiedy pójdą na basen, na plażę, albo co gorsza – na plac zabaw.
Bolą je nogi, ząbkują, gubią coś cennego.
Kłócą się bez przerwy o jakiś chwilowy przedmiot najwyższego pożądania,
czyli na przykład jeden z miliona kamyków znalezionych na kamienistej plaży.
Jeżeli przez chwilę nie walczą ze sobą na śmierć i życie,
to zawierają przymierze, którego ewidentnym celem
jest zagłada całego wszechświata.
Demolują wszystko, emitując jednocześnie nieskończone wartości w decybelach.
W środkach lokomocji albo im się nudzi, albo chce im się wymiotować.
I dzieje się to zawsze wtedy, gdy zawodzi nawigacja,
korek, w którym stoimy, zdaje się nie rozładować nigdy,
a zepsuta klimatyzacja ignoruje temperaturę powyżej 30 stopni Celsjusza.
W pociągach z niedziałającą toaletą robią w pieluchę.
I to w tak spektakularny sposób,
że zawartość wycieka wszystkimi szczelinami ich ubrania.
W samolotach kładą się w przejściu między siedzeniami,
drą się w niebogłosy, wylewają na siebie (i pasażera obok) sok pomidorowy,
albo w najlepszym razie wpadają na pomysł,
żeby wyjrzeć przez każde okno po kolei.
Do tego zawsze coś się dzieje.
Jak nie ospa, to infekcja,
jak nie infekcja to zatrucie.
Jak nie zatrucie, to mgła, deszcz, strajk kolejarzy.

Sytuacje i zachowania tego typu można wyliczać bez końca.
Do nich dochodzą tony bagażu.
Słoiczki, pieluchy, pieski, samochody, smoczki, łóżeczka i namioty turystyczne.
A w naszym przypadku dodatkowe kilkanaście kilogramów sprzętu medycznego.

Nie będę ukrywać, że czasem dopada mnie zwątpienie.
Czy podróżowanie z dziećmi ma sens?
Czy to w ogóle jest odpoczynek? Dla nich? Dla nas?
Po co sobie taką katorgę fundujemy?
Pierwsza fala kryzysu nadchodzi z chwilą podjęcia próby spakowania się na wyjazd.
Ilość niezbędnych rzeczy przytłacza, rośnie, nie mieści się w plecaku.
Potem jest tylko gorzej.
Po całym stresie pakowania,
na początku drogi dosłownie tonę w zwątpieniu.
Czy nie lepiej byłoby zostać w domu?
Albo wykupić wycieczkę typu all inclusive, dać się obsłużyć…?
Albo chociaż wynająć apartament
– pięć minut od plaży, zalec w nim na bite dwa tygodnie?
Zminimalizować ruch.
Ograniczyć wysiłek.
Pojechać po najmniejszej linii oporu.
Zregenerować siły…

No nie lepiej.

Mimo całego związanego z tym wysiłku
zawsze wybieramy wakacje aktywne i samodzielne.
Pakujemy dzieciaki (w liczbie dwa) i ruszamy w nieznane.
Bierzemy w podróż niemowlaka, niesfornego roczniaka,
zbuntowanego dwulatka, nieśmiałego siedmiolatka.
Bo na podróże każdy wiek jest dobry!

Staramy się być cierpliwi, zagryzamy zęby, liczymy do dziesięciu,
klarujemy dzieciom czemu tak, a nie inaczej,
przepraszająco uśmiechamy się do współpasażerów podróży.

I jedziemy.

Zazwyczaj po chwilach rozpaczy przychodzi nagroda.
Widok wtulonych w siebie dzieci, śpiących w namiocie Beduinów.
Świt w wielkiej piaskownicy – na pustyni Wadi Rum.
Jazda autostopem w deszczu na Wyspach Zielonego Przylądka.
Wspinaczka na wulkan.
Poszukiwanie stoiska z bessarą*,
a następnie spożywanie jej wraz z jej lokalnymi amatorami.
Całodzienne wyprawy rowerowe na Kaszubach.
Piknik na skale, dojenie krowy, pieczenie ziemniaków w ognisku,
przeprawa przez lodowatą rzekę, noc pod gwiazdami.
Jedzenie wyjętego właśnie z pieca, gorącego arabskiego chleba.
Przejście na piechotę przez obwarowaną strażą granicę.

To są genialne doświadczenia, których wspomnienia zostaną z nami na zawsze.
Będą źródłem siły w codziennej rutynie i w chwilach kryzysu.
Będą motywacją do oszczędzania funduszy,
poszukiwania nowych destynacji
oraz organizowania kolejnych wyjazdów.

*marokańska zupa z suszonego bobu