Aga w Paryżu

Francja oczami mamy emigrantki

Paryż to podobno zawsze dobry pomysł. Ale, żeby tak spontanicznie spakować walizki, dziecko pod pachę i przenieść się nad Sekwanę? Może właśnie nie warto zbyt długo liczyć i analizować – zobaczcie, jak w tym mieście urządza się Agnieszka z rodziną!

Aga Skowronek przyznaje, że to nie ona wybrała Paryż, ale Paryż wybrał ją. To, że akurat oboje z mężem znają francuski, że mieszkała tam na studiach oraz to, że mąż właśnie dostał w Paryżu pracę – to wygląda na dobrze dopasowane puzzle. Mama małego Marka na pewno nie patrzy na to miasto przez różowe okulary, które spadają na nosy zauroczonym turystom. Zna jego zalety, ale i wady (czy ktoś kiedyś podróżował metrem ze spacerówką?), orientuje się w cenach mieszkań w tym mieście, ale też wie, gdzie i jak łapać okazje. Aga jest projektantką wnętrz, ale kadry mieszkania wrzuca na Instagram niechętnie, bo jeszcze pół życia ma spakowane w kartonach. Powoli się we Francji urządza, a z nami dzieli się wrażeniami i patentami na paryskie życie 2+1.

Skąd pomysł na Paryż i decyzja, aby było to coś więcej niż turystyczne zauroczenie?

Mieszkaliśmy w Warszawie, było nam super, aż tu nagle mój mąż Mikołaj dostał propozycję pracy w Paryżu, taką zupełnie niespodziewaną. Jest prawnikiem, to zawód, który mocno wiąże z własnym krajem, prawnikom stosunkowo ciężko jest wyjechać za granicę. A tu voila!. Ja jestem projektantką wnętrz, pracuję z domu, więc zawodowo przeprowadzka nie była dla mnie problemem. Marek, nasz dwulatek, owszem – miał jakichś kolegów z sąsiedztwa, ale umówmy się, kiedy ma się dwa lata, te relacje nie są jeszcze najważniejsze na świecie, nie tak ważne jak mama i tata. Pomyśleliśmy, że jest to dla nas idealny i być może ostatni moment, żeby wyjechać tak bez większych konsekwencji. Po tym, jak Marek poszedłby do szkoły, byłoby to znacznie trudniejsze. Poza tym oboje z Miko mówimy po francusku i mieszkaliśmy już tu przez jakiś czas na studiach, więc nie była to dla nas przeprowadzka do Paryża z pocztówek, tylko do Paryża realnego miasta. Tak czy inaczej – to nie my wybraliśmy Paryż, to Paryż wybrał nas, a my się po prostu nie opieraliśmy (śmiech).

Odwaga, spontan, miłość do miasta czy biznesplan i kalkulacja – z czego była złożona decyzja o emigracji?

U nas to był klasyczny spontan, sami byliśmy zaskoczeni, że taka – bądź co bądź życiowa decyzja – przyszła nam tak łatwo. Chyba potraktowaliśmy to jako przygodę. Może trochę wstyd się przyznać, ale dużym argumentem na plus były, głównie dla mnie, kwestie wizualne. Kocham Warszawę i uważam, że jest bardzo cool, ale ze swoimi reklamami, blokami, kostką Bauma nie jest zbyt ładna, i mnie to naprawdę bolało i wkurzało, codziennie. Nasze warszawskie mieszkanie jest na Starej Ochocie, to naprawdę uroczy kawałek miasta, taki można powiedzieć paryski. Ale niestety i tam na każdym kroku widoczne było polskie podejście do przestrzeni publicznej, któremu królują dwie świętości: „wolnoć, Tomku, w swoim domku” oraz „o gustach się nie dyskutuje”.

Co chętnie zostawiłaś za sobą w Polsce?

Na korzyść emigracji przemawiała też sytuacja polityczna w Polsce, która przerażała nas w kontekście wychowywania dziecka, oraz smog. We Francji dzięki energii z atomu powietrze jest dużo czystsze. A mnie w Polsce stresowało zastanawianie się zimą, czy można wyjść z domu, czy też lepiej nie, szczególnie odkąd zaszłam w ciążę. Przeprowadzka była też pomyślana jako prezent językowy od nas dla Marka. Mama i tata uczyli się francuskiego milion lat, a małe bobo przyjechało i po kilku dniach na placu zabaw było już Salut, tu t’appelles comment? (cześć, jak masz na imię?). My oczywiście przy okazji też się językowo rozwijamy, głównie w dziedzinie motoryzacji. Wydawało mi się, że skoro wiem, jak jest po francusku koparka i wywrotka, to już całkiem przyzwoity zasób słów, dwuipółlatek uświadomił mi, że się mylę. Teraz wiem też, jak jest laweta, walec, betoniarka, przyczepka i dźwig!

Generalnie, przeprowadzka na pewno nie była kalkulacją w sensie ekonomicznym – Paryż jest na tyle drogim miastem, że pomimo nominalnie wyższych zarobków, żyjemy tu na niższej stopie niż w Warszawie.

No to praktyczna porada: chcę się wyprowadzić i nie mam pojęcia, gdzie i jak szukać w Paryżu mieszkania. Będzie trudno?

Szukanie mieszkania w Paryżu to koszmar, chętnych jest dużo, mieszkań mało, więc siłą rzeczy ceny są bardzo wysokie. Ze względu na popyt mieszkania są też często w kiepskim stanie, właścicielom nie opłaca się ich remontować, bo i tak znajdą się chętni. Standardem są mieszkania o powierzchni  8 czy 11 mkw, często przerobione chambres de bonne, czyli pokoje dla służby na ostatnim piętrze budynku, czasami ze wspólną toaletą na korytarzu.

Potrzebuję specjalnych papierów albo rekomendacji?

Żeby wynająć, a często nawet tylko obejrzeć mieszkanie, trzeba mieć bardzo dużo dokumentów, w tym historię finansową we Francji. Dlatego osobom dopiero przyjeżdżającym z zagranicy ciężko jest coś wynająć. My mieliśmy pomoc z Mikołaja pracy, wysyłaliśmy linki z portali z nieruchomościami do francuskiej asystentki, która oglądała mieszkania i przesyłała nam zdjęcia (w ogłoszeniach często są ze dwa zdjęcia jakiegoś ciemnego kąta i to tyle, zdjęć kuchni i łazienek, które są przeważnie brzydkie, brak). Mieliśmy tę przewagę, że właściciele woleli wynająć mieszkanie firmie niż osobie prywatnej. Bez tego, jako para z Polski, z dzieckiem, bez pełnego dossier, mielibyśmy bardzo pod górkę. Warto udać się od razu do agencji, szukając samemu i tak najprawdopodobniej zapłaci się prowizję agencji.

A co z wyposażeniem paryskich mieszkań?

Mieszkania często są puste i to kompletnie puste – w sensie, że nie ma w nich nawet kuchni. W naszym mieszkaniu w kuchni był tylko zlew i połowa szafki pod nim. Poza tym dwie nieduże wbudowane szafy i garderoba. I tyle. Ale są też piękne drzwi z uroczymi gałeczkami, typowo francuskie wielkie okna i oryginalny XIX-wieczny parkiet. Spuśćmy natomiast zasłonę milczenia na łazienkę – jak z bloku na Ursynowie w latach 90.

To przejdźmy do kwestii niedrogiego urządzenia mieszkania.

Ten temat jest mi bliski i ze względów zawodowych, i dlatego, że mamy to świeżo za sobą. W Paryżu można urządzić się naprawdę tanio i naprawdę świetnie, szczególnie, jeśli ktoś lubi vintage. Wszyscy znają paryskie pchle targi. Najsłynniejszy z nich to Marché aux Puces de Saint-Ouen na północy miasta. Można tam znaleźć przepiękne meble, ale ceny też często są wysokie. Dlatego chodzę tam raczej popatrzeć. Najbardziej lubię pchli targ na Porte de Vanves, tam znalazłam stół do kuchni Louis-Philippe za 40 euro, szafkę nocną z marmurowym blatem za 35 euro i krzesło z plecionką rattanową za 30 euro. Ale najwięcej mebli kupiliśmy na Leboncoin, odpowiedniku naszego OLX. Mamy stamtąd między innymi dwa sygnowane krzesła Fishel z początku XX wieku po 15 euro, berberyjski dywan za 90 euro (nówka!) i komodę Louis-Philippe za 50 euro. W Polsce ze względów historycznych mamy mało antyków, więc są one dużo droższe niż tu. Bardzo dużo mebli znaleźliśmy też na wystawkach, które są tu organizowane regularnie. W dzień wystawki krążę jak sęp po ulicach, uwielbiam znajdować meble na śmietniku, i uwielbiam poczucie wspólnoty z innymi sępami – ty niesiesz szafkę, ktoś stolik, nie możecie nie wymienić małych uprzejmości.

Wiele osób totalnie zakochanych w Paryżu wraca do domu, myśląc, że ogrom miasta przytłacza, że niekoniecznie jest przystosowany do wózków dzieci, że bez języka – no cóż… Piękne jest je zwiedzać, mieszkać wcale niełatwo. Możesz obalić jakiś stereotyp?

Paryż wbrew pozorom nie jest taki duży, powierzchniowo jest pięć razy mniejszy niż Warszawa i piętnaście razy mniejszy niż Londyn. Dlatego poruszanie się po nim na piechotę jest jak najbardziej wykonalne i polecam je szczególnie z dzieckiem, no bo właśnie – metro jest kompletnie nieprzystosowane do wózków. Wind nie ma, bramki są wąskie, za to schodów w górę i w dół jest mnóstwo. Większość wózków w Paryżu to kompaktowe Babyzen Yoyo i Bugaboo Bee, praktycznie nie ma dużych terenowych gondoli jak w Polsce. Ale za to jeśli jestem w metrze sama z dzieckiem, bardzo często ktoś oferuje mi pomoc. Często też ktoś do dziecka zagaduje, co może być oczywiście plusem lub minusem, my akurat lubimy, zdejmuje to z nas obowiązek dbania o to, żeby mały się nie nudził.

C’est la vie! Dodasz coś jeszcze?

W większości stereotypów na temat Paryża jest niestety sporo prawdy i ogólnie mieszka się tu niełatwo, ale Paryż jest naprawdę uroczy i jeśli tak jak ja ma się słabość do marmuru i sztukaterii, przymyka się na to oko. Mi też bardzo odpowiada paryski sposób czerpania radości z małych rzeczy, z pysznego jedzenia, z pięknych perfum (polecam muzeum Fragonard), albo z kawy z widokiem na rząd haussmannowskich kamienic.

A co ze znajomością języka?

Nie trzeba się tym aż tak bardzo przejmować, bo Paryż jest jednak mocno nastawionym na turystykę miastem i nawet jeśli kelner będzie robił typowo paryskie „pffff” na wasz angielski, to koniec końców się dogadacie. Młodzi ludzie często zresztą całkiem nieźle mówią po angielsku. Gorzej, jeśli chce się tu coś załatwić. Wszystkie formularze, które do tej pory wypełniałam, były po francusku, strony urzędów też raczej nie są przetłumaczone. Myślę, że ciężko jest się tu zainstalować, nie mówiąc ani trochę po francusku. Jestem członkiem wielu grup na Facebooku dla Polaków we Francji i regularnie pojawiają się posty typu: czy ktoś, kto mówi po francusku, mógłby pójść ze mną do szkoły córki albo do lekarza – zresztą lekarze polscy są na tych grupach bardzo popularni.

Mnie namówiłaś! Masz jakieś patenty na tańszy Paryż? 

W Paryżu drogie jest też jedzenie – w knajpie poza lunchem dania kosztują koło 15 euro w górę, w sklepie też nie jest tanio. W tańszych dzielnicach, tzw. quartiers populaires funkcjonują dyskonty, ale my mamy do najbliższego Lidla 2,5 kilometra, więc zwykle odpuszczamy. Sytuację ratuje tajemnica francuskich matek – Picard, sieć supermarketów z mrożonkami. Picard jest niesamowity, jestem zafascynowana tym sklepem. Znajdziemy w nim owoce i warzywa – od karczochów po kasztany, pokrojone i zamrożone. W wersji bio i normalnej. Mięso, ryby, owoce morza, gotowe dania, mniej lub bardziej wyrafinowane, z każdej kuchni świata, od confitu z kaczki po tajskie curry, ze świetnymi składami. Do tego desery (są nawet mrożone makaroniki). I, co najbardziej mnie intryguje, dodatki: posiekane zioła, bazy do sosów, sok z cytryny, nawet pisaki z sosami do dekoracji talerza.

I jest taniej…

Ceny w Picardzie są różne, ale ogólnie jest taniej niż w sklepie, a już na pewno tańsze (i zimą dużo lepsze) są warzywa. Regularnie kupuję dynię, cukinię (w krążkach i malutkie cukinie), różyczki brokuła, puree z fioletowych ziemniaków, kolendrę i pietruszkę na czarną godzinę, ratatouille, curry z soczewicy i moją miłość: aligot, czyli ciągnące się puree ziemniaczane z serem. W Picardzie, i niektórych innych sklepach, można płacić Tickets Resto, czyli czekami restauracyjnymi, których połowa pokrywana jest przez pracodawcę. Czyli zakupy kosztują tak jakby połowę. Tickets Resto płacić można oczywiście też w restauracjach, z wyjątkiem alkoholu.

A cena transportu?

Ceny transportu miejskiego są w porządku – my nie jeździmy metrem codziennie, bo mąż pracuje 10 minut piechotą od domu, więc nie mamy kart miejskich. Zwykle kupujemy karnet na 10 biletów, wtedy cena jednego przejazdu to 1,60 euro. Ubrania i meble kosztują tyle, co w Polsce. Kosmetyki nawet trochę mniej, szczególnie te apteczne, a muszę dodać, że francuskie apteki są wspaniałe. Zabawki i książeczki dla Marka kupuję w Emmaüs, to sieć sklepów charytatywnych. Znajduję w nich mnóstwo zabawek Djeco czy Janod w superstanie, na przykład mobil z autami za 2 euro, zupełnie nowy, komuś nie starczyło zapału, żeby go złożyć (bo było to skomplikowane, przyznaję).

A jak wyglądają ceny żłóbków – ludzkie czy w strefie marzeń?

Żłobek dość ciężko dostać, zapisy są jeszcze w ciąży. Urlop macierzyński trwa tu bardzo krótko i niespełna trzymiesięczne maluchy trafiają do żłobka lub pod opiekę assistante maternelle, niani dla 2-3 dzieci. Jej ostateczny koszt, tak samo jak koszt żłobka, zależy od dochodów, ponieważ jest dotowany przez państwo. Nam nie udało się dostać do żłobka, a niania nie jest rozwiązaniem dla nas, bo po pierwsze Marek jest bardzo towarzyski, po drugie – musi się uczyć francuskiego. Zapisaliśmy go więc do halte-garderie, czyli takiego żłobka okazjonalnego, do którego można chodzić maksymalnie trzy razy w tygodniu po pół dnia, ale w praktyce da się to przedłużać. Halte-garderie jest pomyślana dla rodziców niepracujących, którzy chcą zachować balans między siedzeniem z dzieckiem a obowiązkami, przy czym nie wnika się, czy w tym czasie rodzic idzie na rozmowę o pracę, czy do fryzjera. Ja akurat w tym czasie pracuję z domu. Jest to u nas rozwiązanie na przeczekanie, bo we wrześniu Marek, jak każdy trzylatek, pójdzie do szkoły. We Francji jest obowiązek szkolny od 3 roku życia, szkoła jest bezpłatna i miejsce musi się znaleźć – kończy się więc kombinowanie jak w przypadku żłobka.

W temacie dzieci w Paryżu – zawsze mnie szokowały 4-latki ze smoczkiem albo 5-latki w wózku. Co masz na liście swoich zaskoczeń?

Miałam sporo. Faktycznie, 5-latek w wózku (i z iPhonem w ręce) to stały widok. Korzystanie z wózka rozumiem, my też pewnie będziemy korzystać, ile się da. W Paryżu jest bardzo dużo ludzi na chodnikach, bałabym się, że zgubię malucha. W grupie starszaków u Marka na pewno ponad połowa dzieci chodzi ze smoczkami, a zapasowe leżą podpisane. W każdym sklepie dostępne są pieluchy rozmiar 7 czy nawet 8. Zaskoczyło mnie też to, że w ciągu dnia na placach zabaw jest pusto, dzieci siedzą w placówkach. Niestety ogólnie widuje się niewiele maluchów w przestrzeni publicznej.

A plusy?

Jest też sporo pozytywnych zaskoczeń. Podoba mi się to, w jaki sposób starsze dzieci traktują młodsze – pomagają im, są ostrożne, jeśli obok jest maluch. Lubię też francuskie podejście do jedzenia – dzieciom od początku daje się do spróbowania różne rzeczy, oczywiście nie znaczy to, że dzieci nie grymaszą, ale mniej jest chyba tych na monodiecie parówkowej „bo ono nie lubi nic poza parówkami”. Jedzenie w szkołach i żłobkach jest na naprawdę dobrym poziomie. Francuzi pilnują też godzin posiłków. O 16:00 na placu zabaw dzieci siadają na ławkach i jedzą podwieczorek, tak można odróżnić lokalsów od turystów. Natomiast mam wrażenie, że je się tu dużo mniej warzyw niż u nas, w przypadku dzieci też!

Francuski styl wychowania, tamat rzeka?

Francuskie wychowanie jest na drugim biegunie w stosunku do polskiego. U nas dziecko jest najważniejsze, czasem kosztem mamy. We Francji dziecko traktowane jest trochę jako dodatek do rodziców, to ich potrzeby są na pierwszym miejscu. Wynika z tego trochę dobrego, jak na przykład wspomniana wcześniej instytucja halte-garderie, no i generalnie to, że matki nie są tu tak umęczone w Polsce. Ale cierpią relacje rodzinne i cierpi rozwój dziecka. Dziwi mnie też nieustannie to, jak staroświeckie podejście Francuzi mają do wychowania. Bardzo ważne są dobre maniery, nawet u maluchów. Rodzice często kompletnie ignorują to, co dzieci do nich mówią, bo jak wiadomo dzieci i ryby głosu nie mają. Wciąż funkcjonuje tu metoda „na wypłakanie się”, przy czym w Polsce chyba wszyscy rodzice doszli do tego, że jest okrutna. Dzieci wychowywane są przez instytucje i nianie. Stosunek do karmienia piersią trochę się zmienia, ale wciąż jest to mniejszościowa metoda karmienia. Chapeau bas za troskę o mamy, ale ja będę wychowywać Marka po swojemu.

To już wiem, że odnajdujesz się tu jako mama. A jako projektantka wnętrz? Masz tu rynek zleceń?

Na razie robię same projekty z Polski, cała moja działalność jest oparta na poleceniach i ta sieć jeszcze się mi nie wyczerpała – szczególnie, że nie mam wiele czasu na pracę, bo – jak wspomniałam – Marek nie chodzi do żłobka w pełnym wymiarze godzin. Ale niedługo zaczynam mój pierwszy projekt w Paryżu, a w zasadzie od razu dwa. To trochę śmieszna sprawa, bo to zlecenie dostałam w… kolejce do kasy w IKEA. Była bardzo, ale to bardzo długa, pogadałam sobie z panem stojącym za mną, i okazało się, że ma dwa małe mieszkania do zaprojektowania, wymieniliśmy się mailami, no i tak poszło.

Polecisz wasze ulubione 3 miejsca w Paryżu na wyjścia z maluchami?

Często chodzimy do Ludothèques, to wspaniałe miejsca dotowane przez miasto, gdzie za symboliczną roczną opłatą można przychodzić się pobawić, można też wypożyczać planszówki do domu.

Świetny jest Parc Floral w lasku Vincennes, to gigantyczny plac zabaw. Latem płatny, zimą bezpłatny. Ulubionym placem zabaw naszego syna jest ten w Tuileries, chociaż nie umiem powiedzieć, dlaczego lubi akurat ten. Obok jest typowa paryska karuzela, niestety – one są na każdym kroku i niestety jedna rundka to 2,5 euro. Minuta frajdy, a potem tłumacz dziecku, że wydałaś już na te przejazdy fortunę.

Bonus dla małych fanów środków transportu: linie metra numer 1 i 14 są automatyczne. Nie ma kierowcy, można więc siedzieć z przodu i patrzeć na tunel. Są nawet naklejki udające przyciski i wskaźniki, można więc naprawdę poczuć się motorniczym!

Voilà! To teraz powiedz, za czym najbardziej tęsknisz?

Tęsknię oczywiście za rodziną i znajomymi. I to bardzo. W pewnym momencie życia trochę nie chce się już nawiązywać nowych przyjaźni, a najbardziej lubi się to, co się zna. My zostaliśmy wyrwani ze swojej strefy komfortu i musimy znowu przeprowadzać tysiące pobieżnych rozmów typu: skąd jesteśmy, kim jesteśmy, co lubimy. Jeśli ktoś chce zrobić rebranding swojej osoby, bardzo polecam przeprowadzkę, natomiast jeśli tak jak my lubi się posiedzieć w piżamie ze znajomymi od liceum, to nie jest to idealna sytuacja. Chociaż zdążyliśmy poznać już trochę fajnych ludzi, głównie przez Instagrama. Z jedną nową koleżanką miałyśmy podczas pierwszego spotkania na sobie takie same swetry – to musi być obiecująca znajomość!

A w kwestii wsparcia w opiece nad synem?

Co się z tym wszystkim wiąże, tęsknię też za możliwością wyjścia gdzieś bez dziecka. Na razie opcje na wieczorne wypady są dla nas trzy: z Markiem, który zaśnie lub nie zaśnie w wózku, osobno, lub jeśli są u nas jacyś znajomi i zostaną z dzieckiem w ramach „opłaty hotelowej”. W końcu na pewno znajdziemy nianię, ale na razie mały ma wystarczająco dużo rewolucji w życiu.

Tęsknię też troszkę za naszym mieszkaniem na Ochocie, słonecznym, wygodnym, własnoręcznie zaprojektowanym tak, żeby było idealne dla nas. W paryskim mieszkaniu mam trochę poczucie prowizorki. Nie mamy na przykład szafek w kuchni, ani jednej szuflady, tylko blat na nóżkach i rustykalną zasłonkę. Bardzo tanio, może i uroczo, ale na pewno niezbyt wygodnie.

Zatem odwiedzajcie Warszawę jak najczęściej. Merci!

*

Zazdroszczę Adze cukierni i croissantów z kawą przy mikrostolikach, o zachwycie nad tą stuletnią podłogą w jodełkę nie wspomnę. Pozostaje mi życzyć bonnes chances! A może ktoś z was chce się podzielić swoją emigracyjną historią?

 

Aga Skowronek o sobie: z wykształcenia jestem romanistką i dziennikarką, ale nigdy nie pracowałam w żadnym z tych zawodów, nie odebrałam nawet dyplomów, wciąż czekają na UW. Od kilku lat pracuję jako projektantka wnętrz. Bardzo żałuję, że nie mam formalnej edukacji w kierunku architektury wnętrz – myślałam o tym jeszcze w liceum, ale wtedy nie wydawał mi się to poważny zawód. Planuję iść na studia, kiedy mój syn pójdzie do szkoły we wrześniu.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.