koronawirus trójgłos

Życie rodzinne z wirusem w tle

Trzy rozmowy na jeden temat

Życie rodzinne z wirusem w tle

Jedni z nas z dużym zaangażowaniem organizują się w nowej codzienności. W innych pojawia się bunt i niezgoda na to, na co nie mamy wpływu. Kolejni zaczynają odczuwać niemoc.

Wszyscy czujemy zmęczenie. Zamknięci w domach z rodzinami śledzimy informacje o wirusie, który wywrócił nasze życia do góry nogami. Kolejne zachorowania, kolejne trudne wiadomości ze świata. Wszystko to przeplata się z niekończącymi się mailami ze szkoły. Lekcje, home office, dom. Lekcje, home office, dom… W stresie, w którym teraz funkcjonujemy, łatwo też o napięcia w związkach. O tym wszystkim dziś rozmawiam z Dominiką Wojsz – mamą lekarz, z fotografką prowadzącą edukację domową Nelą Dymopulos-Kusto i z psychoterapeutką Karoliną Szczęsną.

*

Dominika Wojsz – mama dwóch małych chłopców pracuje w przychodni. „Czy pani się boi?” – pytają dzwoniący pacjenci.

Jak się Pani czuje? 

Powoli zaczynam odnajdywać się w nowej rzeczywistości, nie ukrywam, że staram się wypracować własną rutynę, ponieważ czas jest niepewny. Przede wszystkim jestem żoną i mamą, więc zdrowie rodziny jest dla mnie niesamowicie ważne, dlatego dbam o nasze bezpieczeństwo. Jednak z drugiej strony jako lekarz czuję odpowiedzialność za pacjentów, ale też za osoby, które obserwują mnie w internecie. Pracuję w przychodni i staram się wykonywać mój zawód najlepiej jak potrafię, co obecnie jest trudne, przede wszystkim ze względu na lęk, napięcie i niepewność sytuacji związanej z koronawirusem. Każdego dnia, mimo że przyjmuję mniej pacjentów dziennie, staram się odreagować dzień pracy – tańcząc, wygłupiając się z dziećmi, czy idąc na krótki spacer. Teraz mam wizyty głównie w postaci teleporad – taka forma jest znacznie trudniejsza, nie tylko ze względu na diagnostykę. Takie rozmowy niosą często ogromny ładunek emocjonalny, pełen stresu, niepewności. Pacjenci szukają u mnie odpowiedzi, czy ja się boję koronawirusa, jak długo potrwa kwarantanna i kiedy to szaleństwo się skończy. Staram się uspokajać, ale też mówić otwarcie, że sytuacja jest niepewna.

Co Panią najbardziej zaskoczyło w ostatnich dniach? 

Zaskoczyło mnie tempo rozprzestrzeniania się wirusa, jak również moja potrzeba oddzielenia się od informacji z mediów, internetu. Miałam wrażenie, że potrafię się od tego odciąć, jednak dopiero gdy zupełnie odłożyłam telefon i po prostu byłam z dziećmi i mężem w domu, odetchnęłam. Podczas beztroskiej zabawy, kolorowania, przytulania i skupienia się na tym, co najważniejsze. Zobaczyłam, jak wspaniałe mam dzieci, jak chłoną świat i jak bardzo potrzebują nas, rodziców i naszej stabilności, by mogły się na nas oprzeć. Są małe, ale choć nie wszystko potrafią nazwać, to bardzo wiele rozumieją.

Mamy w kraju stan epidemii, co powoduje, że może być Pani wezwana do pracy do szpitala – jak to na Panią wpływa? 

Niepewność jest w tym wszystkim najgorsza, jednak wierzę, że nie będzie takiej potrzeby. Mój mąż na początku marca uległ poważnemu wypadkowi drogowemu, nie byłby w stanie samodzielnie zaopiekować się dziećmi. Na ten moment nie wyobrażam sobie opuścić jego i chłopców.

Jaka jest najważniejsza rzecz, którą wszyscy możemy teraz zrobić?

