Mama

Kocham moją pracę #6

Oto rozmowy kwalifikacyjne z trzema kobietami, które każdy chciałby zatrudnić, ale nikomu nie jest to pisane. Bo one zatrudniają siebie same i są w tym świetne. Królowa polskiej mody Ania Kuczyńska, znakomita reżyserka teatralna i filmowa Agnieszka Glińska oraz wizjonerka, tworząca receptury kosmetyków naturalnych Ania Bieluń są bohaterkami szóstej odsłony cyklu Kocham moją pracę.

Spotkania z Anią Kuczyńską, Agnieszką Glińską i Anią Bieluń były jak mgnienia. Niedosyt to słowo, które trafnie oddaje moje wrażenia. Chciałoby się patrzeć na nie i słuchać bez końca, a one pozwalają złapać się w locie z wykładu do domu, odwiedzić w zatłoczonym sklepiku albo pogawędzić przy kawie z tygielka. I to wystarczyło, by dowiedzieć się, dlaczego kochają swoją pracę i jak balansują poświęcony jej czas z czasem dla rodziny. Już możecie zamienić się w słuch.

***

Myślę: klasa, widzę Anię Kuczyńską. Konsekwentna i przedsiębiorcza, od lat prowadzi markę na swoich zasadach, a każda jej kolekcja to piękny hołd dla kobiecości, sztuki i pasji. Mama 4,5-rocznej Aliny zaprosiła nas do swojego domu i pracowni na Mokotowie, ze świetnie wyposażoną biblioteką, widokiem na wysokie drzewa i obrazem Agnieszki Brzeżańskiej przy samym wejściu. Wciąż pozostaje dla mnie zagadką, ale nie lodowatą i odległą. Bije z niej ciepło, opiekuńczość i uważność. Poznajcie się.

 

 

Jestem…

kobietą, mamą, projektantką mody.

Moja praca to...

ja.

Kocham moją pracę, bo…

stymuluje mnie, zmusza do aktywności intelektualnej, ciągłego rozwijania zmysłu obserwacji. Jest wielopoziomowa i nieprzewidywalna. Nie nudzi mnie.

 

Co pomaga ci w codziennej organizacji? 

Używam kalendarza. Od lat specyficznego modelu Moleskina. Lubię z niego korzystać. Poza tym staram się zdrowo odżywiać i wierzę, że wpływa to na moją kondycję intelektualną. Moja babunia zawsze powtarzała mi, że orzechy włoskie dobrze działają na pamięć.

A co przeszkadza? 

Staram się nie zwracać uwagi na rzeczy, które mi przeszkadzają. Odnoszę wrażenie, że większa liczba obowiązków wpływa mobilizująco, pozwala lepiej się zorganizować. Żałuję, że mam mało czasu na własne frajdy i przyjemności.

Jak macierzyństwo wpłynęło na twoją pracę projektantki i odwrotnie?

Moja córka dała mi wielką siłę. Czuję się bardziej dojrzała i spełniona, jestem kobietą. Bezwarunkowa miłość do Aliny dopełniła mnie. Nauczyłam się stawiać granice pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym, to bardzo istotne.

Jak zmieniło się twoje postrzeganie czasu, od kiedy jesteś matką?

Czas mija bardzo szybko. Wszystko odbywa się w dużym przyspieszeniu, a to bardzo wymagające. Podobnie jest z modą, działa z dużym wyprzedzeniem, przynajmniej półrocznym, jestem więc do tego tego przyzwyczajona.

Twoje równanie na sprawiedliwe dzielenie doby przez pracę i życie domowo-towarzyskie brzmi… 

Moje życie prywatne łączy się z zawodowym. Często inspiracją są chwile spędzone z bliskimi, letnie, wakacyjne pejzaże. Dla mnie bardziej istotne jest rzeczywiste dzielenie czasu, pełna koncentracja na tym, co robię. Staram się skupiać na pracy, a kiedy jestem z moją rodziną lub przyjaciółmi, to im poświęcam czas i energię.

***

Agnieszka Glińska to wolny duch. Powitała nas uśmiechem w korytarzu Akademii Teatralnej i przeskakując po dwa stopnie naraz zaprowadziła w swoje ulubione miejsce. Migawka zdążyła zadźwięczeć kilka razy, kiedy Agnieszka opowiadała o swoich dzieciach Jance i Franku, warsztatach dla studentów Akademii i castingu do jej nowego filmu – tym razem to nie będzie musical, a kameralne kino psychologiczne. Przeczytajcie, jaką wartość Agnieszka odnajduje w pracy.

 

 

Jestem…

sobą.

Moja praca to…

praca z ludźmi.

Co pomaga ci w codziennej organizacji?

W codziennej logistyce działań, między pracą a domem, tak naprawdę każda kobieta sama szuka swoich proporcji i sposobów. Zawsze jest to rodzaj obłędu i zawsze kobieta płaci ogromną cenę. Najczęściej poświęca zdrowie i kondycję.

Kocham moją pracę…

bo dzięki niej uczę się rozumieć ludzi i siebie samą.

Jak macierzyństwo wpłynęło na twoją pracę reżyserki i odwrotnie?

Należę do kobiet, dla których macierzyństwo jest doświadczeniem konstytuującym. Tak naprawdę od nikogo na świecie nie nauczyłam się tyle, co od moich dzieci.