Zadbać o siebie i najbliższych, szczególnie stosując się do obowiązujących w kwarantannie zasad, ale też pomyśleć o radzeniu sobie ze stresem, zadbaniu o swoje zdrowie psychiczne. Przesiewanie informacji z mediów, zdrowa dieta, sen i ruch, nawet w domowym zaciszu, są jak najbardziej wskazane.

Razem z nowymi wiadomościami o wirusie mnożą się kolejne mity. Wszystkie są niebezpieczne, któryś uderzył w Panią wyjątkowo?

Najbardziej uderzają we mnie mity związane z pseudomedycyną. Polecające „środki”, które mogą być niebezpieczne dla zdrowia i życia, bazują na silnych emocjach towarzyszącym nam wszystkim. Dając złudne nadzieje ochrony, nieuczciwi ludzie czerpią korzyści finansowe kosztem strachu innych.

Podzieli się Pani swoją wizją najbliższej przyszłości? 

Myślę, że należy przygotować się na to, że sytuacja izolacji potrwa jeszcze do lata. Wypracować techniki radzenia sobie ze stresem, lękiem. Potraktować sytuacje nie jako sprint, ale maraton. Plan dnia, wspólne zabawy z dziećmi, aktywność fizyczna i powolne mentalne przygotowanie się na kolejny kryzys, tym razem gospodarczy. Warto przemyśleć osobistą sytuację finansową, pomyśleć o dalszym działaniu. Strategia daje nam poczucie bezpieczeństwa, nie należy się oszukiwać, że obecny stan na nas nie wpływa. Za takie uciekanie od problemów możemy w przyszłości zapłacić napadami lękowymi, depresją, zaburzeniami snu – gdy jesteśmy młodzi, wiele spraw możemy nadrobić, jednak zdrowie jest bezcenne.

Dziękuję za rozmowę. 

*

Edukacja domowa to teraz temat wszystkich rodziców dzieci szkolnych. Idzie nam z tym różnie, dlatego podpytałam o rozmaite kwestie Nelę Dymopulos-Kusto, mamę organizującą edukację w domu, nie tylko w czasach zarazy. 

Jakiś czas temu, w rozmowie na naszej stronie, na pytanie, komu rekomendowałabyś system edukacji domowej, odpowiedziałaś: „Każdemu, kto lubi spędzać czas ze swoimi dziećmi, chce pracować z nimi we własnym rytmie i ma po prostu ochotę spróbować tej formy edukacji”. Cóż, teraz wszyscy zostaliśmy zmuszeni do tej opcji, ale w formie pokracznej. Ciekawa jestem, co o tym myślisz?

Myślę, że dla wielu rodzin jest to w obecnej sytuacji frustrujące i trudne doświadczenie. Nagle zostali wtłoczeni w rolę, do której zupełnie nie czują się przygotowani. Ostatnio w rozmowie z przyjaciółką, której dzieci również są w ED, uświadomiłam sobie, że zapewne wielu myśli teraz, że tak właśnie wygląda edukacja domowa – że z zimnym potem na plecach realizujemy program nauczania 1:1 według podręcznika, i co gorsza – wszystko spoczywa na naszych barkach. A przecież to zupełnie nie jest ta rzeczywistość, której doświadczamy w naszej przygodzie z edukacją domową. (przyp. red. – o tym, jak to wygląda na co dzień, Nela opowiadała nam tu.)

My, rodzice dzieci uczących się w szkołach – zwłaszcza państwowych, przerabianie programu mamy 1:1. Podręcznik, ćwiczenia, zadania, sprawdzanie. Działamy schematycznie i na ocenę. Wpuść nam trochę powietrza, bo edukacja domowa, którą prowadzisz, sięga po inne narzędzia i sposoby działania. Myślę, że wszystkim nam teraz potrzeba szukania w ciekawszych rejonach, bez obciążenia, że nie przerabiamy zadanych lekcji.

My pozwalamy sobie na sporo luzu w tej – trudnej dla każdego – sytuacji. Dzieciaki mają przestrzeń, żeby się ponudzić i z tej „nudy” zająć się rzeczami, które je ciekawią – czytać książki, które je interesują, budować z Lego i plusików, tworzyć własne książki, czy przez cały dzień ciągnąć jakiś fascynujący je wątek w zabawie. W tym roku najstarsza córka kończy II klasę i kontroluję tylko to, czy ogarnia wytyczne odnośnie zakresu programu, jaki będzie miała do zdania na egzaminie. Nie sprawdzam ile zadań zrobiła, tylko czy potrafi to, co powinna na danym etapie edukacji.

Wiesz, odkryłam, że nie mam w sobie nauczyciela. Nie umiem podać wiedzy. To ciekawe, bo przecież ciągle uczę czegoś dzieci, ale to rzeczy poza programem ministerstwa. Jak mam robić program, to jestem sfrustrowana i staję się rodzicem z piekła rodem. Jak tobie udało się połączyć te role bez uszczerbku dla waszej relacji dziecko-rodzic? 

Wiesz, ja też nie jestem nauczycielem i bardzo mnie to na początku frustrowało, i czasem nadal ta frustracja zakrada się znienacka. Po prostu nauczyłam się odpuszczać pewne rzeczy, które według mnie można odpuścić, i nie cisnę za wszelką cenę. Ważniejsze jest dla mnie, żeby pomóc im zachować ich naturalną ciekawość, chęć do nauki, umiejętność szukania informacji i zadawania pytań, wpoić miłość do czytania bardziej niż np. to, żeby pisały równiutko w linijkach. Nasze dzieci – zanim zamknięto szkoły – trzy dni w tygodniu spędzały w szkole demokratycznej, więc to doświadczenie dało nam też sporo elastyczności w podejściu do tematu nauczania. W obecnej sytuacji pozwalam dzieciom na dużo swobody; mają czas, żeby się ponudzić, pobiegać po ogrodzie. Jeżeli córka ma akurat fazę na czytanie książek i najchętniej od rana do nocy by to robiła – pozwalam jej, bo wiem już, że za kilka dni chętnie usiądzie przed komputerem i będzie robić zadania w programie edukacyjnym, z którego korzystamy (Eduelo.pl). Nauczyłam się też umawiać z dziećmi na realizacje konkretnych zadań, a nie stać nad nimi jak kat i pilnować. Dużą pomocą okazała się też dla nas właśnie platforma Eduelo – córka dużo chętniej pracuje na komputerze niż z podręcznikiem. I to nie jest tak, że to wszystko przyszło nam bezboleśnie – bywałam nieprzejednanym edukatorem, a córka w złości zabazgrywała zadania w książce, mówiąc pod nosem, że są głupie.

Co aktualnie przerabiacie? Z jakimi trudnościami się mierzycie?

Szykujemy się do egzaminu z klasy II dla najstarszej córki. Najtrudniejsze jest dla nas to, że jest tam kilka zagadnień, których Zoi nie lubi i bardzo niechętnie się za nie zabiera. Chwilę trwało, zanim ustaliłyśmy, w jakiej formie ten materiał będziemy przerabiać. Starałyśmy się poszukać takiej opcji, z którą Zoi będzie się czuła dobrze, i która równocześnie pomoże jej przyswoić niezbędny materiał. Ustaliłyśmy na przykład, że zadania z matematyki będę jej przygotowywała na kartce sama – było jej łatwiej pracować z tym, niż z zadaniami w książce. Trudno nam za to wrócić do regularnych ćwiczeń na instrumencie, w momencie gdy regularne zajęcia z nauczycielem przestały się odbywać.

Homeschooling, home office… jak to połączyć? Masz rozwiązania, które działają? 

Ja stety/niestety jestem „królową chaosu” i od lat mam poczucie, że mniej lub bardziej udolnie balansuję pomiędzy pracą freelancera a homeschoolingiem. Obecnie najbardziej stałymi punktami naszego dnia są: śniadanie i wieczorne wspólne czytanie. To, co mi pomaga, to jednak wrzucenie „na luz” i danie sporej przestrzeni dzieciom do tego, żeby zajmowały się tym, co je w danym momencie pociąga.

Swoje zawodowe tematy ogarniam bardzo wcześnie rano i późno wieczorem, kiedy dzieci śpią. Czasem któreś siedzi sobie ze mną przy biurku, gdy pracuję, pyta mnie o to, co robię, budując coś z klocków. Nie są to wymarzone warunki do pracy, ale myślę sobie wtedy, że takie sytuacje mogą też im jeszcze bardziej przybliżyć to jak, nad czym i dlaczego pracuję. Poza tym ograniczam do minimum czas spędzony na gotowaniu, angażuję dzieciaki do różnych prac w domu czy ogrodzie, do pomagania sobie nawzajem. Sporo rozmawiamy i po prostu jesteśmy razem. A w związku z tym, że jestem osobą, która dość łatwo się przebodźcowuje, dbam też o to, aby każdego dnia spędzić choć chwilę z sobą samą – piję poranną kawę w ciszy i samotności, a jeżeli muszę pojechać na zakupy, jadę na rowerze. Potrzebuję tego, aby spokojnie i efektywnie funkcjonować potem z dziećmi w domu.

Jaką lekcję podajesz dzieciom z aktualnej ponurej rzeczywistości? 

Dzieci zaskoczyły mnie po raz kolejny, bo mam wrażenie, że najszybciej i najłatwiej odnalazły się w nowej sytuacji. Rozmawiamy z nimi o tym, co się dzieje, pokazujemy też naszą perspektywę i przemyślenia odnośnie całej sytuacji, szukamy wspólnie pozytywów. Sporo jesteśmy razem w tej nowej codzienności i mimo wszystko mam wrażenie, że dzieciaki całkiem dobrze spędzają ten czas.

Dziękuję za rozmowę. 

*

Ostatnio z psychoterapeutką Karoliną Szczęsną rozmawiałyśmy o patchworkach. Do głowy nam wtedy nie przyszło, że te rodziny i każde inne znajdą się za chwilę w izolacjach. Jak dawać radę w związkach, kiedy w każdym pulsuje napięcie? 

Nie jesteśmy przyzwyczajeni, by być ze sobą 24 godziny na dobę. Jeśli faktycznie najwięcej pozwów rozwodowych wpływa po urlopach, to co możemy powiedzieć o sytuacji związków na kwarantannie? 

Niektórzy ludzie po dwóch, trzech tygodniach izolacji doświadczają kryzysu. Zwykle jedno z pracujących zdalnie jest bardziej zaangażowane w obowiązki domowe, a to bywa frustrujące. Rozmawiałam z osobą, która zaczęła odreagowywać napięcie na dzieciach i bardzo to sobie wyrzuca. „I to ciągłe gotowanie!”. Do ludzi też dociera, że to prawdopodobnie szybko się nie skończy, w dodatku nie wiadomo kiedy. Moja znajoma, która zwykle jest bardzo aktywną, żywą osobą, a teraz siedzi w domu ze swoim dzieckiem, dziś mi powiedziała: „Żebym wiedziała, do kiedy, to nawet, jakby to był 15 września, to się zepnę i dam radę. Ale tak, nie wiedząc, jak długo – nie mogę”. Kolejna rzecz – część ludzi mimo pracy zdalnej jest bardzo eksploatowana przez pracodawców, praca właściwie się nie kończy, bo nie ma wyjścia z biura. Poza tym pogoda robi się piękna, za oknem wiosna zaczyna kipieć soczystymi kolorami, a my – no właśnie, za oknem…

Czyli życie nie służy nam teraz szczególnie, a związki? 

Z perspektywy gabinetu terapeutycznego, z dystansu powiększonego przez ekran komputera, mam dostęp do kilkunastu związków moich pacjentów. Jest to dostęp przefiltrowany oczywiście przez ich perspektywę i świat wewnętrzny. I to, co widzę, mnie zaskakuje i burzy jakieś stereotypy, których źródłem są na przykład wszędobylskie memy. Otóż, jak do tej pory – i trzeba wziąć pod uwagę, że to raczej dopiero początek – słyszę wiele dobrych rzeczy o doświadczeniach we wspólnej izolacji. Ludzie oczywiście przeżywają obecnie sporo niepokoju, ale mam wrażenie, że to, iż są razem, pozwala im czuć się lepiej. Mogę to porównać z tym, o czym mówią ludzie niebędący w związkach. Ci szczególnie mocno teraz doświadczają samotności i jest im bardzo ciężko. Brak im fizycznego kontaktu z innymi ludźmi. Bardzo dotkliwie przeżywają to, że są sami, czują pustkę, która ich otacza.

Wracając do rodzin, wiele osób, szczególnie mężczyźni, ma zintensyfikowane poczucie odpowiedzialności za rodzinę, niektórym to doskwiera. Kobiety często czerpią satysfakcję, że mają wreszcie więcej czasu dla swoich dzieci.

Znajoma napisała do mnie: „Jeśli w związku były jakieś rysy, to teraz tworzą się z nich przepaście”. Wychodzą różne spojrzenia, od tego, jak zachowywać się w czasie pandemii, przez rodzicielstwo, po zwykłe rutynowe sprawy. Są domy, w których kipi. „Akceptujmy się nawzajem” – grzmią poradniki psychologiczne. Jak to robić? 

Cóż… Brzmi dobrze, tylko że według mnie akceptacja nie jest kwestią woli. Zatem jak jej nie ma, to raczej przechlapane. Ktoś, z kim pracuję terapeutycznie, opowiadał mi, że wizualizuje sobie w ciągu dnia bardzo przyjemne chwile z partnerem, kiedy już nadejdzie wieczór, i wierzy, że to będzie możliwe, już prawie to czuje. A potem nadchodzi wieczór i ta osoba nie może znieść obecności tej drugiej strony i denerwuje ją nawet to, jak ten ktoś sięga po kubek, jak je itp. Także jeśli akceptacji nie ma, to nie ma i już. I w takich związkach rzeczywiście konieczność nieustannego przebywania razem może obnażać to, czego nie ma. To bywa bardzo bolesne. Myślę, że przeżycie samotności może być tym dotkliwsze, gdy są to dwie samotności obok siebie, a to obok to jednak bardzo daleko.

Co do różnicy podejść do pewnych spraw – może się ona faktycznie w warunkach izolacji wyostrzać. I pytanie, co ludzie z tym zrobią? Mogą pójść w stronę burzliwych konfliktów, mogą też szukać kompromisu w obliczu obrony przed wspólnym wrogiem, jakim jest zagrożenie epidemiologiczne. Wiele tu zależy od ich psychopatologii i doświadczenia relacyjnego. Innymi słowy, to, jak zareaguję w obliczu kryzysu w kontekście najbliższej relacji, zależy od tego, czego się nieświadomie nauczyłam na ten temat w mojej rodzinie, z której pochodzę. Są rodziny, które w obliczu kryzysu się jednoczą i potrafią korzystać ze swoich zasobów, i są takie, które tego nie potrafią, a wszelka wspólnota, czasem bardzo krucha, niknie. Wtedy każdy zostaje sam.

Dużo w nas teraz stresu i napięcia, wybuchy, dyskusje, czy konstruktywne awantury są nam potrzebne, by rozładować nerwy i iść dalej. Teraz ciągle mamy dzieci obok, trudno nam znaleźć przestrzeń na wyładowanie się. Masz jakąś propozycję, kiedy nie ma już siły na spokojną rozmowę? 

Myślę, że dla niektórych par będzie to seks. Jeżeli jest to obszar ich życia, który jest satysfakcjonujący i bezpieczny, może też stanowić źródło konstruktywnego odreagowania i relaksu. Czasem zamknięte na noc drzwi sypialni to jedna z niewielu granic, którą można ocalić w trakcie wspólnej izolacji. Myślę, że wiele osób czasem potrzebuje też po prostu odseparowania od innych. Nadal jest to możliwe – można wyjść na samotny spacer albo na zakupy. Ludzie w związkach i rodzinach mogą też tak dbać o siebie wzajemnie, że umożliwią sobie pobycie samemu. Naprawdę nie zawsze i nie o wszystkim trzeba rozmawiać.

Ciche dni na kwarantannie jawią mi się jako większy koszmar, niż eksplozja emocji. To długotrwałe napięcie, którym oddycha cała rodzina…

Też tak myślę. To sytuacja, o której wspominałam wcześniej – poczucie samotności, a czasem też rozpaczy spotęgowane wrogą obcością drugiej osoby. To na pewno nic przyjemnego. Tym gorzej, gdy świadkami i uczestnikami tej sytuacji są dzieci, które teraz nawet nie mogą wyjść z domu. Fundacja „Dajemy dzieciom siłę“ oprotestowała zarządzenie, które zakazuje wychodzenia z domu osobom, które nie są metrykalnie dorosłe. Właśnie dlatego, że czasem są one tym samym skazane na konieczność przebywania w sytuacji przemocy. „Ciche dni“ należą do takich sytuacji. A tu nie można się ratować ucieczką do babci czy przyjaciółki…

Wróćmy do tych przyjemniejszych rejonów, o których mówiłaś, że razem łatwiej przejść przez strach wywołany pandemią. Wspólnie łatwiej zadbać o bezpieczeństwo rodziny. Czy ta sytuacja może być też cementująca nasze rodziny?

Tak. Zwłaszcza na tym etapie ludzie zbroją się do wspólnej walki o bezpieczeństwo i przetrwanie. To bywa budujące. Jeśli się powiedzie, takie doświadczenie może wspierać w rodzinach i związkach poczucie więzi, siły, a czasem nawet niezniszczalności, co – jakkolwiek jest iluzoryczne – może łagodzić lęk i poczucie bezradności.

Podzielisz się swoją prywatną refleksją z tego czasu?

Dla mnie bardzo mocnym doświadczeniem jest przeżycie kontaktu z moimi pacjentami na Skype. Tak się złożyło, że na zawieszenie terapii na czas epidemii zdecydowało się mniej niż 10% moich pacjentów. Zatem nadal spotykam się z dużą większością z nich. Na ogólnym poziomie rozumiem to, w kontekście naszych relacji, jako wyraz siły sojuszu terapeutycznego, który jest między nami. Kontakt jest inny, dystans niby większy, jednak ja te spotkania przeżywam bardzo intensywnie i szczególnie mocno mnie one angażują. Ponadto, wszyscy jesteśmy w kryzysie, na jakimś poziomie wyjątkowa jest wspólnota tego doświadczenia. Myślę, że to ma swoje dobre i trudne strony. Stanowi też duże wyzwanie – ja tam jestem po to, żeby zajmować się emocjami moich pacjentów, a swoich emocji używać do ich rozumienia. To szczególnie trudne teraz, gdy emocje są tak żywe.

Moim prywatnym przeżyciem, które zapewne sprzyja pracy, jest intensywniejsze doświadczenie troski o innych ludzi, którzy są wokół mnie. Myślę o znajomych, kolegach z zespołu. Co ciekawe, wczoraj jedna z osób, z którymi pracuję terapeutycznie, mówiła o bardzo podobnym odczuciu. Chciałabym, żeby było ono powszechne i trwałe, wówczas łatwiej nam będzie ocaleć.

Dziękuję za rozmowę. 

 

Jestem bardzo ciekawa, z jakimi zagadnieniami mierzycie się w swoich domach. Piszcie, chętnie się nimi zajmiemy.

Dodaj komentarz