Twoje równanie na sprawiedliwe dzielenie doby przez pracę i życie domowo-towarzyskie brzmi…

Mój wujek miał takie powiedzenie: albo równo, albo sprawiedliwie. To jest najtrudniejsze. Nie ma recepty. Jestem tu i teraz i każdym dniem rządzą inne reguły.

Jak zmieniło się twoje postrzeganie czasu, od kiedy jesteś matką?

Moje dzieci są już duże, więc nie wymagają stałej uwagi i troski. Ale do dziś nie wiem, naprawdę nie wiem, jak udało mi się kiedyś pogodzić wszystko, jak dawałam sobie radę. Teraz patrzę na tamtą siebie jak na superbohatera z innej planety, któremu wystarczały 3 godziny snu, i który nie poświęcał sobie nawet minuty dziennie przez kilkanaście lat.

 

***

Ania Bieluń ma uśmiech od ucha do ucha, serce na dłoni i energię buńczucznej nastolatki. A przecież jest mamą, w dodatku bardzo aktywną – jest połową siostrzanego duetu tworzącego Ministerstwo Dobrego Mydła i autorką cudownych, zbierających tysiące fanów wpisów na Facebooku. I, jak sama mówi, na czasie dla siebie najbardziej oszczędza. Skąd my to znamy! Ania nie pozwoli wam zmarznąć i widząc czerwony nos z miejsca poczęstuje naparem z rumianku, obsłuży kolejkę i jeszcze zdąży pogadać o recepturze nowej pomady z baobabem. Cud-dziewczyna.

 

Jestem…

szczęściarą. Mam równo trzydzieści lat, fajnego syna, dobrą pracę, kochającego chłopaka i samochód w leasingu. Z zupełnego przypadku mam też dwa stare, wciąż głodne koty i dwie zwariowane szynszyle. To wszystko razem wymaga ode mnie wiele troskliwości i mnóstwo sprzątania, ale jestem z natury towarzyska więc nic lepszego nie mogło mi się w życiu trafić.

Moja praca to...

jeszcze niedawno powiedziałabym „wszystko”. Ministerstwo Dobrego Mydła budowałyśmy z siostrą od zera. Trzy lata temu skręcałyśmy szafki w naszej pierwszej pracowni, mieszałyśmy w garnkach, w międzyczasie odpisując na maile, nocami pakowałyśmy mydła w walizki i pociągami jeździłyśmy na targi z Kamienia Pomorskiego do Warszawy. Kroiłyśmy i stemplowałyśmy kostki, wypełniałyśmy ręcznie druczki na poczcie, biegałyśmy w panice, kiedy któryś surowiec niespodziewanie się kończył, a nocami szukałyśmy nowych dostawców. Byłam od wszystkiego. Teraz z każdym kolejnym dniem zaczynam rozumieć, że nie wszystko mogę zrobić sama. Przygotowuję nowe receptury, pracuję nad nimi i powołuję je do życia, prowadzę social media Ministerstwa i sklepik stacjonarny przy ulicy Dzielnej 15 w Warszawie.

Kocham moją pracę, bo…

mogę w niej wyrabiać co tylko zechcę! (śmiech). Nigdy nie nadawałam się do pracy w strukturze. Właściwie zwolniono mnie ze wszystkich miejsc, w których pracowałam zanim rozpoczęła się moja przygoda z Ministerstwem. Miewam szalone pomysły, a przy tym jestem straszliwie zdeterminowana i uparta, jeśli widzę w czymś potencjał. Generuję milion pomysłów na minutę i czasem ulegam pokusie, żeby je wszystkie realizować naraz, przez co czasami trudno ze mną wytrzymać (śmiech). Żadna inna firma nie pozwoliłaby mi robić tego, co wyczyniam w Ministerstwie. Mamy projekty, które wstrzymuję miesiącami, wciąż coś w nich poprawiając. Są i takie, w które zainwestowałyśmy dużo wysiłku, a ja zatrzymałam je zauważając, że na tę chwilę nie umiem zakończyć ich z powodzeniem. Czasem natomiast wyskakuję z czymś na ostatnią chwilę i zespół w szalonym tempie realizuje to, co przed sekundą przyszło mi do głowy. Oczywiście z miesiąca na miesiąc uczę się działać coraz rozważniej, ale nadal mam przestrzeń do tego, żeby rozwijać się i cieszyć wolnością.

Moje równanie na sprawiedliwe dzielenie doby przez pracę i życie domowo-towarzyskie brzmi:

„Nie oczekuj, że zdążysz się umalować i że będziesz chodziła wyspana”. Jak każdy młody rodzico-przedsiębiorca próbuję łapać równowagę między tymi dwiema sferami życia, ale dotarło już do mnie, że zawsze coś odbywa się kosztem czegoś. Firma mogłaby rozwijać się dużo szybciej, ale ja w środy jej rozwijać nie mogę, bo mam dyżury na szkolnej świetlicy (śmiech). Czasem nie ma mnie w domu trzy dni pod rząd, bo uczę się zwiększać skalę produkcji albo pomagam Uli w Szczecinie wdrażać coś nowego. Ale potem znikam na parę dni i nie odbieram telefonów. Mam poczucie, że jest mnie dużo w pracy i dużo w domu. Mniej jest mnie dla siebie samej, bo czasu na zajęcie się sobą zostaje już naprawdę bardzo mało. Myślę jednak, że ten moment jest właśnie na dom i pracę. A za parę lat zacznę grać w squasha!

***

Tekst i produkcja: Dominika Janik

Zdjęcia: Eliza Krakówka

Leave a comment 4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama